Janusz Michalik: Robert Lewandowski pasowałby do Nowego Jorku

- Polska wyjdzie z grupy na mundialu, a Robert Lewandowski pasowałby do Nowego Jorku i tam mógłby zakończyć karierę - uważa Janusz Michallik, urodzony w Chorzowie były 44-krotny reprezentant USA, a obecnie komentator telewizyjny i ekspert piłkarski.

Bundesliga: wyniki, tabela, terminarz, strzelcy

Reklama

Wciąż jest pan blisko amerykańskiej piłki nożnej. Dlaczego reprezentacji USA zabraknie na mistrzostwach świata w Rosji?

Janusz Michallik, były reprezentant USA: - Trudno wskazać jeden powód. To nie były dobre eliminacje. Juergen Klinsmann jako selekcjoner źle je zaczął, a Bruce Arena fatalnie zakończył. Strefa CONCACAF dostała od FIFA aż 3,5 miejsca na mundialu, dlatego nie trzeba było się specjalnie wysilać, aby zająć jedną z czołowych lokat. A jednak to, co się wydarzyło w Trynidadzie było jednym wielkim nieszczęściem. Nikt sobie nie mógł tego wyobrazić, że kilka dni po świetnym 4:0 z Panamą, która przecież pojedzie do Rosji, nie uda się urwać punktu ostatniej drużynie w tabeli, grającej w dodatku niemal w rezerwowym składzie. Na 100 meczów z tą ekipą w 99 Amerykanie byliby górą. W moim przekonaniu o wszystkim zdecydowała psychika. Czasem wychodzisz na boisko z nastawieniem, że szybko strzelisz gola i mecz ci się ułoży. Tymczasem to przeciwnik wychodzi na prowadzenie i presja pęta ci nogi. W rezultacie przegrywasz nie tylko mecz, ale - jak w tym przypadku - szansę wyjazdu na mundial.

Jakie zmiany muszą nastąpić w amerykańskiej federacji, aby za cztery lata sytuacja się nie powtórzyła?

- Niedługo nastąpi długo wyczekiwana zmiana w strukturach, bo Sunil Gulati, który rządził związkiem przez 12 lat, nie wystartuje w nadchodzących wyborach na stanowisko prezesa. Mam jednak nadzieję, że zmieni się przede wszystkim podejście do wyszukiwania talentów. USA to zlepek kultur i narodowości, gdzie z powodzeniem powinno się znaleźć młodych adeptów z predyspozycjami do gry kreatywnej. Zwróćmy uwagę, że inne narody, jak Niemcy, Hiszpanie czy Anglicy, mają swój styl. Czegoś takiego od dawna brakuje Amerykanom. Na wielkich imprezach grali oni przede wszystkim defensywnie, a w ten sposób nie można liczyć na wiele. Trzeba szukać młodych i dawać im szansę - tak właśnie czynią to Niemcy - i nie opierać gry na starych schematach i zawodnikach, którzy najlepsze lata mają już za sobą.

Generalnie nad amerykańską piłką nożną zbierają się czarne chmury - reprezentacji zabraknie w Rosji, kadra do lat 23 od lat nie może awansować na igrzyska, start ligi NASL, uważanej dotychczas za zaplecze MLS, stanął pod znakiem zapytania...

- Braku Amerykanów na igrzyskach nie uważam za tragedię, bo - umówmy się - do wyników turnieju olimpijskiego nie przykłada się wielkiej wagi. Choć z drugiej strony młodzi Amerykanie mieliby okazję pokazać swoje walory i być może uzyskać angaż w Europie. Na problemy NASL patrzę z innego, sentymentalnego punktu widzenia, bo dzięki tej lidze wylądowałem w USA. Mój tata Krystian, który dwukrotnie zagrał w reprezentacji Polski, został w 1975 kupiony przez występujących w tej lidze Hartford Bicentennials. Z jednej strony wiem, że obecni włodarze NASL nie zrobili wystarczająco dużo, aby liga mogła się rozwijać, ale z drugiej federacja nie powinna przyczyniać się do tego, aby jakiekolwiek rozgrywki upadały. NASL miała swoje problemy, ale było to świetne miejsce dla około 100 zawodników zwolnionych zimą z MLS. Mogli w dalszym ciągu tam grać i przyzwoicie zarabiać. A tak zostaje im półamatorska USL...

Z występującym dotychczas w NASL legendarnym Cosmosem, który wywalczył trzy tytuły mistrzowskie w ostatnich pięciu latach, pożegnał się trener Gio Savarese, odchodzą też zawodnicy. Danny Szetela liczy na angaż w Polsce. Poradziłby sobie?

- Nie oglądam ligi polskiej na co dzień, ale uważam, że dla wielu klubów Danny byłby sporym wzmocnieniem. Po perypetiach związanych z kontuzją w Cosmosie się odrodził. Ustabilizował formę, grał dużo i wygrywał temu zespołowi mecze. To uniwersalny, waleczny zawodnik, który świetnie gra z tyłu, ale ma też ciąg na bramkę. Posiada duże doświadczenie, grał w Europie, w reprezentacjach olimpijskiej i dorosłej. Polskie kluby na pewno miałyby z niego spory pożytek.

A na co stać Polskę na mundialu w Rosji?

- Liczę, że mój kolega Adam Nawałka, z którym grałem w piłkę podczas jego pobytu w nowojorskiej drużynie Yonkers, dobrze przygotuje biało-czerwonych. Grupa jest ciężka. Taka trochę... dzika. Jeszcze do niedawna uważałem, że szczytem dla obecnej polskiej kadry było Euro 2016 we Francji. Szkoda meczu z Portugalią, bo przecież to Ronaldo i spółka wywalczyli potem tytuł, więc można gdybać czy i nas by było na to stać? Ale teraz patrzę na grę np. Piotra Zielińskiego, Bartosza Bereszyńskiego i wiem, że wielu chłopaków nie pokazało w reprezentacji jeszcze całego potencjału. Wiem, też, że Lewandowski będzie bardzo zmotywowany, bo raz, że to mogą być jego ostatnie wielkie rozgrywki, a dwa, że turniej we Francji nie wyszedł mu, jeśli chodzi o zdobywanie bramek. Dużo pracował, ale strzelił tylko jednego gola. Myślę, że w MŚ uzyska więcej, a jeśli lider i kapitan będzie w formie, to wiem, że pociągnie innych. Na pewno stać Polaków na wyjście z grupy, a co potem - wszystko będzie zależeć od rywala i dyspozycji w danym dniu.

Czyli latem Polska np. w półfinale MŚ, a jesienią "Lewy" do MLS. Do jakiego klubu by pasował?

- Słyszałem pogłoski, że jego żonę ciągnie do Los Angeles, więc to z pewnością byłby dobry kierunek. Choć osobiście wolałbym widzieć go w Chicago, gdzie mieliśmy Polaków i gdzie wraca moda na piłkę nożną. Świetny byłby dla niego też New York City FC. Tam mogliby wspólnie z Anną pracować nad budowaniem swojej marki.

Pochodzi pan z Chorzowa, gdzie pod koniec marca polska reprezentacja zagra towarzysko z Koreą Południową. Podobno zamierza pan zabrać na ten mecz syna?

- Takie są plany. Dla mnie będzie to powrót na Stadion Śląski po... 41 latach. Jako 11-letni chłopak byłem tam na meczu z Portugalią, w którym Kazimierz Deyna strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego. To był magiczny obiekt, atmosfera była niesamowita. Teraz mamy PGE Narodowy w Warszawie, ale mam nadzieję, że o magii Śląskiego będzie mógł przekonać się mój syn Daniel, który także obecnie pracuje w ESPN.

Czego sobie życzy Janusz Michallik w 2018 roku?

- Może będę staroświecki, ale tylko zdrowia, abym mógł jeszcze przez jakiś czas być przydatny w telewizji. Marzę także o tym, aby popracować - choćby raz - w moim ojczystym języku. W 1994 pracowałem z Włodzimierzem Szaranowiczem, ale od tamtego czasu upłynęło sporo czasu. Relacja z meczu Polski i to po polsku - to moje niespełnione marzenie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje