Engel: Polski futbol stać na grę dwoma napastnikami

- Naszej kadrze brakuje stabilności. W każdym meczu gra w innym składzie, więc zawodnikom nie jest łatwo szybko się zgrać. Zanim to zrobią, to albo bramki zdążą uciec, albo trzeba czekać pół godziny, tak jak z San Marino - powiedział dziennikarzowi RMF FM Maciejowi Jermakowowi były selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Engel.

Maciej Jermakow: Według pana, to był niezły mecz, jak stwierdził trener Fornalik?

Jerzy Engel:
- Nie chodzi o niezły mecz, bo żeby mieć niezły mecz, potrzebne są dwa zespoły, które nieźle grają. To był mecz, który trzeba było wygrać, wygrać w miarę przekonująco. I ten cel został zrealizowany.

Jakieś wnioski możemy po tym spotkaniu wyciągać, czy przeciwnik był na tyle słaby, że to w zasadzie nie ma sensu?

Reklama

- Nie ma - właśnie z tego względu, że graliśmy ze słabiutkim przeciwnikiem. To jeden z najsłabszych przeciwników w Europie, wszyscy zdobędą punkty na tym przeciwniku.

A wariant z dwoma napastnikami? W meczu ze słabym rywalem mogliśmy go przetestować, ale chyba nie do końca się sprawdził. Arkadiusz Milik był praktycznie niewidoczny.

- Ja mam akurat inne zdanie, ponieważ moja filozofia futbolu jest taka, że grywam z dwoma napastnikami przede wszystkim, ale w zupełnie innych ustawieniach. Dlatego nie zgadzam się z tego typu teorią i twierdzę, że polski futbol stać na to, żeby grać dwoma napastnikami, a nie jednym. Największe sukcesy polska reprezentacja odnosiła zwykle wtedy, kiedy było nas stać na to, żeby wystawić w ataku dwóch napastników, a nie jednego, bo my takiego typowego snajpera, środkowego napastnika w Polsce nie mamy.

A stawiałby pan bardziej na duet Lewandowski - Milik czy Lewandowski - Teodorczyk?

- To zostawiam już selekcjonerowi. Trudno mi w tej chwili powiedzieć, na kogo ja bym postawił.

Jeśli mówimy o selekcjonerze... Czy pana zdaniem, w takim momencie gry reprezentacji, w takim momencie eliminacji MŚ, kiedy mamy do końca jeszcze pięć spotkań i wiele może się wydarzyć, zmiana selekcjonera byłaby dobrym wyjściem?

- Zmiana trenera w trakcie rozgrywek nigdy nie jest dobrym wyjściem. Także w tej chwili jest jeszcze szansa matematyczna na to, że możemy awansować. Możliwe, że ten mecz z San Marino będzie takim odbiciem się reprezentacji i doda wiary w to, że punkty można zawsze zdobywać - tylko trzeba w to wierzyć, nawet w momencie, kiedy ta poprzeczka awansu zawędrowała bardzo wysoko. Te punkty trzeba będzie odrabiać w tej chwili w meczach wyjazdowych, które będą na pewno trudniejsze niż te u siebie.

Na co by pan zwrócił uwagę przede wszystkim tym, którzy nie do końca z futbolem są za pan brat? Czego brakuje naszej reprezentacji, by choćby w meczu z Ukrainą czy w meczu z San Marino grać jeszcze lepiej, grać jeszcze bardziej widowiskowo, tak by kibice na Stadionie Narodowym nie musieli po prostu wygwizdywać naszych, bo to było dosyć przykre?

- Gdybym jednym słowem miał określić, czego brakuje naszej reprezentacji, to powiedziałbym, że właściwie stabilności. Drużyna gra w każdym meczu w innym składzie, w związku z tym nie jest łatwo zawodnikom szybko zgrać się w trakcie meczu. Zanim to zrobią, to albo bramki już uciekną, albo trzeba czekać tak jak z San Marino przez pół godziny.

Szanse na awans są już tylko matematyczne, czy ta wiara w realny awans jeszcze gdzieś się tam tli?

- Szanse na awans są matematyczne, a ponieważ są matematyczne, to i wiara musi się tlić. Tak że trzeba wierzyć w tę drużynę. Myślę, że takim najbardziej pozytywnym elementem jest to, że na taki mecz jak z San Marino przyszło ponad 43 tysiące kibiców. I to jest właśnie odpowiedź dla wszystkich niedowiarków: że kibice dalej wierzą, że kibice są z tą reprezentacją, że kibice kochają tę reprezentację. Bo dawniej nie zdarzały się sytuacje, żeby na mecz z San Marino przyszło tak wiele osób. A gdyby mecz z Ukrainą był zwycięski, to wyobrażam sobie, że na wczoraj na pewno zabrakłoby biletów. To pokazuje, że wiara kibica w tę reprezentację dalej jest i trzeba to wykorzystać.

Zgadza się, ale z drugiej strony nie przypominam sobie, żeby kilka lat temu przy stanie 5-0 dla naszej reprezentacji można było usłyszeć gwizdy i momentami szydercze oklaski pod adresem naszych chłopaków.

- Tak, ale to wszystko było efektem nieudanego meczu z Ukrainą, ponieważ tamten mecz był dla nas kluczowy, zresztą dla Ukraińców podobnie. Każda drużyna gra czasem mecze, których nie wolno przegrać i ten z Ukrainą był jednym z tych, których przegrać nie było wolno.

Myśli pan, że które z tych jesiennych spotkań może być kluczowe? Zakładamy, że z Mołdawią nam się uda. Czarnogóra, Anglia, Ukraina - najlepiej byłoby wygrać wszystkie trzy, ale w kim pan upatruje głównego rywala do awansu?

- Ale dobrze pan powiedział, panie redaktorze: my już nie mamy wyboru. Wybór mieliśmy jeszcze przed meczem z Ukrainą. Nawet po meczu z Anglią troszeczkę zachwiała się nam sytuacja punktowa, bo liczyliśmy na trzy punkty u siebie z Anglikami, myśląc o awansie z pierwszego miejsca. Natomiast strata dwóch punktów z Anglią u siebie, strata trzech punktów z Ukrainą u siebie - a to są najpoważniejsi, oprócz Czarnogóry jeszcze, kandydaci do awansu - powoduje, że każdy mecz już do końca jest tak samo ważny. Nie ma mniej czy bardziej ważnych meczów. W każdym meczu trzeba grać o zwycięstwo.

Maciej Jermakow

Zobacz sytuację w "polskiej" grupie eliminacyjnej

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje