Kamil Stoch: W wyścigi się nie bawię

Najwybitniejszy sezon w historii za nim? Gdzie po paśmie samych sukcesów szukać w sobie motywacji do kolejnych, być może jeszcze większych? Jak po trzydziestce dopracować niemal do ideału elementy wcześniej niedomagające? Co z końcem kariery? Te i wiele innych pytań zadaje eurosport.interia.pl Kamilowi Stochowi, zdecydowanie najlepszemu skoczkowi świata zakończonego niedawno sezonu.

Michał Błażewicz, eurosport.interia.pl: Za panem kilka dni odpoczynku, oddechu po półrocznym skakaniu na być może najwyższym poziomie w karierze. W tym ukojeniu odczuwa pan, jak wiele pracy kosztował miniony sezon?

Reklama

Kamil Stoch: Odpoczynek? Pojęcie względne. W środę zaczęliśmy normalne treningi, potem w czwartek była siłownia. Kontynuowaliśmy normalną pracę. Oczywiście sezon się skończył, momentów pięknych było wiele, wzruszeń również. Ja jednak niczego nie skończyłem. Jednym przyciskiem w głowie wszystkich procesów nie wyłączam, nie ma twardego resetu. Za mną świetny okres, mam nadzieję, że przede mną kolejny. Poświęcam się pracy, ale też oczywiście bliskim. Teraz nie muszę już co weekend jeździć za Pucharem Świata i mam więcej chwil dla rodziny. Wszystko chcę odpowiednio wyważyć.

I też czas jest na to idealny. Okres wielkanocny, koniec oficjalnej rywalizacji, reżim treningowy mniejszy. Nie musi się już pan rygorystycznie trzymać diety.

- To prawda. Nie musimy być w pełni skoncentrowani. Ani na diecie, ani na regeneracji. W sezonie musimy czasem umiejętnie dysponować, odpowiedni odpoczynek i ładowanie energii są nieocenione. A teraz? Kończę trening i mogę robić to, na co mam ochotę i na co nie miałem przez ostatnie półrocze czasu.

Na przestrzeni 2017 i 2018 roku dysponował pan czasem na tyle umiejętnie, że ustrzelił narciarskiego hat tricka. Do wygranego w historycznym stylu Turnieju Czterech Skoczni dorzucił pan mistrzostwo olimpijskie oraz Kryształową Kulę. I dokonał pan tego po trzydziestce, gdy większość pańskich rówieśników najlepsze lata ma za sobą. Na czym polega sekret długowieczności Kamila Stocha?

- Najlepszy wiek dla sportowca się przesuwa. Dyscyplina się rozwija na dwóch płaszczyznach, fizycznej i technicznej. Skocznie są nam bardziej przyjazne. Dodatkowo nie można każdego zawodnika mierzyć jedną, ogólną miarą. Ja na przykład, i tu patrząc przez pryzmat całej kariery, musiałem bardzo długo czekać, pracować i walczyć o największe laury. Choć przeczucie, że może być lepiej, nie zniknęło do teraz.

No właśnie. Przeczucie, że może być lepiej. Brzmi pięknie, ale odnosi się też do poprzedniego sezonu? Był perfekcyjny czy czegoś do perfekcji zabrakło?

- Zawsze można się doszukać elementów, które nie zagrały. Bardziej spektakularnych wygranych. Ich większej liczby. Ja jednak z wdzięcznością i pokorą spoglądam na to, co za mną. I cieszę się, a także dziękuję tym, którzy mi we wszystkim pomogli.

Mógł pan się cieszyć jeszcze bardziej. Na MŚ w lotach nie ma czwartej serii. Jest pan drugi. Brak medalu na skoczni normalnej w Pjongczangu. Przegrywa pan, jak sam to określił, o picinkę, i to po dziwacznym finale. Puchar Świata w lotach. Do Andreasa Stjernena traci pan kilka punktów. Nie ma pan gdzieś w głębi głowy myśli o tym, że trzy picinki - detale, kwestie, na które nie miało się do końca wpływu - dzieliły pana od sezonu, w którym wygrałby pan absolutnie wszystko?

- Nie. Zrobiłem ze swojej strony wszystko, co mogłem. Na przestrzeni całego sezonu dawałem możliwie najlepszego siebie. Zawodowy sport to suma tysiąca składników, wielu niezależnych od nas. W skokach narciarskich w szczególności. I tak muszę być wdzięczny, że w ostatnich miesiącach tyle spraw układało mi się po myśli, jak choćby było z superpogodą na Turnieju Czterech Skoczni. Na to, co się nie udało, spoglądam jedynie z perspektywy dodatkowej motywacji na przyszłość.

To właśnie nienasycenie przywołuje na myśl Roberta Lewandowskiego. Łączy was wiele. Od talentu podpartego gigantyczną pracą, przez wspierającą, silną żonę, aż do sławy i wielkich osiągnięć. Tworzycie duet zdecydowanie najpopularniejszych sportowców w Polsce. Jak na pana wpływają porównania z Robertem? Ta rywalizacja nakręca do jeszcze lepszych startów?

- Popularność jest bardzo miła, dziękuję za nią kibicom, niemniej - jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało - skaczę głównie dla siebie. Nie chcę być bardziej znany, bardziej doceniany od kogokolwiek. Nie koncentruję się na tym. To jest po prostu wypadkowa mojej pracy. Zaangażowania i wynikających z niego sukcesów. W wyścigi się nie bawię, nikomu nie pragnę udowadniać, że skoki są pod jakimkolwiek względem lepsze od innych dyscyplin.

Ale w minionym sezonie skoki stały się dla nas jeszcze ciekawsze dzięki pańskiej dyspozycji na mamutach. A tam skakał pan fenomenalnie, choć wcześniej nigdy lotnikiem nie był.

- Ciągle chcę się rozwijać w lotach, ciągle chcę nad nimi pracować, bo i widzę w nich największe rezerwy. Niestety jednak trudno jest wypracować lotniczą formę latem, gdy trenujemy na obiektach mniejszych. Później wszystko zależy od tego, jak się poukłada sezon. Ja do Kulm, na pierwszego mamuta w 2018 roku, leciałem z jednej strony na wielkiej euforii po Turnieju Czterech Skoczni, a z drugiej na porównywalnym zmęczeniu. Tam trzeba być w dobrej dyspozycji fizycznej i mentalnej. Gdy latasz ponad 200 metrów, to wszystko dzieje się szybciej, choć paradoksalnie w powietrzu przebywa się dłużej. Trzeba mieć czystą głowę, ja na szczęście miałem wszystko - dobrą formę i równie dobre wyniki - poszło z marszu.

Pomimo pańskiej dyspozycji - niewykluczone, że najlepszej w karierze - słabiej prezentowała się cała reprezentacja. Oczekiwania na pewno były większe niż trzecie miejsce na igrzyskach oraz w Pucharze Narodów.

- Nie chcę oceniać swoich kolegów, nie od tego jestem. Jako jeden z nich, jako członek kadry, też jako ich kolega. O to, co i dlaczego nie poszło, warto popytać trenerów. W mojej opinii w dalszym ciągu mamy ogromny potencjał. Niektórzy zawodnicy, choćby Maciej Kot, musieli złapać drugi oddech po premierowym roku pracy ze Stefanem Horngacherem. Przecież wybornym. Organizm potrzebuje odrobiny wytchnienia, aby w kolejnym sezonie pójść z kopyta i wykonać jeszcze większy krok w sportowym rozwoju. W przyrodzie jednak nic nie ginie. Gorzej szło Maćkowi, lepiej Dawidowi Kubackiemu czy Stefanowi Huli, z miesiąca na miesiąca osiągającym najwyższą formę w życiu. W naszej kadrze nie ma próżni.

Jak sam pan podkreśla, próżni nie ma też u pana. Teraz może się pan oddać pasjom. W tym jednej z największych, Liverpoolowi, klubowi, któremu pan kibicuje. Wiosenny wyjazd na mecz jest w planach?

- Jak najbardziej, nie wiem tylko, kiedy i na który mecz. Jak zaznaczyłem na początku, sezon się niby skończył, a my dalej trenujemy. Taki wyjazd muszę zaplanować, zgrać z planem treningowym, choć mam nadzieję, że na Anfield się pojawię.

Na Man City w Lidze Mistrzów pan nie pojedzie?

- Raczej nie. Chcę sobie poukładać kilka prywatnych spraw. Mam obowiązki względem żony, rodziny, w trakcie sezonu trochę zaniedbane.

To może finał Ligi Mistrzów w Kijowie? Nie dość, że miałby pan blisko, to może udałoby się załatwić akredytację na Eurosport.

- Zobaczymy. Jeżeli uda się wszystko ułożyć w czasie, to czemu nie. Z Eurosportem zawsze (śmiech).

2022 rok. Zimowe igrzyska w Pekinie. Będzie miał pan wtedy 33 lata. Tyle samo, ile Adam Małysz, gdy kończył karierę. Planuje pan jechać do Chin, a jeżeli już, to co po igrzyskach?

- Cztery lata to bardzo odległa perspektywa, a ja długofalowo nie patrzę. Oczywiście staram sobie zakładać pewne cele, ale myślę głównie o tym, co przede mną. Przy okazji też powtórzę to, co przytaczam za każdym razem. Oczywiście niczego nie zakładam z góry, ale jeżeli skoki będą mi sprawiać przyjemność i spełniać sportowe ambicje, a zdrowie dopisze, to do tego czasu będę kontynuował karierę.

Czyli dopóki będzie pan cieszył się skokami, dopóty będzie pan to robił?

- Zdecydowanie. Najważniejsze, aby cieszyć się tym, czym zajmujemy się na co dzień, prawda?

Rozmawiał Michał Błażewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje