Małysz: Mamy najsilniejszą drużynę w historii

Adam Małysz przyjechał do Predazzo dopingować młodszych kolegów w konkursie narciarskich mistrzostw świata na dużej skoczni. "Orzeł z Wisły", który 10 lat temu w Val di Fiemme zdobył dwa złote medale MŚ, uważa, że Polska ma najsilniejszą drużynę w historii.

Polska Agencja Prasowa: W czwartek minie dokładnie 10 lat, od czasu gdy zdobył pan swój drugi złoty mistrzostw świata w Val di Fiemme. Odżyły wspomnienia po przyjeździe do Predazzo?

Reklama

Adam Małysz: Taki powrót jest oczywiście bardzo przyjemny. Jednak atmosferę poczuję pewnie dopiero na skoczni, podczas jutrzejszego konkursu. Niewiele jeszcze widziałem, bo przyjechałem wczoraj wieczorem. Zwróciłem tylko uwagę, że jest nowe rondo, reszta chyba bez zmian.

Oglądał pan konkurs na średniej skoczni, w którym Kamil Stoch zajął ósme miejsce?

- Tak, w telewizji, w Zakopanem. Żal mi Kamila, bo miał duże szanse, żeby zdobyć medal. Na szczęście nic nie jest stracone, bo może mu się to udać na dużym obiekcie.

Po pierwszej serii Stoch zajmował drugie miejsce. Po zawodach przyznał, że nie czuł wyjątkowej presji przed finałowym skokiem.

- To są mistrzostwa świata, jedna z najważniejszych imprez, a w tym roku najważniejsza, bo nie ma igrzysk olimpijskich. Zawodnik, nawet nieświadomie, będzie trochę zestresowany. Tego się nie da uniknąć i to ma zawsze jakiś wpływ. Kamil ten skok zepsuł. Może nie jakoś bardzo, ale popełnił błąd po wyjściu z progu. Później walczył o odległość, czego konsekwencją było złe lądowanie i gorsze noty za styl.

Oprócz czwartkowych zmagań indywidualnych, przed Polakami jeszcze sobotni konkurs drużynowy. Jak ocenia pan ich szanse?

- Jestem pewny, że mamy najmocniejszą drużynę w historii. Tak wyrównanej kadry po prostu jeszcze w Polsce nie było. Oczywiście, nie można rozdawać medali przed zawodami. Patrząc jednak na to w jakiej są formie, to na pewno będą się liczyli w walce o podium.

Będzie pan służył radą młodszym kolegom?

- Nie zamierzam wchodzić w kompetencje trenera. Nie chcę, żeby ktoś mówił, że przyjechałem coś naprawiać. Jeśli któryś z zawodników zapyta mnie np. o to jak radzić sobie ze stresem, to ja chętnie jakiś wskazówek udzielę. Jeśli chodzi o samą skocznię, o to jak się na niej zachowywać, to mogę opowiedzieć szkoleniowcom o swoich doświadczeniach. Oni, jeśli uznają za stosowne, dalej to przekażą. Bezpośrednio nie będę niczego mówił, bo to może zrodzić jakieś nieporozumienia.

W skokach coraz większą rolę odgrywają kobiety. W tym roku po raz pierwszy rozegrano konkurs drużyn mieszanych. Co pan sądzi o żeńskiej rywalizacji?

- To jest dyscyplina, która się rozwija i ma przed sobą ciekawą przyszłość. Parę lat temu były dwie, trzy zawodniczki potrafiące skakać, a na resztę żal było patrzeć. Teraz jest 15-20 takich, które da się oglądać, czasem nawet z przyjemnością. Jestem wielkim fanem Japonki Sary Takanashi. Zachwyciłem się, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz na mistrzostwach świata juniorów. Mała, drobna, a skacze niesamowicie. Ma wielki talent. U nas trenują głównie dziewczynki w wieku 8-10 lat. Mam nadzieję, że chociaż dwie dotrwają do wieku seniora i będziemy mieli z nich pociechę.

W Val di Fiemme rozmawiał Wojciech Kruk-Pielesiak.

Dowiedz się więcej na temat: Adam Małysz | Kamil Stoch | łukasz kruczek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje