Arkadiusz Onyszko: Dobrzy bramkarze kipią testosteronem

- Nie byłem zwolennikiem Łukasza Fabiańskiego, ale zmieniłem zdanie. To świetny bramkarz. Świetny! - twierdzi Arkadiusz Onyszko. Wicemistrz olimpijski z Barcelony, a obecnie trener bramkarzy Górnika Łęczna, mocno wierzy w naszą reprezentację przed Euro 2016 i kibicuje Wojciechowi Szczęsnemu w powrocie na europejski poziom.

Interia: Jak się pan czuje? Ze zdrowiem wszystko OK?

Reklama

Arkadiusz Onyszko, srebrny medalista igrzysk w Barcelonie, były bramkarz m.in. Legii, Lecha, Widzewa i klubów duńskiej ekstraklasy: - Rewelacja! Odczuwam ból przy zmianie pogody, ale nie mogę narzekać. Dzięki przeszczepowi nerki dostałem nowe życie.

Rozpoczął pan też nowe piłkarskie życie jako trener. Wielu piłkarzy twierdzi, że nie wyobraża sobie siebie w tej roli. Pan prowadzi akademię, trenuje bramkarzy w klubie z Ekstraklasy. Daje to panu spełnienie?

- To ciężki chleb, jeśli chodzi o Polskę. Miałem szczęście, że trafiłem do klubu, w którym prezesowi nie grzeje się głowa. Nie podejmuje decyzji pod wpływem emocji, nie działa pod presją. To jedna sprawa, poza tym uwielbiam pracować z dziećmi. Również dlatego, że w ich przypadku od razu widać efekty.

Skoro jesteśmy przy temacie szkolenia, to zgodzi się pan, że łatwiej wychować, wyszkolić bramkarza światowej klasy niż obrońcę, pomocnika czy napastnika?

- Uważam, że wielkie znaczenie mają cechy charakteru zawodnika. Poza tym, zauważyłem, że dobrzy bramkarze kipią testosteronem. Naprawdę! Po młodych bramkarzach widać, że to mężczyźni. Nie mają nażelowanych włosów. Na boisku dyrygują, krzyczą, są mocno pobudzeni. Poza tym my nie boimy się pracy. Jak trener powie, że masz rzucać się w błocie, czy zrobić po sześć powtórzeń na jedną stronę, to nie ma różnicy. Grałem w Danii i wiem, że za granicą jest z tym różnie. Tam ludzie nie są tak zmotywowani. Wpływają na to warunki ekonomiczne. U nas piłka daje możliwości wybicia się, a na zachodzie bez względu na to, czy pracujesz, czy nie, żyjesz na jakimś fajnym poziomie i ciężko zmobilizować się do czegokolwiek.

Wskazałby pan kogoś z naszej ligi o potencjale na bramkarza klasy światowej czy europejskiej?

- Muszę wspomnieć o Sylwku (Rodiciu - przyp. red.). Teraz szuka się wysokich bramkarzy, o dużym zasięgu ramion, żeby mógł szybko reagować, bo piłki są coraz lżejsze i szybsze. Właśnie dlatego u nas jest Silvio Rodić. Ale widzę w naszej lidze jednego bramkarza, który może być niesamowity, jednak... nie broni. To jest najlepsze! A jak broni, to mu się zdarzają wpadki. Chodzi o Macieja Gostomskiego. Obserwowałem go, gdy przyjechał do nas z Lechem. Normalnie zwierzak! Silny, wysoki, widać, że to bramkarz. Tylko wiadomo, jak nie broni regularnie, to gdy wejdzie do bramki, przydarzają mu się dziwne rzeczy. Ale gdybym miał stawiać na kogoś z naszej ligi, to postawiłbym właśnie na Gostomskiego. Widziałbym go w lidze angielskiej.

Kto według pana jest naszym bramkarzem numer jeden?

- Zawsze bardzo lubiłem Artura Boruca. To nie przypadek, że zawsze tam, gdzie szedł, zespół robił wynik. Jest bardzo silny psychicznie. Nie byłem zwolennikiem Łukasza Fabiańskiego, ale po ostatnich meczach reprezentacji, rozmowach z trenerami, muszę powiedzieć, że zmieniłem zdanie. To świetny bramkarz. Świetny! Bardzo dobrze gra nogami, jest skoczny. Jaki ma spokój, technikę! Naprawdę, w tym momencie to nasz bramkarz numer jeden.

Sądziłem, że ze względu na efektowny styl bliższy będzie panu Wojciech Szczęsny.

- Cenię go, ale uważam, że w ciągu ostatniego roku spuścił z tonu, zwłaszcza jeśli chodzi o koncentrację. Zawsze go lubiłem i chwaliłem, ale moim zdaniem na dzień dzisiejszy piłka nie jest dla niego numerem jeden. Cóż, taki okres w życiu też przychodzi. Trzeba się z tego jak najszybciej otrząsnąć i miejmy nadzieję, że Wojtek powróci na poziom europejski.

Jest młodym bramkarzem, więc przyszłość jeszcze przed nim.

- Dokładnie! Właśnie młodość ma to do siebie, że w pewnym momencie znaczenie odgrywają inne rzeczy i koncentracja się obniża. Widać po Wojtku, że na dzień dzisiejszy nie jest w stu procentach zainteresowany piłką.

Nawiasem mówiąc przyznał, że piłką interesuje się o tyle, o ile chodzi o jego zespół i jego grę, a innych meczów raczej nie ogląda. To dobre nastawienie?

- Z perspektywy psychologicznej nie jest złe. Jestem przeciwny temu, żeby bramkarz siedział przed telewizorem, oglądał wszystkie mecze ligowe i analizował. To dodatkowa presja. Uważam, że zwłaszcza bramkarz powinien mieć odskocznię od futbolu. Owszem, jesteś profesjonalistą, na treningu pracujesz na sto procent, ale później musisz mieć życie prywatne. Nie można żyć piłką przez 24 godziny na dobę. Uważam, że to bardzo złe podejście.

Zwłaszcza w przypadku bramkarza, który szczególnie narażony jest na stres i wypalenie.

- Dokładnie. Bramkarz jest tak mocno skupiony na grze, że nie ma szans, aby przez cały czas utrzymywał koncentrację na tym samym poziomie. To niemożliwe.

Zgodzi się pan ze stwierdzeniem, że przed Euro mamy komfortową sytuację, jeśli chodzi o bramkarzy?

- Selekcjoner Adam Nawałka i trener bramkarzy Jarosław Tkocz nie mają prawa narzekać na bramkarzy. Trzeba przyznać, że sztab naszej kadry ciężko pracuje, analizując to, jak kto gra i w jakiej jest aktualnie formie. Naprawdę to nie przypadek, że awansowaliśmy na mistrzostwa Europy.

W każdej dyscyplinie sportu postępuje specjalizacja. Sądzi pan, że ten trend zacznie obowiązywać także w przypadku szkolenia bramkarzy i już za niedługo trenerzy będą mieli do dyspozycji kilku piłkarzy na tej pozycji do różnych zadań? Pana zdaniem bramkarze są skazani na zadaniowość czy dobry bramkarz poradzi sobie zawsze bez względu na to, jak i z kim jego drużyna będzie grała?

- Analiza gry przeciwnika jest potrzebna, bo w oparciu o nią przygotowuje się specjalistyczny trening. Przykładowo Irlandczycy grają dużo wysokich piłek granych za obrońców, więc wybiera się takie ćwiczenia, żeby bramkarz wiedział co go czeka i gdzie się ma ustawić. Dzisiaj bramkarz musi być świetnie wyszkolony technicznie, bo głównie gra nogami. Jeśli chodzi o strzały, to - gdy gra w dobrej drużynie - ma do obronienia góra dwa-trzy w całym meczu. Wrzutek też nie ma wiele. Przede wszystkim musi grać nogami, czy na przedpolu, czy przy wprowadzaniu piłki do gry. Kiedyś po prostu wybijało się piłkę i niech tam sobie walczą, a dziś bramkarz musi dokładnie podać na kilkadziesiąt metrów.

Podam przykład Louisa van Gaala, który jako trener Holandii w meczu z Kostaryką na mundialu zdjął z boiska Cillessena, żeby na rzuty karne wystawić Krula. Wówczas manewr okazał się skuteczny. Jest pan zwolennikiem tak pojmowanej zadaniowości?

- Nie podobało mi się to. Wyobraźmy sobie taką sytuację - bramkarz świetnie bronił przez cały mecz, a na karne wchodzi inny, broni i to on zostaje bohaterem. Nie wiadomo, jak zdjęty zawodnik zareaguje w takiej sytuacji. Bramkarze to bardzo dumni ludzie, z dużym ego, bo takie muszą mieć, skoro dźwigają na swoich barkach wielką odpowiedzialność. Dlatego nie wiadomo, jak taka sytuacja może się odbić na bramkarzu.

Podziela pan opinię, że selekcjoner powinien wyznaczyć pierwszego bramkarza już kilka miesięcy przez finałami Euro?

- Mogłoby to negatywnie odbić się na rywalizacji. Załóżmy, że trener ogłasza, kto jest pierwszym bramkarzem. W takim przypadku z pozostałych schodzi nieco powietrze, bo motywacja maleje. A co, jeśli przed mistrzostwami przydarzy się kontuzja?

Jest pan optymistą przed mistrzostwami Europy? Ugramy coś we Francji?

- Jestem o tym przekonany. Uważam, że drużyna się skonsolidowała, niesamowicie gra Robert Lewandowski. Wielkie znaczenie ma też bardzo ciężka praca sztabu szkoleniowego. Spotykają się regularnie co tydzień w Warszawie, cały czas analizują, oceniają, więc w tym względzie nie będzie żadnego przypadku. Wierzę, że reprezentacja sprawi dużą niespodziankę.

Rozmawiał Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama