MŚ Rosja 2018

Mundial 2018. Podróżowaliśmy do Kazania koleją z kibicami Polski i Kolumbii

Ponad 800 km pociągiem FIFA z Moskwy do Kazania, razem z kibicami polskimi, kolumbijskimi, hinduskimi - to spora przygoda. Postanowiliśmy ją przeżyć razem z fanami Orłów!

Gdy FIFA, z porozumieniu z Rosją, ogłosiła udostępnienie dla dziennikarzy i kibiców sieci 734 darmowych pociągów, strona tickets.transport2018.com doznała przeciążenia serwerów. Na większość połączeń biletów zabrakło już w maju. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się te do Kazania, dokąd loty z Moskwy są znacznie droższe niż np. do bardziej odległego Soczi.

Reklama

Wyjazd o godz. 23:08 z Dworca Kazańskiego, przyjazd o godz. 10:45 - cała noc w podróży. Czy będzie można w ogóle zasnąć? Jakie panują warunki w rosyjskim pociągu? Wątpliwości było co niemiara.

Czysto, miło i przyjemnie - kolej miłym zaskoczeniem

Gdy tylko dotarliśmy na Dworzec Kazański, usłyszeliśmy śpiewy kibiców. Kolumbijskich. Było ich znacznie więcej niż naszych. Bagaż każdego wchodzącego na peron został dokładnie prześwietlony. Bezpieczeństwo to zasada numer "jeden" w Rosji.

Wolontariuszki wielką sztuczną ręką wskazywały drogę na peron. Trudno było zabłądzić.

"Tak to nasz pasażer" - odpowiedziała pracownica rosyjskiej kolei wpuszczają nas do wagonu, po sprawdzeniu biletu elektronicznego. - Ma pan miejsce 102, czyli na górę i drugie drzwi w lewo - poinstruowała.

To, co zobaczyliśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Nowiutkie wagony, czysto, świeża pościel, bezpłatne wifi i - uwaga - klimatyzacja! Ni tylko taka na pokaz, ale działająca, co można było docenić, gdy w promieniach słońca przebijaliśmy się po Tatarstanie.

W pociągu jest minibar, gdzie można zamówić herbatę, czy kawę (za jedyne 40 rubli, ok. 2,3 zł) w szklance z oryginalnym, metalowym uchwytem. Jedyne, czego brakuje, to prysznic, jaki np. jest w polskich pociągach z Warszawy do Rosji.

- Polacy? Jedziemy z wami kibicować wam. W pierwszy meczu się nie udało, ale teraz musicie wygrać - zwróciło się do nas czterech Rosjan, z sąsiedniego przedziału. Kibice Dynama.

Wysłanników Interii los przydzielił do współdzielenia przedziału z Anną i Javierem - jedynym polsko-kolumbijskim małżeństwem, jakie wybrało się na ten mecz! Trzyletnią córeczkę zostawili w Polsce, pod opieką babci. Żyją i pracują w Holandii. W Moskwie, na stadionie Spartaka wspólnie wspierali "Biało-Czerwonych".

- Mówię to z bólem serca, przykro mi, ale spakujemy was do domu - mówi z uśmiechem Javier, odziany w żółtą koszulkę swej reprezentacji. Jego identyfikator fan ID jest przyczepiony do smyczki z napisem "Łączy nas piłka". Obszerniejszy materiał o Ani i Javierze przeczytacie jutro, przed meczem.

W pociągu spotkaliśmy także dwie Hinduski, które w Moskwie od 10 lat studiują medycynę ("Bo rosyjski język jest dla nas trudny, a wszystkie przedmiotem w nim są prowadzone") i wybrały się na mecz.

Arbat i Patriarsze Prudy obok mundialu

Samolot z Soczi przywiózł nas do Moskwy wczesnym popołudniem, więc zdążyliśmy zwiedzić najważniejszą arenę MŚ - Łużniki, pospacerować po Arbacie i Patriarszych Prudach, która na cały świat rozsławił Michaił Bułchakow. Inny świat, knajpki, pięknie wymalowane i odziane Rosjanki, kroczące dumnie, z wysoko podniesioną głową. Samochody najdroższych marek, jakich u nas nie spotkacie. Zaskoczyło nas, że w tych miejscach mundial nikogo nie obchodzi.

W wielu barach, restauracjach Arbatu na telewizorach czy dużych ekranach transmitowano ciekawy mecz Serbii ze Szwajcarią. Nikt go nie oglądał. W podobnych lokalach krakowskiego Kazimierza, wrocławskiego Placu Solnego, poznańskiego Rynku, czy warszawskiej starówki każdy większość klientów wcieliłaby się w rolę kibica.

- Wielu moich znajomych mówi, że piłka ich nie interesuje. Powtarzam im: "Popełniacie błąd! Na naszych oczach tworzy się historia! Tak wielka impreza jak mistrzostwa świata w piłce nożnej jest u nas po raz pierwszy i pewnie ostatni - opowiada nam kibic i dziennikarz rosyjski w jednej osobie Artiom Sokołow, który dosiadł się do naszego przedziału.

Pociąg nie jedzie za szybko, ale jest wystarczająco cicho i zasłony okien działają tak, że można się dostatecznie wyspać. Gdy na wysokości Zielenodolska przejeżdżamy mostem nad Wołgą mamy okazję z bliska się przekonać jak potężna jest to rzeka.

Z Nowego Jorku do Kazania, by kibicować Orłom!

Na dworcu w Kazaniu okazało się, że i polska kolonia kibicowska nie jest taka mała. Hasło "Łączy nas piłka" znowu powraca. Noc spędzona w pociągu i biesiada do godzin rannych przybliżyła polską parę do Mateusza, który na mecz przyjechał specjalnie z Nowego Jorku - aż dziewięć tysięcy kilometrów. Na Green Point wyemigrował z rodzicami z Rzeszowa, w 1993 r., jako trzynastolatek.

Owszem, przybysz z USA śledzi występy polskiej kadry, ale jego pomysł na tak daleką podróż do Kazania wydawał się co najmniej oryginalny. Mateuszowi pomógł trochę przypadek, to prawda, ale dzisiaj to akurat najmniej ważne. Jeśli napiszemy, że miał dużo szczęścia, też będzie prawda. Zresztą, ten przykład dobrze pokazuje, w jak różny sposób polscy kibice przyjeżdżają na mecze kadry na mundialu. 

- Kolega z Kolumbii, z którym się dobrze znamy, choć mieszka na co dzień w swoim kraju, miał bilet na spotkanie z Polską. Tak się złożyło, że nie mógł jechać, więc mi go odstąpił, a ja bardzo chętnie skorzystałem - mówi Mateusz i dodaje, że nie zastanawiał się długo.

Mimo męczącej podróży, mimo tego, że to przygoda tylko na jeden mecz. Przynajmniej na razie, bo po cichu liczy, że może uda się zobaczyć polską kadrę w akcji jeszcze gdzie indziej.

W nocnym pociągu do Kazania pomógł mu kolejny przypadek, bo w czteroosobowym przedziale - w standardzie mundialowym, czyli całkiem wygodnym do spania - trafiła mu się para z Polski, też podążająca na mecz. - Lepiej być nie mogło. Już się umówiliśmy na spotkanie w Nowym Jorku. W przyszłym roku przyjeżdżają do mnie! - mówi Mateusz wyraźnie zadowolony.

W Kazaniu Polaków pewnie nie będzie tak dużo jak w Moskwie. Pewnie nie usłyszymy gromkiego "Gramy u siebie", które rozlegało się raz za razem na stadionie Spartaka. Ale polscy piłkarze i tak mogą liczyć na doping kibiców w spotkaniu z Kolumbią. Gwarantują to ci, z którymi jechaliśmy do Kazania.

Niektórzy dotrą dopiero w dzień meczu, w niedzielę, ale wielu z nich już dojechało do stolicy Tatarstanu specjalnym nocnym pociągiem z Moskwy. I bardzo liczą na zmazanie plamy po pierwszym meczu! Po to tu przyjechali, nieźle bawiąc się po drodze.

Adam z Brodnicy pod Toruniem podróżuje z kolei sam. Logistycznie to duże wyzwanie, nawet bardzo duże, ale precyzyjny plan został opracowany już dawno temu, przed kilkoma miesiącami. - To nie jest moja pierwsza duża impreza. Byłem na mundialu w Niemczech, na meczu z Ekwadorem, dwa lata później w Wiedniu, gdy graliśmy z Austrią, ale tak daleko na wielki turniej jeszcze się nie wybierałem - mówi Adam.

Z biletami na mecze Polaków w fazie grupowej miał trochę przebojów. Musiał być czujny i o nie walczyć. Najpierw wylosował jeden, za kolejnym podejściem zdobył kolejne dwa. Ale to nie wszystko. W sumie ma siedem wejściówek, czyli jeszcze cztery dodatkowe, poza trzema meczami Polaków, w tym półfinał w Sankt Petersburgu. - Bardzo chciałem uzyskać jeszcze bilet na finał, ale niestety się nie udało. Po siedmiu zostałem najprawdopodobniej zablokowany - mówi niepocieszony.

Za Polakami jeździ tam, gdzie coś się dzieje. Był w Soczi na otwartym treningu jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw. Po dwóch dniach w Kazaniu, w poniedziałek nad ranem wyrusza w kolejną podróż do Sarańska, a potem do Wołgogradu, na Japonię.

Ciągle w drodze, ale nie narzeka. Tak przygoda rzadko trafia się, nawet nie raz na cztery lata.

Pociąg z Moskwy do Kazania był przepełniony kolumbijskimi kibicami. Dla nich to wielkie święto. Może nie są tak zwariowani na punkcie futbolu jak Brazylijczycy albo Argentyńczycy, ale dla reprezentacji są w stanie wiele zrobić. Julio Cesar przyleciał z Bogoty. Dwa tysiące dolarów sama podróż, prawie drugie tyle pobyt w Rosji. - Chciałem zobaczyć naszą kadrę w akcji, poza tym przeżycie jest niezapomniane i mam nadzieję, że sportowo też nie będę żałował.

Jose Manuel zabrał całą rodzinę, żonę i dwójkę dzieci. - Udało nam się kupić bilety na mecz w Kazaniu. Potem musimy wracać - mówi.

Kazań przywitał nas identyczną aurą jak ta w Moskwie, czy Soczi - +28 stopni Celsjusza.

Miasto żyje piłką, Rubinem, ale na co dzień rządzi tu hokej. AK Bars, czyli "Śnieżny Leopard" nosi barwy Tatarstanu i w 2009 oraz 2010 r, to zdobył mistrzostwo Rosji.

Tramwajem podążamy w okolice stadionu. Komunikaty są podawany w języku rosyjskim i tatarskim.

- W Kazaniu wszyscy mówią po rosyjsku, ale na wioskach zdarzają się osoby, które porozumiewają się wyłącznie po tatarsku - opowiada nam Aleksiej, student trzeciego roku medycyny.

Do tramwaju linii 5 wpuszcza nas bileterka, zagryzając zimną parówkę kawałkiem chleba. W sumie po co jej ciepła parówka, skoro na zewnątrz taki upał. Sprawnie przewija się między pasażerami i kasuje każdego po 25 rubli (1,5 zł). - Ja wam pokażę, gdzie trzeba wysiąść - informuje.

Kazań jest skromniejszy niż Moskwa, co nikogo nie dziwi. Wszak to tylko stolica Tatarstanu, a nie całej Rosji. Najważniejsze, żeby dobre wspomnienia wywieźli stąd "Biało-Czerwoni".

Z pociągu relacji Moskwa - Kazań Michał Białoński, Remigiusz Półtorak, Rafał Walerowski

Dowiedz się więcej na temat: reprezentacja Polski | kibice reprezentacji Polski