Łukasz Kadziewicz: Mogę zagrać w kadrze, ale osiedla

- Mogę zagrać w reprezentacji, ale osiedla, jak będą zawody w gumę - przyznał Łukasz Kadziewicz, środkowy Cuprum Lubin i srebrny medalista mistrzostw świata z 2006 roku.

Awans z Cuprum Lubin oznaczał pana powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej siatkarzy po dwóch latach. Jak bardzo liga się zmieniła w tym czasie?

Reklama

Łukasz Kadziewicz: - Przede wszystkim to teraz liga mistrzów świata, co jest wielką sprawą. Gra w niej też więcej drużyn i ja się osobiście z tego powodu cieszę, bo to stwarza młodym zawodnikom okazję od ogrywania się, zbierania doświadczenia. Poziom jest bardzo zróżnicowany, ale coś za coś. Można byłoby zmniejszyć liczbę drużyn, w których graliby najlepsi polscy i zagraniczni siatkarze i wtedy meczów na bardzo wysokim poziomie na pewno byłoby więcej. Ale co z młodzieżą? Pewnie grałaby w pierwszej lidze. Uważam jednak, że tylko rywalizacja z najlepszymi zapewni rozwój, a to pozwoli nam co roku dostarczać reprezentacji dwóch, a może nawet trzech nowych zawodników. Meczów o stawkę drużyna narodowa ma bardzo dużo i aby utrzymać się na wysokim światowym poziomie, powinna być szeroka i mieć zaplecze.

Wspomniał pan o reprezentacji i szerokiej kadrze. Liczy pan jeszcze na powołanie?

- Proszę nie żartować. Ja mogę zagrać w reprezentacji, ale osiedla, jak będą zawody w gumę. Dla mnie rozdział reprezentacji jest już zamknięty. Swoje już wyskakałem w kadrze oraz osiągnąłem i niech teraz młodsi biorą zespół na swoje barki. Są inni i bardzo dobrze im idzie. Nie możemy jednak cały czas liczyć na tych samych zawodników, bo, jak wspomniałem, meczów reprezentacji jest bardzo wiele i cały czas trzeba szukać nowych nazwisk. Co roku dwóch, trzech debiutantów powinno się pojawiać i jest to możliwe, bo mamy zdolną młodzież i jest w kim wybierać. Ja do tej zdolnej młodzieży już nie należę.

Ma pan w dorobku wicemistrzostwo świata w 2006 roku, ale tytuł zdobyli inni. Kiedy w Spodku młodsi koledzy wznosili Puchar Świata czuł pan satysfakcję czy może zazdrość?

- Nie było żadnej zazdrości. W 2006 roku przegraliśmy w finale, ale teraz udało nam się wziąć rewanż na Brazylijczykach i bardzo się z tego cieszyłem. Byłem dumny z chłopaków, bo wykonali kawał dobrej roboty. O tym złocie chyba marzyli wszyscy i w końcu udało się je zdobyć. Wielka sprawa i oby tak dalej.

Myśli pan, że Stephane Antiga ze swoim zespołem mogą powtórzyć ten sukces, choćby w mistrzostwach Europy, a może w igrzyskach olimpijskich?

- Rio jest teraz takim najbliższym celem. To byłoby coś fantastycznego, gdyby w 2016 roku na igrzyskach znowu udało się sięgnąć po złoto. W sumie to jakikolwiek zdobyty tam medal będzie dużym sukcesem. Musimy jednak pamiętać, że są inni, że Brazylia będzie grała u siebie, że Rosja czy Włochy nie osiągnęły nic na ostatnich mistrzostwach świata i na olimpiadę pojadą z nastawieniem walki o medal. Czy my jesteśmy w stanie powtórzyć sukces? Rio powinno być celem wszystkich zawodników, aby trener reprezentacji miał w kim wybierać. Nie będzie łatwo tam o medal, ale możemy tego dokonać.

Afera łapówkarska w Polskim Związku Piłki Siatkowej może zaszkodzić polskiej siatkówce?

- Będzie się o tym mówić i za rok, dwa, ale też za 10 czy 20 lat i trzeba się z tym pogodzić. Cała ta afera pokazała jednak typową polską mentalność. Jeszcze sprawa nie została do końca zbadana, a sąd kapturowy wydał już wyrok. Nie chcę mówić, że ktoś jest winny czy niewinny. Osoby zamieszane w całą aferę zrobiły jednak wiele dobrego dla polskiej siatkówki i zanim ich rozerwiemy na strzępy, pozwólmy, że osądzi ich sąd. Nie ogłaszajmy wyroku bez osądu. A co do samej siatkówki, to ma się w naszym kraju na tyle dobrze i jest tak kochana przez kibiców, że nie powinno to jej zaszkodzić. Pokazują to już mecze w lidze, hale się zapełniają i nic się pod tym względem nie zmieniło.

Muszę zapytać o pana klub, który wyrasta na rewelację sezonu. Wygrana z wicemistrzem Polski Asseco Resovią, walka jak równy równym ze Skrą Bełchatów...

- W dużej mierze to zasługa trenera Gheorghe Cretu, który wykonuje kawał dobrej roboty. Nasze cele z początku sezonu się nie zmieniły i nadal chcemy przede wszystkim zająć miejsce w pierwszej ósemce. Poczekajmy do końca sezonu, bo jeszcze pozostało sporo spotkań. Jeżeli po sezonie zostaniemy uznani za rewelację rozgrywek, będzie nam bardzo miło. Teraz jednak nie ma o czym gadać, tylko trzeba grać dalej, bo przecież nie mamy nawet jeszcze pewnego miejsca w ósemce, co dla nas jest planem minimum.

Patrząc z boku na zespół Cuprum odnosi się wrażenie, że poza trenerem Cretu pan ma też duży wpływ na zawodników i na to, co się dzieje na boisku.

- Może tak to wygląda z boku, bo mam niewyparzony język i dlatego dużo gadam, wykłócam się z sędziami. Najważniejszy pozostaje trener, a ja jestem tylko jednym z zawodników, który wykonuje jego polecenia. Jesteśmy zespołem i na tym polega nasza siła. W Lubinie nie ma gwiazd, a jest drużyna.

Rozmawiał: Mariusz Wiśniewski

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kadziewicz | Cuprum Lubin | siatkówka | PlusLiga

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje