Polska – Portugalia 2-3 w Lidze Narodów. Nie ma nic na obronę

Wolelibyśmy o tym zapomnieć, ale się nie da, bo obrazki po porażce na mundialu pojawiają się jak bumerang. Pamiętacie jeszcze, co się do niej przyczyniło? Fatalna gra w obronie, słaba postawa liderów… Niewiele ponad trzy miesiące po turnieju z Rosji, w meczu z Portugalią, wróciły stare demony.

Brzęczek zaczął za dobrze. Brzmi to może trochę dziwnie, bo wiemy, że początki są ważne, ale tak właśnie jest. Mecz z Italią, ledwie przed miesiącem - zakończony remisem (1-1), który tak naprawdę uznaliśmy za porażkę - znowu rozbudził nadzieje, że nowa kadra może stawić czoła choćby uznanym rywalom. Szczególnie po fatalnym mundialu, gdy nawet wygrana z Japonią pozostawiła niesmak.

Reklama

Dzisiejsza perspektywa, po kolejnych grach z Irlandią i Portugalią, musi być już inna. Może po prostu Włosi grali tak słabo i są w takim dołku, że dopiero z każdym naszym spotkaniem mankamenty reprezentacji wychodzą na wierzch? Nie będziemy na pewno odbierać zawodnikom Brzęczka tego co pokazali w Bolonii, ale zjazd od tego czasu jest niepokojący. To prawda, awans na mistrzostwa Europy jest dla nas ciągle priorytetem, ale nikt nigdy nie mówił, że Ligę Narodów odpuszczamy. Nigdy nie było na ten temat najmniejszego sygnału. Wręcz przeciwnie.

Nowe rozgrywki to sprawa prestiżowa, ale większy problem jest jednak gdzie indziej. Zawodzą liderzy, a następców nie widać. Dotyczy to szczególnie gry defensywnej. Jeśli Łukasz Fabiański miał dotychczas wysokie notowania, to dlatego, że trudno było mu cokolwiek zarzucić. Przeciwko Portugalii na pewno drużynie nie pomógł.

Postawa całego bloku obronnego musi budzić jeszcze większy niepokój. Łatwość, z jaką obnażyli nas rywale przy wszystkich trzech golach, jest co najmniej zadziwiająca. Szczególnie postawa Kamila Glika, słusznie uważanego za lidera tej formacji. Oczywiście, trzeba wziąć pod uwagę, że obrońca Monaco przechodzi nerwowy okres w klubie (w czwartek został zwolniony jego trener Leonardo Jardim) i da się to odczuć również  w kadrze. Tak złe obliczenie lotu piłki, posłanej przez pół boiska, jak przy drugiej bramce, trudno sobie wyobrazić w "normalnych" warunkach. A jak Glik nie daje gwarancji, inni też obniżają loty. Najbardziej Jędrzejczyk, który najwyraźniej źle czuje się na Stadionie Śląskim, bo w marcowym meczu z Koreą również zanotował fatalny występ.

Najbardziej rzucało się w oczy spóźnienie, z jakim reagowali Polacy. Niemal zawsze o krok za rywalami.

Nie mniejszym problemem staje się wyrwa, która nie po raz pierwszy powstała w środku pola. Gdy niektórzy zaczęli już wieścić, że oto rosyjskie powietrze dobrze służy Krychowiakowi, Portugalczycy zweryfikowali to bezlitośnie. Pomocnik Lokomotiwu Moskwa był cieniem samego siebie, jak w najgorszym czasie gry w PSG. Co więcej, lepsze oceny Klicha po poprzednim zgrupowaniu nie zostały potwierdzone, a Kurzawa zasłużyłby na pochwały, gdyby tylko mecz odbywał się na stojąco, bo w stałych fragmentach gry jest rzeczywiście mistrzem. Gdy trzeba pobiec za rywalem albo nie zgubić krycia, jest już dużo gorzej.

Patrząc na całą defensywę, bo nie można jej ograniczać jedynie do czwórki nominalnych obrońców, wygląda to trochę tak, jakby posypały się kolejne elementy domina. I tu jest największy problem.

A jeśli dodamy do tego znowu nieprzekonujący występ Zielińskiego i nieudany jubileusz Lewandowskiego, który w pięciu swoich kolejnych meczach w kadrze (szósty przesiedział na ławce) zatracił skuteczność, to obraz obecnego stanu kadry jest niemal pełny. Gol niezawodnego Piątka trochę go zaciemnia, bo trudno powiedzieć, żeby współpraca z "Lewym" w takiej formie rokowała na przyszłość.

Na tym tle wejście Błaszczykowskiego i Grosickiego jest jakimś jaśniejszym punktem, choć trzeba od razu dopowiedzieć, że obydwaj skrzydłowi sił mają coraz mniej, więc najlepiej mogą sprawdzać się właśnie w takiej roli - zmienników.

Wyraźna porażka z Portugalią, nawet jeśli wynik nie do końca oddaje różnicę klas między obydwiema drużynami, pokazuje obrazowo, jak wiele zmieniło się przez ostatnie dwa lata. Podczas Euro we Francji, w ćwierćfinale, nie tylko walczyliśmy z późniejszymi mistrzami na Velodrome w Marsylii jak równy z równym, ale dość powszechne było przekonanie, że gdyby bardziej zaryzykować, to wcale do karnych nie musiało dojść.

Dzisiaj różnica w stylu gry jest ogromna. I to w sytuacji, gdy rywale grali bez swojego najlepszego zawodnika. To wiele mówi.

Pozytywy? Brzęczek mówił nam po meczu, że "w początkowych trzydziestu kilku minutach było parę dobrych zachowań i dużo odbiorów piłki".

Poszukajmy ich też w symbolice czwartkowego spotkania i dotychczasowej, krótkiej drodze reprezentacji dowodzonej przez Jerzego Brzęczka. Zaczęło się całkiem obiecująco (jak w meczu z Włochami), potem straciliśmy inicjatywę i daliśmy sobie narzucić styl gry (Irlandia, Portugalia), by znowu odzyskać lepszą twarz. Czy to zapowiedź, że jeszcze w Lidze Narodów powalczymy?

W niedzielnym rewanżu z Włochami jest dobry moment na odbudowę, bo oni też mają nóż na gardle.

Remigiusz Półtorak

Dowiedz się więcej na temat: reprezentacja Polski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje