MŚ Rosja 2018

Tajemnice mundialu. Dzień, w którym król Lew Jaszyn puścił gola... olimpijskiego

Do mundialu w Rosji zostało już tylko 49 dni. Do tego czasu będziemy codziennie przypominać dzieje piłkarskich mistrzostw świata. Te najstarsze, ale też całkiem nowe. Napiszemy o sensacjach, których nikt się nie spodziewał, o dramatach, które wpływały na życie całych narodów i o wydarzeniach ważnych, choć niemal nieznanych. Również z Polakami w roli bohaterów. O tym, co działo się na boisku, ale także poza nim. Bo to naprawdę pasjonująca historia! Dzisiaj o walecznych Kolumbijczykach i przedziwnym golu strzelonym Lwu Jaszynowi.

To było słabe uderzenie. Przyjmując dzisiejsze standardy - nawet bardzo słabe. A jednak gol Kolumbijczyka Marcosa Colla już na zawsze przeszedł do historii mundialu, bo w dwudziestu edycjach nikt oprócz niego nie strzelił bramki bezpośrednio z rzutu rożnego. I to komu? Lwu Jaszynowi! Najlepszemu wówczas bramkarzowi świata.

Reklama

Była dokładnie 68. minuta meczu, gdy dość anemiczne dośrodkowanie Colla kompletnie zaskoczyło Jaszyna. A może jeszcze bardziej zdziwiła go reakcja - a w zasadzie jej brak - Czochelego, który jak gdyby nigdy nic przepuścił piłkę. Ta odbiła się jeszcze raz przed linią bramkową i wpadła do siatki.

Od 1924 roku, gdy Argentyńczyk Cesáreo Onzari strzelił bezpośrednio z rożnego w meczu z Urugwajem, ówczesnym mistrzem olimpijskim, przyjęło się uważać, że takie gole zostaną nazwane olimpijskimi właśnie. Gdyby żył, Kazimierz Deyna mógłby coś na ten temat powiedzieć jako autor podobnej bramki przeciwko Portugalczykom w eliminacjach do mundialu'78.

Ale na samych mistrzostwach świata ta sztuka udała się tylko Collowi, obrońcy drużyny America Cali, prywatnie - synowi sędziego.

Jeśli jednak tamten mecz między Kolumbią z Związkiem Radzieckim, w dalekiej chilijskiej Arice na oczach zaledwie 8 tysięcy widzów zapisał się na trwałe w dziejach mundialu, to nie tylko ze względu na wyjątkowego gola, ale na zwrot akcji godzien najlepszych scenariuszy filmowych.

Po 12 minutach pierwszej połowy Rosjanie prowadzili 3-0 po golach Ivanowa i dublecie Czislenki. Po 12 minutach drugiej połowy przewaga dalej wynosiła trzy bramki - tyle, że 4-1 - bo na trafienie Acerosa odpowiedział Poniedielnik. I wtedy wydarzyło się coś niespotykanego. Nie tylko Coll zaskoczył Jaszyna, ale Kolumbijczycy - dowodzeni na swoim pierwszym mundialu przez Argentyńczyka Adolfo Pedernerę, lidera mitycznego ataku River Plate z lat 40., zwanego "La Maquina" - poszli za ciosem. Najpierw Rada, a na cztery minuty przed końcem jeszcze Klinger, czyli kolejni dwaj obrońcy (!) doprowadzili do stanu 4-4.

Jaszyn, uważany wówczas nie bez racji za najlepszego bramkarza świata, przeżył szok. Trener Kaczalin musiał przyznać, że "zaskoczyło go przygotowanie fizyczne Kolumbijczyków", a niektóre gazety południowoamerykańskie pozwoliły sobie nawet na zabawną grę słowną, na nowo odczytując skrót CCCP. Po hiszpańsku brzmiało to tak: "Con Colombia Casi Perdimos", czyli "prawie przegraliśmy z Kolumbią". Co ciekawe, wiele lat później w koszulce z inicjałami CCCP przyszedł do studia telewizyjnego Zbigniew Boniek. Początkowo zostało to uznane przez niektórych za prowokację, a on tłumaczył, że tylko wymienił się trykotem z Serhijem Bałtaczą po zwycięskim remisie ze Związkiem Radzieckim na mundialu w Hiszpanii.

Wracając do roku 1962, nie tylko w Polsce potknięcie Sowietów wywoływało pozytywne reakcje, choć cena za ten historyczny wyczyn była dla piłkarzy kolumbijskich wyjątkowo wysoka. W kolejnym spotkaniu, z Jugosławią, nie mieli już nic do powiedzenia (0-5) i szybko wrócili do domu, zajmując ostatnie miejsce w grupie.

Nic to, w historii pozostaną na zawsze.

Remigiusz Półtorak

Najlepsze tematy