Kruczek: Takiej deklaracji nikt ode mnie nie usłyszy

Polscy zawodnicy wygrali aż cztery z ośmiu konkursów Pucharu Świata. Łukasz Kruczek uważa, że ich forma będzie jeszcze lepsza od strony technicznej. Trener podjął już decyzję o składzie kadry na Turniej Czterech Skoczni. Pytany, czy ma drużynę na olimpijskie złoto, powiedział: "Takiej deklaracji nikt ode mnie nie usłyszy".

PAP: Zdecydował pan, że w Turnieju Czterech Skoczni wystąpią Kamil Stoch, Jan Ziobro, Piotr Żyła, Maciej Kot, Klemens Murańka i Krzysztof Biegun, zaś rezerwowym będzie Dawid Kubacki, który dołączy na trzeci konkurs - w Innsbrucku. Według jakich kryteriów wyznaczy pan zawodnika, który opuści reprezentację na półmetku rywalizacji?

Reklama

Łukasz Kruczek: - Przede wszystkim żałuję, że w tej prestiżowej imprezie nie mogę wystawić i sprawdzić wszystkich siedmiu reprezentantów, którzy na dziś mają wyraźną przewagę nad krajowymi rywalami. A o tym, kogo zastąpi Dawid wcale nie muszą przesądzić tylko wyniki uzyskane w niemieckiej części 62. Turnieju Czterech Skoczni. Będę obserwował chłopaków i może się tak zdarzyć, że ten z najsłabszymi rezultatami pozostanie do końca, a na treningi do Polski wróci ktoś inny.

Na drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, tj. 26 grudnia zaplanowane są mistrzostwa Polski w Wiśle. Wystąpią wszyscy najlepsi?

- W naszym regionie są trudne warunki, wieje bardzo mocny wiatr, dlatego decyzja o starcie kadrowiczów zapadnie w środę późnym popołudniem albo w czwartek rano, tuż przed konkursem. Jeśli pogoda się unormuje, to zawodnicy będą skakać. Gdyby jednak zawody były rozgrywane na siłę, przeciągane i w ryzykowanych warunkach, wówczas raczej będziemy chcieli uniknąć startu najlepszych skoczków.

Po znakomitym początku sezonu rozbudzone zostały nadzieje na sukcesy w TCS oraz igrzyskach.

- Nigdy nie stawiam, mówiąc w cudzysłowie, poprzeczki na określonej wysokości przed moimi zawodnikami. Jedyne czego oczekuję, to skoków na wysokim poziomie. Zdaję sobie sprawę, że nie ma idealnych lotów, a czasem dwa super skoki nie wystarczą do zwycięstwa, zaś w innej imprezie nawet takie z błędami technicznymi pozwalają na zajęcie pierwszej pozycji. Nasza dyscyplina nie jest wymierna, jak lekkoatletyka, w której decyduje czas, czy podnoszenie ciężarów, gdzie liczy się ciężar na sztandze.

Wyniki Polaków robią ogromne wrażenie i wszyscy zadają sobie pytanie, co jest tajemnicą trenera i skoczków?

- Nie powiem nic odkrywczego, bo przecież chłopaki przez lata zapracowali na obecne rezultaty w PŚ. Nikt nie machnął czarodziejską różdżką. Dla mnie to, co się dzieje nie jest wielkim zaskoczeniem, ponieważ widziałem jak zasuwali na treningach i zgrupowaniach. Nawet dziś, w Wigilię, mieliśmy zajęcia, a jutro to będą treningi indywidualne. W czwartek zaś MP. A więc nawet w okresie świąt nie mają chwili przerwy, bo zdają sobie sprawę o co walczą, jaka jest stawka.

Jak utrzymać wysoką formę do olimpiady, która rozpocznie się na początku lutego?

- Uważam, że dyspozycja naszych reprezentantów jeszcze powinna ulec poprawie. I znów zaznaczę, że to nie oznacza, że wtedy będziemy zwyciężać w każdych zawodach. Sezon jest bardzo długi, a nam zależało, aby jak najszybciej złapać wysoką formę, aby poprawiać się choć o punkt, o miejsce względem zeszłego, aby mieć numery startowe jak najkorzystniejsze, a więc na końcu stawki. Bardzo dużo zależy od warunków pogodowych, od dyspozycji przeciwników.

Jakie rezerwy widzi pan w zespole?

- Nie ma jakiegoś jednego spójnego elementu, który należy poprawić. U każdego jest coś innego, oni wciąż popełniają błędy, zresztą tak jak konkurenci. Nie wierzę w skoki idealne, bo takich nie ma. W skokach jest tak, że najczęściej o zwycięstwie w wyrównanej stawce decyduje danego dnia więcej szczęścia i mniej błędów. Istotne jest kto i w jakim czasie potrafi dopasować się do pogody, do skoczni, konkursu. Czasem nawet wybitnemu zawodnikowi jakiś obiekt wyraźnie nie leży i nie ma siły, aby tam wygrywał. W sezonie rywalizujemy na kilkunastu skoczniach, czasem to są jeden-dwa treningi i trzeci skok już w kwalifikacjach. Czasu na poznanie jest mało. Kolejna kwestia to zdobywanie doświadczenia, bo przecież nasi reprezentanci walczą na tych obiektach od kilku lat.

Porównuje pan obecną sytuację do tej sprzed igrzysk w Vancouver? Wtedy Adam Małysz nie zwyciężał w PŚ, w punktacji PŚ był daleko za Simonem Ammannem, a jednak przywiózł dwa srebrne medale olimpijskie. W Soczi powinno być jeszcze lepiej?

- Nie ma mowy o porównaniach, bo każdy konkurs w igrzyskach, mistrzostwach i Pucharze Świata jest inny. Każdy ma swoją otoczkę, historię, dochodzi też indywidualne podejście zawodników. Początek sezonu 2009/2010 był ciężki dla Adama, nie wygrywał PŚ, były pewne zawirowania ze sprzętem, ale już w końcówce, tuż przed igrzyskami, stawał już na podium i był wymieniany w gronie faworytów.

Ma pan drużynę na olimpijskie złoto?

- Takiej deklaracji nikt ode mnie nie usłyszy. Z pewnością mamy zespół, który pojedzie walczyć do Soczi o wysokie pozycje.

Na koniec rozmowy wróćmy do świąt. Gdzie je spędzi trener Łukasz Kruczek?

- Jak zawsze to będą... szybkie święta, ale najważniejsze, że w domu rodzinnym w Buczkowicach z najbliższymi: żoną i trojgiem dzieci - 16-letnim Michałem, 14-letnim Kacperem i 9-letnią Anią. W drugi dzień świąt jadę do Wisły, a nazajutrz na Turniej Czterech Skoczni.

Rozmawiał: Radosław Gielo

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje