Pjongczang 2018. Jaśkowiec: Życie na debecie, bez stypendium, sklejanie organizmu w jedną całość

Sylwia Jaśkowiec na mecie sztafety 4x5 km miała więcej optymizmu niż Justyna Kowalczyk, ale i ona przebąkiwała o rychłym końcu kariery ("Jestem pod koniec kariery"). Nikogo jednak nie krytykowała.

Michał Białoński, Eurosport.interia.pl: Nie udała się wam walką o pierwszą ósemkę. Jaka jest twoja reakcja na ten bieg?

Reklama

Sylwia Jaśkowiec, biegaczka narciarska: - Myślę, że powinnyśmy usiąść i podziękować sobie nawzajem. Za to, że każda z nas dała sto procent z siebie na każdej zmianie. Mamy dziesiąte miejsce i ciężko nam było nawiązać walkę o ósme, do szóstego, czy do tych miejsc, którymi cieszyliśmy się w Lahti, czy na poprzednich igrzyskach.

Dlaczego świat nam ucieka?

- Są tak wielkie zmiany w innych sztafetach, przetasowują się dziewczyny, przychodzą nowe nazwiska, bardzo dobre zawodniczki i to też powoduje, że jest coraz ciężej nawiązać rywalizację i walczyć o tak wysokie pozycje.

Osobiście myślę, że trzeba by zobaczyć czasy naszych biegów, jak się plasowaliśmy w stawce łyżwowej, na trzeciej, czwartej zmianie (Sylwia pokonała dystans w 12:40, a biegnąca przed nią stylem dowolnym Martyna Galewicz w 13:14.8 - przyp. red.). Z mojej strony, powiem tyle: "Dziewczyny! Ja was wspieram, ściskam i dziękuję za walkę". Regeneruję się i zakasuję rękawy do kolejnego biegu.

Jaka jest przyszłość naszych biegów?

- Moja przyszłość od 2016 roku jest bardzo biedna. Od wypadku i kontuzji nie mam żadnego stypendium, poza skromnym Stypendium Solidarności Olimpijskiej. Żyłam z oszczędności, debetu. Nawet burmistrz miasta i gminy Myślenice nie mógł mi pomóc, bo przez problemy zdrowotne nie miałam medali mistrzostw Polski, więc chciał pomóc, ale nie miał podstawy prawnej.

Byłoby lżej dzięki stypendium, bo zawsze otwiera się perspektywa i powstaje zabezpieczenie. Od trzech lat się przyzwyczaiłam, że go nie mam. To mi pokazuje, że jeśli kocha się, uprawia tę dyscyplinę, to trzeba być trochę szaleńcem!

Czyli polskie narciarstwo nie wykorzystało okresu świetności Justyny Kowalczyk, by wychować następczynie?

- Z mojej perspektywy to ciężko oceniać, bo wypadłam na dwa lata. Gdybym miała mówić osobiście, to tylko "przepraszam". Dwa lata bez rywalizacji, bez treningu motorycznego, poprawiającego moją wytrzymałość i wydolność biegową musiały rzutować. A pytania o cały, stanie narciarstwa biegowego trzeba stawiać na koniec sezonu i duża w tym rola was, mediów. Zadawajcie te pytania i mam nadzieję, że otrzymacie odpowiedzi. My, zawodnicy też będziemy o to pytać.

Oczekujemy konkretnych zmian, ale ja, jako zawodniczka zmierzająca do końca kariery, ale patrząca na nowe twarze i talenty, pojawiające się w Polsce, jestem orędownikiem tego, aby stworzyć im możliwości rozwoju, by mogli nas cieszyć wynikami. Lepszymi od naszych.

Pytania o to, dlaczego na igrzyskach nie ma Moniki Skinder trzeba skierować do trenerów, bo to oni są odpowiedzialni za rozwój zawodników. Szansa jest, ale trenerzy mają swoje wizje prowadzenia zawodnika i wprowadzania go na arenę światową. Mnie zawsze przenosili do kategorii wyżej, żeby szukać dla mnie konkurencji

O zmianach porozmawiajmy na koniec sezonu.

Chcesz kończyć karierę, a jeśli Justyna to zrobi, to kto będzie biegał? Po zakończeniu kariery przez Justynę powinnaś być chyba liderką.

- To nie jest mój kierunek: być najlepszym, bo ktoś skończył. Chodzi o to, aby biegać jak najlepiej w mocnej stawce i spełniać się w tym, co robię. Jestem jednak świadoma tego, ile moje ciało cierpi z tego powodu, że uprawia sport. Ile wysiłku wymaga ciągłe reperowanie ciała, trzymanie go w jednym kawałku. To niełatwe rzeczy. Jeśli człowiek poświęcił całe życie temu sportowi i jest szkolony, to niełatwo przyjdzie decyzja o zakończeniu kariery, ale to nie czas na takie rozmowy.

W Alpensia Ski Centre rozmawiał i notował Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Sylwia Jaśkowiec