Finał Pucharu Polski. Stadion i kibice zdali test

Spotkanie Legii z Lechem (2-1) w finale Pucharu Polski okazało się wielkim sukcesem organizacyjnym. Wreszcie przekonaliśmy się na własnej skórze, że możemy na Stadionie Narodowym stworzyć wielkie kibicowskie święto.

Zabezpieczenie meczu było niezwykle trudnym zadaniem, bo odkąd za blisko dwa miliardy złotych zbudowano narodowy obiekt, wmawiano nam, że nie mogą na nim występować klubowe drużyny. Taki właśnie powód postawiła policja kilka lat temu, nie dopuszczając do rozegrania na Narodowym Superpucharu Polski pomiędzy Legią a Wisłą Kraków.

Reklama

Teraz na szczęście czasy trochę się zmieniły. Aby przygotować stadion na ugoszczenie 10-tysięcznych grup z Warszawy i Poznania, postawiono płoty oddzielające zajmowane przez nich sektory. Nad porządkiem czuwało też blisko półtora tysiąca ochroniarzy, a także gigantyczne oddziały policji, razem z wykwalifikowanymi oddziałami antyterrorystycznymi. Na szczęście stróżowie prawa mogli bez najmniejszych przeszkód zająć się oglądaniem meczu.

Zarówno fani Lecha jak i Legii otrzymali po 10 tysięcy wejściówek, zajmując miejsca po przeciwległych bramkach. Fani "Kolejorza" zameldowali się na Narodowym w niebieskich koszulkach, tworząc niesamowicie barwną grupę. Na ich tle wyróżniały się tylko skromne grupki kibiców zaprzyjaźnionych ekip - Arki Gdynia, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski i Cracovii. 

Z kolei legioniści przemaszerowali w zwartej grupie spod stadionu przy Łazienkowskiej. Widok maszerujących po Wisłostradzie i moście Poniatowskiego fanów mistrzów Polski robił kolosalne wrażenie.

Znani z wzajemnej niechęci do siebie poznaniacy i warszawianie tym razem ograniczyli finezyjną litanię wulgaryzmów, którymi karmią się nawzajem podczas meczów ligowych. Na palcach jednej ręki można policzyć przykłady, kiedy z trybun intonowano wulgarne przyśpiewki.

Podobać też się mogły specjalnie przygotowane oprawy. Kiedy przed meczem wszyscy odśpiewali Mazurka Dąbrowskiego, na sektorze Legii widniała kartoniada układająca się w herb klubu, z kolei poznaniacy rozwinęli gigantyczną replikę koszulki, a także transparent domagający się legalizacji używania środków pirotechnicznych na stadionie.

Właśnie gdyby nie kilkaset rac odpalonych przez kibiców obu drużyn, można byłoby powiedzieć, że spotkanie przebiegło bez najdrobniejszych incydentów. Tak się jednak nie stało, bo, choć race nie wyrządziły nikomu krzywdy, to w świetle polskiego prawa za używanie ich na stadionie można trafić... do paki.  

Tym samym otwartym pozostaje pytanie, w jaki sposób kibice obu drużyn wnieśli na stadion gigantyczną ilość pirotechniki. Na sektorze Lecha, kiedy tylko rozwijana była niebieska sektorówka, natychmiast spod niej dystrybuowane były race, które najpierw rozświetlały, a później zadymiały Stadion Narodowy. Podobny fortel zastosowali w końcówce fani mistrzów Polski. "Wiwat maj, 2 maj, dla kiboli błogi raj"- napis o tej treści ozdobiły dziesiątki rac i świec dymnych w barwach zielonych, czerwonych i czarnych.

Pomimo tego Zbigniew Boniek może triumfować. Finał Puchar Polski na Stadionie Narodowym okazał się gigantycznym świętem polskiego futbolu

Krzysztof Oliwa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje