Hokejowa reprezentacja po awansie - szef PZHL-u zdradza kulisy: Sytuacja była katastrofalna

Reprezentacja Polski wywalczyła awans na zaplecze hokejowej elity. Prezes PZHL Dawid Chwałka przyznaje jednak, że droga po sukces była wyboista: - W pewnym momencie sytuacja była katastrofalna. W marcu znaleźliśmy się w sytuacji, w której mistrzostwa były zagrożone. Brakowało nawet kijów.

Gdy przegraliśmy mistrzostwa w 2011 roku w Kijowie i stało się jasne, że w wyniku reformy rozgrywek znajdziemy się w Dywizji IB (3. lidze światowej), kibice hokeja w Polsce mocno wierzyli, że już po roku wrócimy na zaplecze elity. Tymczasem trzeba było czekać aż trzy lata. Wywalczony w ubiegłym tygodniu awans na mistrzostwach w Wilnie jest tym cenniejszy, że miniony rok upłynął pod znakiem wojny między poprzednim szefem związku - Piotrem Hałasikiem a klubami, fiaska planowanego utworzenia ligi zawodowej, nieudanej próby pozyskania sponsora strategicznego, rozpadu krynickiego dream teamu oraz degradacji młodzieżowych reprezentacji na MŚ do lat 20 i 18.

Reklama

Dlatego, w takiej sytuacji sukces seniorskiej reprezentacji to nie tylko światełko w tunelu, ale także kapitał dla działaczy, który da im większe szanse na finansowe i organizacyjne wzmocnienie polskiego hokeja.

Interia.pl: Gratuluję sukcesu. Zawodnicy mówili, że gratulował im pan awansu ze łzami w oczach.

Dawid Chwałka, prezes PZHL: - Wprawdzie hokej to męska gra, ale w końcu wreszcie zaczyna się coś kleić. Dlatego tak, to prawda - wzruszyłem się.

Sukces jest dla pana tym cenniejszy, że przejął pan stery związku w bardzo trudnej sytuacji. Owszem, malkontenci mogą powiedzieć, że przecież graliśmy w trzeciej lidze światowej, ale trzeba pamiętać, że na jakikolwiek sukces polski hokej czekał długie lata.

- Zgadzam się. Traktuję awans w kategoriach sukcesu. Wcale nie było łatwo dostać się na zaplecze elity, co pokazywały wcześniejsze lata. Teraz chłopcom udało się po ciężkich, morderczych treningach z fachowcami. Ten sukces to dla mnie motywacja, aby zdobyć prawo do organizacji mistrzostw świata w Krakowie w przyszłym roku. Skończyliśmy świętować mistrzostwo w sobotę, gdy chłopcy wyjeżdżali z Wilna, a od niedzieli pracujemy już, aby to nie był jednoroczny sukces, tylko początek czegoś więcej. Ja głęboko wierzę w tych chłopaków i w tę dyscyplinę.

- W pewnym momencie sytuacja była katastrofalna. W marcu znaleźliśmy się w sytuacji, w której były zagrożone wszystkie mistrzostwa. Postawiłem sobie za cel, aby nie dopuścić, żeby czegoś chłopcom zabrakło. Nie mogliśmy pozwolić, aby dwa lata ciężkiej pracy pod okiem uznanych trenerów zostały zmarnowane w ciągu jednego miesiąca. W pewnym momencie brakowało nawet kijów. Ale udało się! Teraz mamy pracować dalej.

Wszyscy mamy nadzieję, że awans jest początkiem nowego etapu. Jeśli chodzi o mistrzostwa w Krakowie, to zdobył pan już akceptację władz miasta?

- Jeszcze nie, bo postanowiłem sobie, że przyjdę do nich z gotowym projektem. Nie ma sensu spotykać się na kawie i opowiadać sobie, jak to będzie fajnie. Robimy to zadaniowo. Pierwszym celem był awans. Zespół wywalczył go, więc umówiłem się na 8 maja z przedstawicielami władz Krakowa oraz nowej hali. Będziemy dyskutować o konkretnym projekcie. Jeszcze w trakcie mistrzostw, gdy było już wiadomo, że mamy już pewny awans, rozmawiałem o tym z Radomirem Szarańcem, członkiem komisji rewizyjnej i działaczem z Krakowa o wspólnym projekcie. Jestem głęboko przekonany, że uda nam się zrobić kolejny krok ku świętu w Krakowie w przyszłym roku na 90-lecie Polskiego Związku Hokeja na Lodzie.

Jak wygląda procedura występowania z wnioskiem o prawo do organizacji mistrzostw? W składanych dokumentach jest podana konkretna lokalizacja, czy federacje zgłaszają jedynie chęć zorganizowania turnieju?

- Dokumenty w wyznaczonym terminie zostały złożone w Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie i w aplikacji wskazany jest Kraków. Warunkiem kolejnych rozmów było wygranie mistrzostw w Wilnie. Wygraliśmy, więc mogę teraz stawić się u prezydenta Majchrowskiego i prosić o pomoc.

Był pan w Wilnie, śledził mistrzostwa z bliska. Co pana zdaniem zdecydowało o sukcesie naszej reprezentacji?

- Chłopcy zrozumieli, że są drużyną. Oczywiście, wielki wpływ miały przygotowania, które przeprowadził trener Zacharkin. Mordercze przygotowania. Pomogły mecze sparingowe z zespołami teoretycznie lepszymi od naszej reprezentacji. Na końcu chciałbym podkreślić to, co mówią wszyscy: w drużynie była atmosfera. Zespół był jednością i było to widać. Sami podkreślali, że wprawdzie ogień niewiele ma wspólnego z lodem, ale każdy wskoczyłby w ogień za każdego z osobna i po kolei.

No właśnie, co dalej z trenerami? Mistrzostwa w Wilnie pokazały, że nasi hokeiści potrzebują trenera z charyzmą, takiego, któremu całkowicie zaufają i zrobią wszystko, czego będzie od nich wymagał.

- Znaleźliśmy się na zapleczu elity i nie ma już mowy o słabszych nazwiskach trenerskich. Chłopcy stanęli na wysokości zadania i teraz związek musi zrobić wszystko, aby następni trenerzy byli równie dobrzy, jak Igor Zacharkin i Sława Bykow. Na pewno nie będzie to łatwe. Dlatego jestem w stałym kontakcie z Zacharkinem. Z trenerami rozmawialiśmy po zakończeniu mistrzostw. Oczywiście, idą do SKA Sankt Petersburg, aby prowadzić zespół w KHL, ale umówiliśmy się w ten sposób, że nie kończymy współpracy definitywnie i stale będziemy w kontakcie.

- Tak naprawdę teraz wszystko leży po naszej stronie - jak związek znajdzie środki na finansowanie kadry i trenerów. Jeśli będą odpowiednie środki, to nadal będziemy rozmawiać z Bykowem i Zacharkinem o ewentualnych konsultacjach dla kadry. Byłby to jeden projekt - w kadrze zostałby Jacek Płachta, ale wzięlibyśmy także drugiego trenera. Jeśli nie mógłby to być Zacharkin w roli konsultanta na trybunach i podczas zgrupowań, to musiałby być jeszcze ktoś wskazany przez niego, kto stałby w ławce trenerskiej razem z Jackiem.

Kiedy można spodziewać się decyzji?

- W ciągu dwóch najbliższych miesięcy. Kontrakt z rosyjskimi trenerami będzie ważny jeszcze przez dwa miesiące. To okres na pracę nad przyszłością kadry. Ja powiem tak: równie ważne, jak to co będzie się działo na górze, jest to, co dzieje się na dole, a więc praca z młodzieżą. Równie istotne jest to, co z przyszłością Szkoły Mistrzostwa Sportowego, jaki trener dla młodzieży itd.

Co będzie pana kolejnym krokiem po awansie reprezentacji?

- Tak jak mówiłem, działam zadaniowo. Dla mnie teraz najważniejsze są mistrzostwa świata w Krakowie, ponieważ gdyby się udało otrzymać prawo do ich organizacji, to mielibyśmy gotowy projekt marketingowy, który można byłoby sprzedać potencjalnemu sponsorowi. To już jest duża międzynarodowa impreza, więc można byłoby pozyskać sponsorów.

Myślał pan o wyborach na szefa związku? Faworytem jest Mariusz Czerkawski, aczkolwiek wskazane byłoby połączenie sił i wspólna praca dla lepszej przyszłości polskiego hokeja.

- Jestem w stałym kontakcie z Mariuszem, często rozmawiamy o przyszłości naszego hokeja. Mam inną filozofię niż to było wcześniej w związku - chcę rozmawiać z wszystkimi. Nie zamierzam kreować się na jedynego twórcę myśli hokejowej w Polsce, czy zbawcę hokeja, bo takiego nie będzie. To wspólna praca. Tak jak chłopcy pokazali, że pracują w zespole, tak teraz działacze powinni pracować razem. Inna filozofia po prostu nie sprawdzi się. Mariusz też był w Wilnie, też dopingował chłopaków i myślę, że tutaj nic złego nie powinno się stać.

Hokejowa geografia zmienia się także pod wpływem naturalizacji zawodników. Jak pan ocenia ten trend?

- To fantastyczna sprawa dla popularyzacji dyscypliny w danym kraju. Jednak dla nas, tak dużego narodu, naturalizacja zawodników nie jest jedynym rozwiązaniem. Oczywiście, trzeba wspierać ten ruch, bo wszyscy tak robią. To jedna z dróg pozyskiwania dobrych zawodników do reprezentacji, ponieważ mamy coraz bardziej kosmopolityczny świat. Polonia w USA, Kanadzie, na Białorusi, w Rosji czy w Kazachstanie jest bardzo liczna i nie można zamykać się na tych ludzi. Ale dla nas, jako działaczy w kraju, głównym celem musi być praca z naszą młodzieżą i popularyzacja tej dyscypliny tu, na miejscu. Mamy tradycje, mieliśmy wspaniałe drużyny i to zarówno reprezentacyjne, jak i klubowe. Teraz czas powrócić na właściwe tory.

Jest pan zwolennikiem szerszego otwarcia naszej ligi na zagranicznych zawodników?

- Rozmawiając jeszcze przed mistrzostwami z przedstawicielami klubów, powiedziałem, że po ubiegłorocznych perturbacjach proszę, aby w swoim gronie ustalili harmonogram rozgrywek, ilość obcokrajowców czy kwestię tego jak liczyć zagranicznego bramkarza - jako jednego obcokrajowca czy dwóch. Jeśli będą to racjonalne decyzje - a wiem że takowe są, bo kluby już wstępnie ze sobą rozmawiały - to związek będzie je akceptował. Z jednej strony nie można zamykać drogi naszych młodym zawodnikom, bo przecież muszą gdzieś się ogrywać, ale z drugiej strony trzeba też podnosić poziom ligi. Na pewno nie zezwolimy na to, aby w Polsce grali emeryci zza południowej granicy. Przepraszam za wyrażenie, ale niestety, czasem właśnie tak bywa.

Rozmawiał Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama