Artur Kozłowski, czyli maratończyk, który w Warszawie przechytrzył samego Henryka Szosta

- W zeszłym roku, przez silny wiatr, przyjąłem troszkę inną taktykę. Zachowałem więcej sił na końcu i zebrałem tego owoce - mówi w pierwszej części rozmowy z Interią Artur Kozłowski, aktualny mistrz Polski w maratonie. Zawodnik Sanprobi Sport&Active Team będzie bronił premierowego tytułu 23 kwietnia podczas 5. edycji Orlen Warsaw Marathonu.

Artur Gac, Interia: To już pewne, że stanie pan na starcie Orlen Warsaw Marathonu?

Reklama

Artur Kozłowski: - Jak najbardziej! Jestem zdecydowany, a same przygotowania trwają już bardzo długo.

Miał pan jakiekolwiek rozterki lub wątpliwości dotyczące startu?

- Raczej nie, wszak zeszłoroczny maraton wyszedł mi tak dobrze. Trasa jest sprawdzona i wiem, że jest bardzo szybka, a konkurencja też zapowiada się bardzo wymagająca. Myślę, że nic nie stało na przeszkodzie i trzeba bronić tytułu mistrza Polski.

Mistrzostwo wszak do czegoś zobowiązuje.

- Oczywiście, tym bardziej że ten tytuł został wywalczony przy okazji tak dużego, wręcz elitarnego maratonu.

Dodajmy, że w 2016 roku po raz pierwszy sięgnął pan po zwycięstwo w maratonie.

- To prawda, zresztą po raz pierwszy w ogóle startowałem w mistrzostwach Polski w maratonie. Nigdy wcześniej nie miałem okazji walczyć o tytuł na królewskim dystansie. Tym większa była satysfakcja, że od razu zdołałem zajął pierwsze miejsce. Radość była podwójna.

Powiedział pan, że przygotowania trwają już dosyć długo. Tak naprawdę od kiedy szykuje się pan do maratonu?

- Sezon zazwyczaj zawsze jest podzielony na dwie części: wiosna i jesień. Dlatego można powiedzieć, że przygotowania do tego startu trwają już od jesiennego maratonu. Już zimą, a dokładnie w grudniu, tak ułożyłem pracę treningową, wszelkie wyjazdy i obozy, by wszystko podporządkować wiosennemu startowi w Warszawie. To pokazuje, że przygotowania są bardzo długie i wyczerpujące, ale czyż nie taki jest sam maraton?

Ostatnio przebywał pan na obozie przygotowawczym w Albuquerque, w Nowym Meksyku?

- Tak, spędziłem w Stanach Zjednoczonych cztery tygodnie. Odbyłem tam najważniejszy okres przygotowań, najbardziej intensywny. Myślę, że wszystko poszło zgodnie z planem, stąd moje pozytywne nastawienie przed zbliżającym się startem. To, co najważniejsze u nas, sportowców, to zdrowie, a póki co - odpukać - nie mam na co narzekać. Zawsze mówię, że jeśli jest zdrowie, to i wyniki będą. Z takim nastawieniem pojadę do Warszawy.

Który raz był pan w Albuquerque?

- Byłem tam już po raz czwarty, bądź piąty. Pierwszy raz poleciałem w 2012 roku, gdy starałem się o minimum na igrzyska olimpijskie do Londynu. Mimo że wówczas pobiegłem rekord życiowy, który mam do dzisiaj, czyli 2:10:58, to niewiele zabrakło mi do wyjazdu na igrzyska. Niemniej zawsze, gdy wracałem z Albuquerque, wykonany tam trening pozytywnie "oddawał" w uzyskiwanych wynikach. Dla mnie to sprawdzone miejsce, wysokość jest w miarę bezpieczna, mimo że przebywa się 1600 m n.p.m. Można przeprowadzić bardzo owocne treningi, a dla maratończyków wyjazdy w góry są podstawą do tego, by osiągać dobre rezultaty.

Co sprawia, że to miejsce tak bardzo sprzyja treningom?

- Jednym z czynników, dla których tam wyjeżdżamy, jest klimat. W Europie, na tej wysokości, niestety nie ma takich warunków, które dla nas byłyby znośne. Dla maratończyków najlepsza pogoda to przedział 10-15, a maksymalnie 20 stopni Celsjusza. Tam taka pogoda jest pewna. Jedynym minusem jest wiejący wiatr, ale niemal nieustannie świecące słońce sprawia, że klimat jest bardzo suchy. W ciągu czterech tygodni obozu tylko przez dwa dni padał deszcz, a tak można było trenować według nakreślonego planu. Aura była wprost wymarzona.

W ubiegłym roku na Orlen Warsaw Marathon wyprzedził pan nie byle kogo, bo samego Henryka Szosta, legendę polskiego maratonu, który w tym roku nie stanie na starcie. Tamta edycja odbywała się przy mocno, a wręcz bardzo mocno wiejącym wietrze.

- To prawda, w zeszłym roku wiatr niestety rozdawał karty. To przypomniało, że pogoda w maratonie ma bardzo duże znaczenie. Przez wiatr przyjąłem wtedy troszkę inną taktykę. Po prostu zacząłem dużo wolniej niż grupa prowadząca, co w kontekście całego maratonu - można powiedzieć - mnie uratowało. Otóż w drugiej części maratonu, na ostatnich 20 km, wiatr wiał naprawdę bardzo mocno, a ja zachowałem więcej sił na końcu i zebrałem tego owoce. Mam nadzieję, że w tym roku uda się uniknąć takiej sytuacji. Chociaż poprzednie edycje odbywały przy w miarę dobrych warunkach. Liczę, że tym razem na wynik nie wpłynie pogoda, a bardziej zadecyduje czynnik sportowy.

Rozmawiał Artur Gac

Najlepsze tematy