David Goldstrom z Eurosportu porównał Stocha z Małyszem, ocenia szanse na medal IO

- Z Kamilem Stochem jest jeden problem: kibicuje Liverpoolowi - śmieje się w rozmowie z serwisem eurosport.interia.pl angielski komentator skoków w Eurosporcie David Goldstrom, który porównuje Kamila do Adama Małysza, ocenia także jego szanse na medal podczas IO w Pjongczangu.

O Davidzie Goldstromie śmiało można napisać, że na jego głosie wychowało się wielu polskich kibiców. Komentator Eurosportu był obecny na antenie m.in. podczas fenomenalnych skoków Adama Małysza. Teraz zachwyca się wyczynami Kamila Stocha.

Reklama

Mateusz Kalina, eurosport.interia.pl: W 2002 roku komentował pan historyczne osiągnięcie Svena Hannawalda, który wygrał wszystkie konkursy podczas Turnieju Czterech Skoczni. Czy wtedy przypuszczał Pan, że komuś uda się powtórzyć wyczyn Niemca?

David Goldstrom: Szczerze? Tak. Chodziła mi taka myśl po głowie. Wydaje mi się jednak, że obecnie rywalizacja jest bardziej wyrównana. Wtedy Hannawald rzeczywiście był poza zasięgiem. Tym większe słowa uznania dla Kamila, któremu udało się to w takich okolicznościach.

Przed nami igrzyska olimpijskie w Pjongczangu. Jak ocenia Pan szanse Stocha na medal?

- Kamil jest w znakomitej formie. Moim zdaniem jego słabszy występ w Zakopanem nijak się ma do tego, na co stać go podczas IO. To był zwykły wypadek przy pracy. Stoch na pewno będzie jednym z faworytów.

Wiele osób w Polsce doskonale zna pański głos, natomiast niewiele wiadomo, kto się za nim kryje. Jak zaczęła się Pana przygoda z Eurosportem?

- Na początku pracowałem przy narciarstwie alpejskim. Kiedy okazało się, że nie ma osoby, która zmierzyłaby się z komentowaniem skoków narciarskich, postanowiłem spróbować. Dyscypliny uczyłem się od podstaw. Pierwszy raz skoki w Eurosporcie skomentowałem w 1989 roku podczas mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym, które odbywały się w Lahti.

Osobiście największe wrażenie robi na mnie pański komentarz do skoku Adama Małysza w Willingen w 2001 roku. Pamiętne 151,5 metra. Czy to był jeden z najlepszych skoków w historii dyscypliny?

- Zdecydowanie tak. Autentycznie byłem zaskoczony tą próbą, co chyba było słychać (śmiech).

Patrząc na wyniki oglądalności skoków narciarskich, jak popularna jest ta dyscyplina w Wielkiej Brytanii? Dyscyplina ta kojarzona jest tam głównie z Eddiem Edwardsem.

- Oglądalność ostatniego Turnieju Czterech Skoczni w porównaniu z poprzednim wzrosła w Wielkiej Brytanii aż o 36 procent. To dobry wynik. Należy również pamiętać, że angielski komentarz obowiązuje również m.in. w Australii i Stanach Zjednoczonych, więc Oczywiście nadal nie możemy porównywać naszych 100 tysięcy widzów do wyników z Polski.

Przy okazji, co słychać u Eddiego „Orła”?

- Znamy się bardzo dobrze, choć długo już się z nim nie widziałem. Po tym, jak na ekrany kin wszedł film o nim („Eddie zwany Orłem” - przyp. red.), Eddie często był zapraszany do wielu programów. Jest świetnym tynkarzem, więc na brak zajęć pewnie nie narzeka.

Podczas zawodów Pucharu Świata w stawce przewijają się czasem zawodnicy z egzotycznych, jak na skoki, krajów. Oglądaliśmy już skoczków z Węgier czy Turcji. Kiedy doczekamy się Brytyjczyka?

- Trudne pytanie. Na razie kibicowsko najbliżej nam do Jonathana Learoyda, który startuje w barwach Francji. Jego rodzice pochodzą z Londynu.

Gościł pan już na wielu skoczniach świata. Gdzie jest najlepsza atmosfera i dlaczego jest to Polska?

- No tak (śmiech). Ciężko się z tym nie zgodzić. Rzeczywiście polscy fani są wyjątkowi. Sukces rodzi sukces. Wyczyny Małysza procentują wiele lat po zakończeniu przez niego kariery. Zresztą lukę po Adamie szybko wypełnił Stoch. Do tego coraz lepiej radzą sobie również pozostali polscy skoczkowie. Taka sytuacja musi przyciągać tłumy. Szczególnie, że tradycje związane ze skokami są w Polsce niezwykle bogate.


W takim razie, jakie jest najlepsze Pana wspomnienie związane z Polską?

- Zdecydowanie pierwsza wizyta w Zakopanem oraz letnia wizyta w Krakowie. Na tamtejszym rynku jadłem wtedy świetny obiad.

Nie lubię zbytnio porównań Małysza ze Stochem, wszak obaj są wybitnymi zawodnikami, ale gdyby musiał się pan o to pokusić, to który z nich byłby górą w bezpośredniej rywalizacji?

- Rzeczywiście, ciężki wybór. Jeśli mogę, to wskażę na remis (śmiech). Obu wyróżnia natomiast to, że po słabszym okresie potrafili odbudować się w takim stopniu, że praktycznie byli poza konkurencją. Kamil ma natomiast przewagę „medialną”. Dobrze mówi po angielsku, jest osobą rozpoznawalną w innych krajach, niekoniecznie tych związanych ze skokami. Do tego może liczyć na wsparcie swojej żony Ewy, która doskonale „zarządza” karierą męża. Niestety, jest jeden problem – Kamil jest fanem Liverpoolu, a ja od lat kibicuję Manchesterowi City (śmiech).

Rozmawiał Mateusz Kalina

Dowiedz się więcej na temat: Kamil Stoch | Adam Małysz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje