Jerzy Matlak: Brakuje cierpliwości i rozsądku przy wyborze trenerów

Były selekcjoner kadry siatkarek Jerzy Matlak krytycznie ocenia decyzje władz PZPS dotyczące częstych zmian trenerów reprezentacji. 68-letni szkoleniowiec w rozmowie z Polską Agencją Prasową przyznał, że nie czuje się jeszcze emerytem i nie ukrywa, że chętnie wróciłby do pracy.

Polska Agencja Prasowa: Patrząc na ostatnie wyniki żeńskiej reprezentacji, można odnieść wrażenie, że mamy kryzys. Polki w niemal każdym kolejnym rankingu FIVB plasują się coraz niżej. Co pana zdaniem, jest tego przyczyną?

Reklama

Jerzy Matlak: Gdy ponad dwa lata temu podziękowano mi za pracę, zostawiłem ten zespół na siódmym miejscu w rankingu FIVB. Ale ktoś w przypływie czułości zwolnił mnie z dnia na dzień, mając do mnie wiele uwag czy zarzutów, o których dowiedziałem się po fakcie. Szkoda, że w trakcie pracy ich nie słyszałem. Podobno jakieś zawodniczki nie chciały grać w reprezentacji, bo ja byłem trenerem. Pytam, co się od tego czasu wydarzyło, bo jakoś nie widzę, żeby ten problem się rozwiązał. A wręcz przeciwnie.

- Mój następca Alojzy Świderek, którego tak forował na to stanowisko prezes Przedpełski, zakończył swoją pracę z kadrą na 15. miejscu w rankingu, ale jakoś nie słyszałem, by ktoś go za to rozliczył. Dziś przegrywamy z zespołami, z którymi kiedyś wygrywaliśmy w środku nocy. Jesteśmy w rankingu za Kenią, Algierią i Bóg wie kim jeszcze. Narzekano na mnie, gdy zajęliśmy dziewiąte miejsce w mistrzostwach świata, a dziś każdy by je wziął z pocałowaniem ręki. Dlaczego tak się dzieje? Po prostu niekompetentni ludzie wybierają pewne rozwiązania i jak coś zrobią źle, nie potrafią przyznać się do tego. Na końcu winni są trenerzy, zawodnicy, tylko nie działacze.

W męskiej reprezentacji w ostatnim czasie też nie działo się zbyt wiele dobrego.

- Trener Andrea Anastasi zrobił kilka sukcesów, ale też po cichu go wyrzucono. Bo się nie nadaje, choć pół roku temu do wszystkiego się nadawał. Inne reprezentacje mają trenerów wiele sezonów, którzy w spokoju pracują po sześć, osiem lat. Giovanni Guidetti w Niemczech, Zoran Terzic w Serbii czy Philippe Blain, który 11 lat był szkoleniowcem Francji. Tymczasem u nas czas pracy trenerów jest bardzo krótki, wylatują takie nazwiska jak Lozano, Castellani, czy Anastasi. Jeden turniej nieudany i wyjazd. Brakuje cierpliwości, a czasem też rozsądku przy wyborze ich następców.

Wybór Stephane'a Antigi, wciąż grającego zawodnika Skry Bełchatów, na nowego selekcjonera zaskoczył pana?

- Antiga to całkiem sympatyczny facet, ale jeśli to ma być wybór tylko po to, żeby inny zawodnik, czyli Mariusz Wlazły, zagrał w końcu w tej reprezentacji, to jest to trochę dziwne. Tym bardziej, że selekcjonerów powinno się wybierać na kilka lat. Można zmieniać ludzi, ale trzeba w ich miejsce mieć lepszych. Tymczasem, moim zdaniem, został wykonany taki krok rozpaczy, w myśl zasady a nuż się uda.

- Oczywiście, są szanse, że pomysł z Antigą +wypali+, ale raczej niewielkie. Jak się spojrzy na inne federacje, które mają pieniądze, tradycję i zawodników, nikt takich dziwnych ruchów nie robi. Nikt nagle nie nurkuje na 1000 metrów, kiedy nie ma odpowiedniego sprzętu, bo to przeważnie kończy się utopieniem. Dziwne też, że pozwala mu się spokojnie dograć sezon do końca, ale widać, że jesteśmy prekursorami pewnych rozwiązań.

Hubert Wagner też objął kadrę tuż po tym, jak zakończył karierę zawodniczą, a miał zaledwie 32 lata.

- Nie jest powiedziane, że zawodnik, który nagle zostaje trenerem, choćby nie wiem jak wybitnym był siatkarzem, będzie tak samo wspaniałym szkoleniowcem. To są dwie różne rzeczy. Jedni mówią, że Wagner, gdy brał kadrę, też nie miał doświadczenia, ale on był zupełnie innym typem człowieka niż Antiga. Nigdy nie patyczkował się z kolegami z boiska. Antiga jest dość wyważony, spokojny, nie wiem czy będzie w stanie wziąć tych wszystkich naszych gwiazdorów +za kołnierz+. Poza tym od tamtej sytuacji minęło 40 lat, są inne układy i przede wszystkim nie ma tylu mocnych reprezentacji, co wtedy. Potencjał polskiej męskiej siatkówki w latach 70. też był ogromny.

Od rozwiązania umowy z Atomem Treflem Sopot odpoczywa pan od siatkówki?

- Na razie tak. Były wcześniej rozmowy na różne tematy, ale nie chcę do tego wracać. Powiem szczerze, że nie chciałbym za coś się brać, czego wcześniej nie tworzyłem, czy nie byłem za to odpowiedzialny.

Czy zobaczymy jeszcze pana na ławce trenerskiej?

- Po paru miesiącach spędzonych w domu trochę się człowiekowi nudzi. Osiągnąłem już wprawdzie wiek emerytalny, ale w swoim fachu nie czuję się jeszcze emerytem. Gdyby coś mądrego się pojawiło, to nie wykluczam takiej możliwości. Poza tym ja nie muszę być pierwszym trenerem, skaczącym jak za młodu, prowadzącym w dresie każdy trening. Ale swoim doświadczeniem i umiejętnościami mógłbym pomóc w różnej formie.

Niedawno wrócił pan do Piły, gdzie mieszkał przez wiele lat. Zadecydowały o tym kwestie rodzinne czy sentyment?

- Po zakończeniu mojej pracy na Wybrzeżu mieliśmy z żoną pierwotnie wrócić do Szczyrku, gdzie kilka lat temu kupiliśmy dom. Po wielu rozmowach doszliśmy jednak do wniosku, że w Pile będzie nam się wygodniej żyło. Mamy w tym mieście rodzinę, sporo znajomych i przyjaciół. Moja żona nie jest w takiej formie, jak kiedyś. Jeśli nagle potrzebowałaby pomocy, to prędzej ją tutaj znajdziemy niż w Szczyrku, gdzie jak zasypie śniegiem, może być problem.

Pojawił się pan w pilskiej hali na jednym z meczów Nafty. Pana obecność na trybunach zawsze może budzić spekulacje, domysły, szczególnie, gdy chodzi o miejscowy klub.

- Dlatego też często na mecze nie chodzę, żeby nikt nie zarzucił potem, że próbuję się gdzieś wślizgnąć albo kuchennymi drzwiami szukam sobie pracy. To prawda, domysły powstają różne, tym bardziej, że akurat w międzyczasie doszło do zmiany trenera. Ale, jak wspomniałem, nie za pracą wróciłem do Piły.

Nafta, klub z którym na przełomie wieków świętował pan największe sukcesy w karierze, kiepsko rozpoczęła sezon, bo od czterech porażek. Zna pan przyczyny takiej sytuacji?

- Trudno cokolwiek mądrego powiedzieć, żeby kogoś nie obrazić. Zespół trochę dziwnie został zbudowany. Zdaję sobie sprawę, że to działacze biorą w tym udział, ale chyba trener też ma coś do powiedzenia. Błędy w doborze zawodniczek być może są wynikiem braku środków finansowych. Z drugiej strony w klubie doszło do zmian, nastąpił powrót do starej nazwy, a co za tym idzie są chyba większe możliwości. Jest jeszcze czas, żeby skorygować błędy, bo inne zespoły też jeszcze nie zakończyły ruchów transferowych. Póki co, patrząc na grę siatkarek w Piły, sezon może się skończyć na barażach o utrzymanie.

Rozmawiał Marcin Pawlicki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama