Tłumy na trybunach i wygwizdana reprezentacja

Dwa gole Roberta Lewandowskiego z rzutów karnych i tłumy ludzi na trybunach Stadionu Narodowego to tylko makijaż do kolejnego festiwalu nieudolności polskich piłkarzy, którym był mecz z San Marino.

Znajdź nas na Facebooku! Będziesz na bieżąco!

Reklama

43 tysięcy widzów na spotkaniu z jedną z najsłabszych drużyn świata, zaledwie cztery dni po dotkliwej porażce z Ukrainą, to wynik niewiarygodny. Takiej publiczności mogą zazdrościć polskim piłkarzom wszystkie reprezentacje w Europie. W pojedynku z San Marino czuło się jednak, że cierpliwość fanów wobec drużyny Waldemara Fornalika została mocno nadwerężona. Zwłaszcza, że piłkarze po raz kolejny wyszli na Stadion Narodowy bez pomysłu. Przypadkowych kopnięć piłki bez jasno określonego adresata i chaotycznych prób przebicia się przez obronę rywala było trzy razy więcej, niż schematów wypracowanych na treningach. Drużyna narodowa przypomina pospolite ruszenie, nie da się przewidzieć, w jakim składzie wyjdzie na boisko ani jaką taktykę obrał jej wódz naczelny.

Fornalik wciąż szuka pomysłu na Roberta Lewandowskiego. Co więcej, sam Lewandowski desperacko poszukuje miejsca dla siebie. Jako wysunięty napastnik się nie spełnia, bo nie ma partnera, który potrafiłby mu sensownie podać piłkę. Cofa się więc do drugiej linii, rozgrywa, robiąc to wszystko jednak pod taką presją, że piłka rzadko wykonuje jego polecenia. Kilka kiksów najlepszego strzelca Borussii, który już za tydzień podejmie bój o półfinał Champions League, wywołało zdumienie i irytację na trybunach Stadionu Narodowego.

Nie ma wątpliwości: skończył się czas idylli dla Fornalika. Sympatycznego selekcjonera, który jesienią podbijał serca fanów odważnie wprowadzając do reprezentacji młodych zawodników. Efektów jego pracy nikt dziś nie dostrzega. Drużyna gra tak jak grała w najgorszych czasach. Artur Boruc akurat wyjątkowo mocno fetowany wczoraj przez publiczność, mówił po meczu, że z przykrością słuchał gwizdów skierowanych do kolegów.

Właśnie bramkarz Southampton stanął na przeszkodzie graczom San Marino do osiągnięcia ich wielkiego celu. W tych eliminacjach nie zdobyli jeszcze bramki, tymczasem wczoraj Rinaldi był sam na sam z Borucem. To pokazuje, jak źle zorganizowana w tyłach jest drużyna Fornalika, a więc podstawowy kłopot, z którym przez trzy lata borykał się Franciszek Smuda nie został rozwiązany do dzisiaj. Tymczasem Marcin Wasilewski wkroczył do klubu wybitnego reprezentanta. To duży zaszczyt, tyle, że jest kolejnym graczem w tym ekskluzywnym towarzystwie, który w biało-czerwonej koszulce nie zagrał ani jednego wybitnego meczu.

Wszyscy polscy piłkarze wyglądają jednak tak, jakby wychodzili na boisko za karę. Piłka ich parzy, z ulgą pozbywają się jej kopiąc do najbliższego kolegi lub daleko do przodu. Nie ma wymian na jeden kontakt, tempo jest wolne, przewidywalność w atakach irytująca. Żadnych schematów i nawet namiastki gry w trójkątach. Gracze Fornalika nie potrafią rozegrać szybkiej kontry, a ich atak pozycyjny jest prymitywny.

Dość? Tak. Nie domagam się dymisji selekcjonera. Niech podejmie walkę z drużyną o ten promyk nadziei, który jeszcze pozostał po remisie Czarnogóry z Anglią. Nowy trener zacząłby eksperymentować uznając, że za obecny stan i formę drużyny odpowiada poprzednik. Niech Fornalik kończy swoje dzieło przynajmniej do chwili, kiedy ostatecznie nie przegra tych eliminacji. Może on i jego gracze pokażą charakter wojowników? Póki co zaskoczeni są nawet ci, którzy przewidywali, że po Euro 2012 może być już tylko lepiej.

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Zobacz wyniki, strzelców bramek, terminarz i tabelę "polskiej" grupy eliminacyjnej

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama