Jerzy Dudek: Byliśmy grzeczną reprezentacją. Ekscesów nie odnotowałem za dużo

Jerzy Dudek wierzy, że dobrze się zaprezentuje 4 czerwca w towarzyskim meczu piłkarskim z Liechtensteinem w Krakowie, który będzie dla niego oficjalnym pożegnaniem z drużyną narodową. Po nim 40-letni bramkarz dołączy do Klubu Wybitnego Reprezentanta Polski.

Dwa lata temu odszedł pan z Realu Madryt i od tej pory nie był czynnym piłkarzem. Dzięki 60. meczowi zostanie pan członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta Polski. Jakie uczucia towarzyszyć będą temu występowi?

Reklama

Jerzy Dudek: Jestem dumny i bardzo się cieszę z tego spotkania, które wprowadzi mnie do honorowego grona. Jednak z nadzwyczajnymi emocjami do samego meczu nie pochodzę. Raczej entuzjastycznie, bo czuję, że moja forma jest wysoka i wciąż zwyżkuje. W ostatnim tygodniu ćwiczyłem z ligowcami Piasta Gliwice, natomiast od kilkunastu dni mam treningi bramkarskie. Wierzę, że się dobrze zaprezentuję.

Czy będzie to ostatni pana występ w piłkarskiej karierze?

- Nie będę składał takich deklaracji. Zapewne będzie to ostatni oficjalny mecz w reprezentacji Polski. Na trybunach zasiądą zapewne wyjątkowe osoby - moi wierni kibice, cała rodzina - poza teściem, który zachorował, przyjaciele. Będzie to więc pożegnanie z kadrą narodową, ale w piłkarskich zmaganiach chcę dalej uczestniczyć i na boisku zamierzam się pojawiać.

Czy planuje pan w sposób szczególny pożegnać się we wtorek z reprezentacją?

- Dla mnie będzie to jubileuszowy mecz i na pewno jako członek ekipy, po rozgrywce z Lichtensteinem, wrócę z chłopakami do hotelu. Wypada, abym symbolicznie torcik czy piwko postawił, jednak koledzy nie będą mogli celebrować ze mną, bo przed nimi arcyważne i trudne starcie z Mołdawią, o punkty w eliminacjach do mistrzostw świata. Na pewno, gdy pojadę do rodziny i przyjaciół to oni coś szczególnego przygotują. Dla mnie najważniejsze, aby była to okazja do powspominania tego, co tak nieubłaganie minęło.

Do tej pory wystąpił pan w reprezentacji 59 razy. Które ze spotkań szczególnie utkwiło w pamięci?

- Każdy mecz miał swoją historię, ale niezapomniany dzień to 25 lutego 1998 roku - debiut w pierwszej reprezentacji. Graliśmy przeciwko Izraelowi, a silne emocje towarzyszyły nam poza boiskiem, bowiem był to niestabilny czas w Strefie Gazy i można było to na miejscu odczuć.

Wielka radość i szczególnie miłe chwile to mecz w Chorzowie, gdy w 2001 roku wygraliśmy 3-0 z Norwegią i pierwszy raz od 16 lat Polska awansowała do mistrzostw świata. Dalej mundial 2002 - na ten turniej w Korei i Japonii, który był doskonale zorganizowany, patrzę z wielkim sentymentem. To był zbiór doświadczeń, które miały zaprocentować w przyszłości, choć niestety, tak się nie stało.

Wracam też pamięcią do meczów z mistrzami świata i Europy - walka z Francuzami zawsze oznaczała wzbicie się na inny poziom swoich możliwości i podwójną mobilizację całego zespołu.

Który moment w piłkarskiej karierze wolałby pan wyrzucić z pamięci?

- Najtrudniejsza chwila i zarazem największy zawód, jakiego doświadczyłem to ten, gdy trener Janas nie wziął nas na mundial do Niemiec w 2006 roku. Ja oraz trzech Tomków: Rząsa, Kłos i Frankowski, przeżyliśmy to mocno i od tego czasu zaufanie na linii trener-zawodnik już nigdy nie było takie samo. Wolałbym także wykreślić z pamięci mecz z Białorusią, gdy trzy dni po wspomnianym zwycięstwie nad Norwegią, przegraliśmy 1-4. Zawaliłem dwie bramki, ale wszyscy nie byliśmy w formie, pewnie zbytnio celebrując awans do mistrzostw świata.

Zdarzały się na pewno warte odnotowania chwile spoza boiska.

- Było ich wiele, bowiem grałem w okresie, w którym mocno dbaliśmy o atmosferę w drużynie. Na zgrupowania jeździło się z wielką ochotą. Tworzyliśmy fajną paczkę, w której było dużo dobrych duchów. Atmosfera musi być tworzona poza boiskiem, dlatego pod wodzą Engela czy Janasa staraliśmy się być dobrze zorganizowaną ekipą, rozumieć i wspierać się nie tylko w trakcie meczów. Dlatego przyjaźnie z reprezentacji trwają cały czas.

Na pewno w takim gronie zdarzyły się wyjątkowe przygody.

- Byliśmy grzeczną reprezentacją, więc ekscesów nie odnotowałem za dużo, choć wiadomo, że jak była możliwość pójścia na wspólną kolację po meczu, to staraliśmy się z niej korzystać. Pamiętam, jak kiedyś o drugiej w nocy prosiliśmy kierowcę naszego autobusu, aby zawiózł nas z Konstancina do centrum miasta. Pod naszą presją musiał nagiąć kilka zakazów wjazdu, bo tak bardzo chcieliśmy się tam dostać. I choć nie jest to godne naśladowania, to ważny w tej historii jest fakt, że jechali wszyscy. Nie, że pięciu poszło po meczu w prawo, a pięciu w lewo. Jak graliśmy, to razem, jak odreagowywaliśmy, to też razem. I to zostaje w pamięci.

Czy obecna reprezentacja nie jest taką zgraną paczką?

- Przed mistrzostwami Europy widziałem, że chłopaki mają wspólny język. Jednak trener Fornalik przejął zdołowany team, z zawiedzionymi po Euro 2012 nadziejami. Trudno w takim zespole zbudować dobrą atmosferę, bo wiadomo, że ta zależna jest od wyników. Konfrontacje pokazują, że gramy w kratkę - dobry mecz z Czarnogórą, a potem słabszy występ z Ukrainą.

Czego to dowodzi?

- To pewnie wynik tego, że zespół nie jest jeszcze silny. Teoretyczne prognozy na awans są, więc trzeba teraz tak walczyć, aby przekuć je w praktyczne szanse. Nie będzie łatwo, tym bardziej, że czerwiec to ciężki okres. Jest po sezonie, a po 50 czy 60 meczach w nogach marzy się raczej o wakacjach z rodziną. Dlatego z mentalnego punktu widzenia spotkanie z Mołdawią będzie bardzo trudne.

Co, poza przygotowaniami do spotkania z Liechtensteinem, wypełnia panu czas?

- Są to liczne projekty, w które się angażuję - od akademii piłkarskiej w Krakowie, przez kolekcję sprzętu sportowego Move Dudek Collection. Znajduję też chwile na realizację sportowych pasji - głównie gry w golfa. Trzeci rok z rzędu zamierzam wystartować w mistrzostwach Polski w tej dyscyplinie, które tym razem odbędą się w lipcu na Pomorzu. Nawet wczoraj uczestniczyłem w rozgrywkach w Śląskim Klubie Golfowym. Zająłem drugie miejsce, a po turnieju pędziłem na rozruch z Piastem Gliwice.

Podobno zdradził pan golfa na rzecz wyścigów samochodowych...

- Nieprawda, bowiem rywalizując w Volksawagen Castrol Cup wsiadam... właśnie do golfa. W tym roku zrobiłem licencję profesjonalnego kierowcy i teraz mogę się ścigać, nie będąc zagrożeniem na torze dla innych. Z każdym okrążeniem idzie mi coraz lepiej. Pod koniec czerwca będę na torze w Poznaniu, później w Austrii i na Węgrzech, aby w październiku zakończyć samochodowy sezon.

Czyli wciąż pojawiają się nowe sportowe pasje?

- Nie rezygnuję z obecnych, a pewnie będą przybywać kolejne. Zacząłem niedawno biegać, choć wcześniej tego nie lubiłem. Nie wykluczam, że odpowiem na zaproszenie znajomych i za rok wezmę udział w krakowskim maratonie. Kupiłem już buty, profesjonalny zegarek biegacza, zakładam słuchawki na uszy z dobrą muzyką i okazuje się, że tak też można fajnie spędzać czas.

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Dudek | reprezentacja Polski | eliminacje MŚ 2014

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje