Czy przepaść między ligą a reprezentacją jest do zasypania?

Rodacy zachodzą w głowę, skąd powstał Rów Mariański dzielący reprezentację Polski od Ekstraklasy. Dyscyplina ta sama - piłka nożna, a jednak ogląda się inaczej i czy wszystko da się wyjaśnić brakiem Roberta Lewandowskiego i jego kolegów na naszym ligowym podwórku?

Do programu satyryczno-politycznego "W tyle wizji", w jednym z ostatnich wydań w 2017 roku, zadzwonił pan Andrzej z Mississaugi koło Toronto (jak powszechnie wiadomo, Polacy są wszędzie). Oświadczył ni mniej, ni więcej: Najlepszym symbolem "dobrej zmiany" jest Zbigniew Boniek. Odmienił reprezentację Polski. Pozostało mu tylko uczynienie tego samego z ligą.

Reklama

Ten telefon uświadomił mi siłę oddziaływania piłki nożnej. Oto facet dzwoni przez pół świata i nie chwali żadnego sportowca, bohatera narodowego, polityka, tylko właśnie Bońka.

Fakt - postawienie na światowym topie reprezentacji Polski to niezaprzeczalny sukces duetu Boniek - Adam Nawałka, wobec którego faktu broń złożyli nawet najwięksi krytycy sternika PZPN-u.

Ale co począć z Ekstraklasą, która ostatnio - za wyjątkiem dzielnie walczącej Arki - skompromitowała się w konfrontacji z Europą, odpadając z LM i LE w przedbiegach?

Co prawda, Boniek wszedł do Rady Nadzorczej Ekstraklasy SA, ale nadzór to nie to samo, co niemal absolutna władza, jaką sprawuje w PZPN-ie. Owszem jest tam zarząd, który o wszystkim decyduje większością głosów, ale charyzmatyczny przywódca bez problemu porwie grupę za sobą.

W klubach Ekstraklasy rządzą właściciele i ich zarządy. Czy oni mają inną strategię niż przeżyć z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc? Jak wielu spośród nich planuje to, gdzie chcemy być za dwa, a gdzie za pięć lat i dobiera pod to wykonawców - dyrektora sportowego, trenerów, piłkarzy?

Obowiązuje kilka tendencji, wprowadzanych dziełem przypadku albo - jak kto woli - bałaganu w polityce sportowej.

Jednym z głównych trendów jest zatrudnianie obcokrajowców. Najczęściej na wariata. "Mają ich w Anglii, mają w Bundeslidze, my nie będziemy gorsi, to przecież ogólnoświatowa tendencja" - słychać ciągle. I tak nasza sztandarowa liga osiągnęła pułap 166 obcokrajowców, czyli na upartego wypełniliby oni kadry ośmiu klubów, czyli połowę ligi! Rekordy popularności biją Słowacy - mamy ich 23.

Co można powiedzieć o tej nacji, a znam ją doskonale, z racji częstych wypadów na mecze hokejowe? Sympatyczni, pracowici i mający swoją dumę ludzie, ale jest ich niewiele pięć milionów i gdy już biorą się za sport, to najczęściej jest to hokej właśnie (mają zarejestrowanych 12 tys. hokeistów). Dobrych piłkarzy jest tam jak na lekarstwo, a jeśli już są, to kopią we Włoszech jak Marek Hamszik (Napoli) czy Milan Szkriniar (Milan).

Tymczasem prezesi polskich klubów eksplorują piłkarską Słowację niczym przed laty Antoni Ptak z Pogoni Copacabanę.

Reprezentacja Słowacji dawno nic nie ugrała, nigdzie nie awansowała, a my od czasów Ondreja Dudy nie mamy żadnego Słowaka grającego regularnie w jej reprezentacji. Rozumiecie? 23 Słowaków z Ekstraklasy i żaden nie łapie się do wyjściowego składu swej reprezentacji. Jaroslav Mihalik (Cracovia) ma trzy minuty na koncie w przegranych eliminacjach do MŚ i 27 minut w towarzyskim meczu z Norwegią. Bramkarz Martin Polaczek (Zagłębie Lubin)  jest rezerwowym w meczach o stawkę, rozegrał jedną połowę w towarzyskiej potyczce z Ukrainą. Czyli tak: Słowacja piłkarsko jest słaba, a jeśli już coś wygra, to o jej sile stanowią Hamszik, czy Skriniar, a my i tak ściągamy jej graczy na potęgę!

Oczywiście, to nie tak, że prezesi naszych klubów postradali zmysły. Na pewno kierują się tym, że Słowacy łatwo łapią język, asymilują się w szatni, a nade wszystko, nie są drodzy w utrzymaniu.

Wspomniany Mihalik puka do pierwszej reprezentacji, ale czy wart był 700 tys. euro? Cracovia sądziła i sądzi pewnie nadal, że zarobi na nim tak jak swego czasu Legia na Dudzie. Obecność w naszej lidze niedawnego młodzieżowca Słowacji, wybijającego się na Euro U-21 jest projektem trzymającym się kupy. Jakości lidze dodają z pewnością: bramkarze Duszan Kuciak, Polaczek, Matusz Putnocky, napastnik Robert Pich, boczny obrońca Patrik Mraz. Ale większość to jednak rzemieślnicy, a nie artyści. Spokojnie na ich miejsce można by wprowadzać młodych Polaków.

Wówczas Adam Nawałka i jego asystenci nie musieliby bezsilnie patrzyć na to, jak giną na ławkach rezerwowych zachodnich klubów największe talenty rodzimego futbolu. Pytania: "Co będzie, jeśli kariery pokończą Lewandowski, Błaszczykowski, Piszczek, Glik?" nie wywoływałyby trwogi.

Kolejna bolączka Ekstraklasy jest zaczerpnięta z powiedzenia: "Inną kobietę biorę za żonę, a z zupełnie inną się rozwodzę". Tak samo kluby mogą sobie powiedzieć o trenerach: innego zatrudniamy, a zupełnie innego wywalamy za drzwi.

Jesienią w Ekstraklasie wyleciało dziewięciu trenerów. Absolutny rekord. Dziś szkoleniowiec ma w polskiej lidze pozycję statysty, kogoś od "przynieś, zanieś, pozamiataj", dziś tu, jutro tam. Nie spodobasz się piłkarzowi, to wylecisz jeszcze przed pierwszym meczem, jak w Płocku Marcin Kaczmarek. Jakim cudem tak traktowani trenerzy, będący zakładnikami piłkarzy i prezesów działających ad hoc, mają kogokolwiek czegokolwiek nauczyć? Zbudować, przebudować szatnię, wygrać wyścig do LE, LM z tymi, którzy mają plan i konsekwentnie się go trzymają, jak choćby Viktoria Pilzno (mało kasy, a dużo punktów w lidze i Europie)?

Doszło do kilku absurdów. Jeszcze w czerwcu Michał Probierz był uznawany za trenerskiego mistrza Ekstraklasy. W grudniu w kierunku właściciela Cracovii padały pytania, czy nie należałoby go zastąpić. A przecież Janusz Filipiak brał Probierza, bo na wiosnę drużyna "cudem dokulała się do utrzymania". Może zatem nie w trenerach leży problem, tylko gdzie indziej, skoro zespół ciągle w okolicach strefy spadkowej? Rewolucyjna przebudowa składu kosztuje niemało.

Wciąż młodym, a bezapelacyjnie najbardziej doświadczonym polskim szkoleniowcem, jakiego w tym sezonie mieliśmy w Ekstraklasie, jest Maciej Skorża. Jesienią, wczesną, pracował w Pogoni. Został zwolniony, bo zespół nie wygrywał, grzązł na ostatnim miejscu. Nikt nie brał pod uwagę, że drużyna ma najlepiej zorganizowany atak pozycyjny w Polsce, oddaje najwięcej strzałów, a że nie biorą się z nich bramki? Może to z powodu niezatrudnienia napastnika, co miał obiecane Skorża (Marcin Robak trafił do Wrocławia, a miał podobno wrócić do Szczecina)? Z pracy wyleciał jednak Skorża, a nie ci, którzy nie zrealizowali planów transferowych. Co więcej, wyleciał z łatką niezatrudnialnego. W wieku 45 lat. Czy dziś ktoś pamięta o tym, że to jeden z najbardziej inteligentnych ludzi polskiej piłki, który ma w gablocie trzy mistrzostwa Polski, trzy Puchary Polski, Superpuchar, Puchar Ekstraklasy i asystenturę na MŚ 2006 r.?

Nie. Dziś, w powszechnej opinii środowiska, Skorża to ten nieudacznik, co o mały włos nie spuścił z Ekstraklasy Pogoni, a wcześniej Lecha.

Jeden z byłych pracowników pionu sportowego Wisły Kraków, widząc jak ówczesny jej właściciel Bogusław Cupiał zmienia trenerów częściej niż rękawiczki, użył trafnego porównania:

- Ta nasza liga to ciągły plac budowy, na którym ledwie coś powstanie, a już jest rozwalane. Ktoś nowy przychodzi, próbuje od nowa i tak wkoło. Nic z tego nie powstanie na dłuższą metę oprócz masy błota i zamieszania.

Szczęśliwego Nowego Roku

Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Boniek | Maciej Skorża | Adam Nawałka

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje