Pjongczang 2018. Maciej Kot: Historia Stefana Huli nadaje się na książkę

- Historia Stefana Huli, którego wszyscy przekreślali, a on się nie załamał, tylko wiarą i pracą osiągnął dwa medale, jest do tego stopnia niewiarygodna, że nadaje się na książkę - podkreśla w rozmowie z nami brązowy medalista w konkursie drużynowym skoków Maciej Kot, który gorąco dziękuje za karierę swej mamie Małgorzacie.

Maciej Kot mógł się spotkać dziś w Korei ze swą mamą, która przyjechała na igrzyska w ramach akcji Procter & Gamble "Dziękuję Ci, mamo!"  

Reklama

Michał Białoński: Skąd pomysł na udział w akcji "Dziękuję Ci, mamo!":

Maciej Kot: Cieszę się, że po raz kolejny mogłem brać udział w akcji "Dziękuję Ci, mamo!". To wspaniała inicjatywa, która podkreśla udział mamy w życiu sportowca. Jestem dumny, że mogłem w tym uczestniczyć.

Byłeś grzecznym synkiem, czy zdarzały się momenty, w których dawałeś w kość?

- Na początku byłem raczej niegrzeczny i strasznie mnie nosiło, ale z wiekiem się uspokoiłem. W podstawówce rozrabialiśmy z kolegami, zdarzyło mi się nawet szybę wybić, ale w miarę dorastania to się zmieniło. Między innymi dlatego, że wybrałem sport i na treningu mogłem wyładować swą energię.

Pani Małgorzato, sport to pewnie jedna z lepszych dróg rozwoju młodego człowieka i okiełznanie niespokojnej duszy młokosa?

Małgorzata Kot: - Jak najbardziej tak. W sporcie można się realizować, ale też wyżyć się, emocje zarówno pozytywne, jak i negatywne, można odreagować podczas treningu, podczas wysiłku fizycznego.

Skoki to wielce ryzykowny sport. Nie bała się pani, że synowi może coś się stać?

- Bałam się i zawsze się boję. Trudno mi było jednak wpływać na karierę syna. Jeśli taka była jego decyzja, aby zostać skoczkiem, to muszę ją uszanować.

Maciek, opowiedz laikom, którzy was oceniają z perspektywy "wygrał, więc jest świetny, przegrał, to jazda z nim", co wy czujecie, siedząc na progu takich obiektów jak Bergisel w Innsbrucku, czy na Velikance w Planicy, gdzie lecicie znacznie dalej niż 200 m? Ciągle jest strach, dreszczyk na plecach, czy po setkach skoków już minął?

Maciej Kot: - Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, co robimy, czyli do prędkości i do wysokości, ale do pewnych rzeczy nie jesteś w stanie się przyzwyczaić. Jak choćby do tego, że przychodzi pierwszy skok na "mamucie". To zawsze robi wrażenie. Do skoków na skoczni normalnej jesteśmy przyzwyczajeni. Koncentrując się na szczegółach technicznych i nie zwracamy uwagi na to, że gdzieś tam dalej jest cmentarz, jak w Innsbrucku, czy inne widoki.

- Czasami te pierwsze skoki na "mamucie" powodują duże emocje i nieunikniony strach, który jest często pozytywny. On powoduje podekscytowanie. Nie ukrywam, że ten pierwszy skok w Planicy, mimo iż skocznię znam, wywołuje przede wszystkim szacunek. Do obiektu, do przyrody, gdy wieje wiatr. Później, z każdym skokiem jest łatwiej i dużo bardziej przyjemnie. Chce się po prostu więcej!

Jak godzicie rywalizację o miejsce w drużynie z koleżeństwem i współpracą?

- Skoki narciarskie to sport indywidualny. Mamy również rywalizację drużynową, ale w niej każdy sam siada na belkę i musi zrealizować swoje zadanie. Więzi i dobre relacje w drużynie są bardzo ważne. Gdy drużyna jest silna, jest dobra atmosfera, a pozytywna rywalizacja podnosi poziom naszej grupy. To ważne, by utrzymywać dobre relacje koleżeńskie i my to robimy.

- Staramy się też, by rywalizacja, która musi się pojawić na zawodach i treningach była wyłącznie pozytywna i sprawiedliwa, na zasadach fair play. Tak jak tutaj, w Korei. Przyjechało pięciu zawodników, a tylko czterech mogło wystartować. Decyzja co do składu zostaje u nas podjęta na zasadach sprawiedliwych, fair play. Dzięki temu zawodnik, który skacze słabiej może mieć pretensje tylko do siebie, a nawzajem zawsze się wspieramy. W ten sposób podnosimy swój poziom.

- Bywały momenty, kiedy wybory, bądź decyzje podejmowane przez poprzednie sztaby były, jeśli nie niesprawiedliwe, to nie do końca zrozumiałe dla nas - zawodników. To są wielkie emocje i często trzeba zaufać trenerom.

Gdy za kadencji trenera Kruczka, razem z Dawidem Kubackim, zostałeś zesłany do kadry B, to był trudny moment?

- Tak, ale obróciłem to na swoją korzyść. Na początku było mi ciężko, jednak postanowiłem zmienić otoczenie, pomysł na skoki i z nowym sztabem pracować z całych sił, co wyszło mi bardzo dobrze.

- Większy zakręt miałem wcześniej, po igrzyskach w Soczi, gdy nie spełniałem swoich oczekiwań. Sezon 2013/2014 miałem dobry i wszystko wskazywało na to, że w kolejnym forma wystrzeli, będą zwycięstwa, a nic takiego się nie stało. Forma poszła w dół. Skonfrontowanie swoich oczekiwań i ambicji z rzeczywistością było dla mnie bardzo trudne, ale między innymi dzięki mamie udało się to wszystko przezwyciężyć. Dlatego cieszę się, że teraz mogę jej za to w taki sposób podziękować, poprzez udział w akcji "Dziękuję Ci, mamo!".

Ten sezon nie układał się tak, jak mogłeś oczekiwać po poprzednim?

- Faktycznie, od początku szło jak po grudzie. Była huśtawka nastrojów, trafiałem na różne warunki, ciągle coś nie grało. Sezon jest trudny. Wracając pamięcią do moich życiowych zakrętów, widziałem podobieństwa, ale przestałem myśleć w ten sposób. Powiedziałem sobie: "Nie, nie będę powielać błędów". Cały czas walczyłem, ciężko pracowałem i myślałem pozytywnie. Igrzyska olimpijskie stały się moim celem. Postanowiłem się skupić na nich, przygotować jak najlepszą formę na Pjongczang.

- Nie było to łatwe zadanie, jeszcze parę tygodni temu ciężko było sobie wyobrazić, że będę w czwórce, która będzie rywalizować na zawodach. Przecież w Oberstdorfie byłem poza składem, ale postanowiłem do ostatniego skoku walczyć. Z perspektywy czasu opłaciło się i jestem zadowolony: mimo złego sezonu jest osłoda i nagroda, w postaci medalu olimpijskiego.

Choć ten sezon jeszcze się nie skończył, ja mam już swój happy end. A będę go chciał jeszcze lepiej zakończyć.

Warto zatem walczyć do końca?

- Dokładnie i widać to nie tylko po mnie, ale jeszcze bardziej na przykładzie Stefana Huli. On pokazał dążenie do celu bez względu na otoczenie i przeciwności losu, z roku na rok, ciężko pracą i wiarą we własne możliwości osiągnął sukces! Wielu ludzi już go przecież skreślało, a on, w tym wieku (31 lat - przyp. red.) ma już drugi medal na wielkiej imprezie, po MŚ w lotach. Historia Stefana Huli jest do tego stopnia niewiarygodna, że nadaje się nawet na książkę!

- Fajnie jest mieć w drużynie takiego kolegę, od którego można się uczyć cierpliwości i konsekwentnego dążenia do celu. Stefan jest tego przykładem dla wszystkich sportowców.

Jak radzicie sobie z dietą, trzymaniem niskiej wagi? Ostatnio hitem w internecie było zdjęcie czeskiego skoczka Vojtiecha Sztursy, który pokazał się rozebrany od pasa w górę, z żebrami na wierzchu.

- Vojtiech wciągnął brzuch. My tak naprawdę nie wyglądamy. To była przesada. Dieta jest jednym z takich elementów życia sportowca, który jest ciężki, ale jest też nieodzowny. Wiadomo, że jeden zawodnik ma problemy z utrzymaniem wagi, a drugiemu przychodzi to z łatwością. Geny mają tu duży wpływ. Pilnując tego codziennie, jestem w stanie osiągnąć dobrą wagę i też dzięki mamie, która w domu gotuje pode mnie i przygotowuje dietetyczne posiłki ("Musiałam się przestawić na dietetyczne gotowanie" przyznaje z uśmiechem pani Małgorzata - przyp. red.), a to bardzo mi pomaga.

Gdy czujesz się głodny, mimo posiłku, to co robisz?

- Staram się tak zjeść, żeby nie być głodny. Mam wyznaczone godziny posiłków i trzymam się ich. Organizm się przyzwyczaja. Najważniejszy jest właściwy rytm: np. o godz. 12 obiad, a kolacja o godz. 18, więc mózg wie, kiedy organizm otrzyma posiłek.

Sport zawodowy to jest masa wyrzeczeń i większość roku spędzona poza domem. Cieszy cię pewnie zatem, że dzięki zdobyciu medalu masz zapewnioną nie tylko premię, ale też dożywotnio emeryturę olimpijską, które są nagrodą za ten trud?

-  Do tej pory w ogóle o tym nie myśleliśmy. Dopiero wczoraj, po powrocie do wioski sprawdziliśmy w internecie, o co to chodzi z tą emeryturą olimpijską. Po pierwsze, to bardzo daleka perspektywa, czeka nas dopiero po "czterdziestce", a to ho-ho! Ale wiadomo, że będzie większy spokój. Człowiek coś wywalczył, za co w przyszłości dostanie pewną nagrodę. Ciężka praca zostanie odpłacona, ale szczerze mówiąc, dla mnie wielką nagrodą jest to, że po takim sezonie i tej walce mam ten medal! I dzięki akcji Procter & Gamble, dzięki akcji "Dziękuję Ci, mamo!" mam tu chwilę z mamą. To jest coś, czego się nie spodziewałem, że razem z mamą, w Korei będziemy mogli przeżywać tak wspaniałe chwile!

Małgorzata Kot: Też się tego nie spodziewałam, że tu będę. To wielka radość być tu razem z Maćkiem. Akcja faktycznie jest wspaniała. Mogę być, kibicować. Cieszyć się! Kibicuję nie tylko synowi, ale wszystkim Polakom, a serce wskazuje, że najbardziej Maćkowi, bo z nim jestem najbardziej związana i  jego najlepiej znam. Natomiast, gdy inni Polacy skoczą dobrze, to też jesteśmy z nich dumni!

Oglądaj igrzyska na żywo!

Rozmawiał w Jongpjongu Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: maciej kot | Akcja 'Dziękuję Ci Mamo'