MŚ w Lahti. Historyczne złoto Polaków i norweska dominacja

Najpierw lekkie rozczarowanie, na koniec historyczny triumf, poza tym nadzieje, łzy, szok, wzruszenie... MŚ w narciarstwie klasycznym w Lahti za nami. Ci, którzy liczyli na worek medali "Biało-czerwonych", mogą być rozczarowani, choć przecież ten złoty, na koniec wspaniałej imprezy, liczy się poczwórnie.

W klasyfikacji medalowej zajęliśmy siódme miejsce z jednym złotym i jednym brązowym medalem. Czy można mówić o porażce, gdy tyle samo złotych medali mają choćby gospodarze mistrzostw, Finowie? Najlepsi okazali się reprezentanci Norwegii, którzy wyjechali z Lahti z 18 krążkami, w tym siedmioma złotymi.

Reklama

Po ostatnim skoku Kamila Stocha w sobotnim konkursie drużynowym ciężko było powstrzymać wzruszenie. Takiego sukcesu w rywalizacji zespołowej jeszcze polskie skoki nie przeżywały. Zaraz po triumfie Orłów na skoczni Salpausselka rozbrzmiał przebój Golców "Zwycięstwo", zaserwowany wszystkim obecnym przez naszych Crowd Supporters. W fińskim Lahti można było wreszcie poczuć się jak w domu i, choć na koniec, posmakować prawdziwego sukcesu razem z naszą ekipą.

Do historii przeszło nie tylko złoto polskiej drużyny, ale także szok Piotra Żyły po brązowym medalu w konkursie indywidualnym. Nasz skoczek nie był w stanie odpowiedzieć niemal na żadne pytanie. Zdziwiony był nawet podwójny złoty medalista z Lahti, Stefan Kraft, który mówił, że Piotrek zachowywał się dziwnie. - On ma inną wrażliwość i czasem ciężko go zrozumieć - podkreślał Apoloniusz Tajner.

Finowie kochają sport, zwłaszcza ten w zimowym wydaniu. O sukcesach w skokach dawno już zapomnieli. Co prawda licznie przybywali na konkursy, a na widok Janne Ahonena i spółki nawet podnosili wrzawę, ale gołym okiem było widać, że dla gospodarzy mistrzostw liczą się przede wszystkim biegi.

To właśnie na biegową część stadionu oraz trasy wokół niego niemal codziennie od rana ciągnęły tłumy, by zająć dobre miejsce, by widzieć z bliska, mając nadzieję, że w końcu którejś z Finek uda się pokonać Marit Bjoergen. Nie udało się. Miał rację Józef Łuszczek, mówiąc nam przed mistrzostwami, że silna jak tur Norweżka wygra wszystko. I wygrała, prawie wszystko, nie wyszło jej tylko w sprincie, ale to była rozgrzewka. Po raz pierwszy od 10 lat bez medalu wracają z mistrzostw świata polskie biegi, czytaj Justyna Kowalczyk.

Rewelacyjnie spisujący się Norwegowie nie dali gospodarzom wiele okazji do świętowania. Nie stroniący od mocnego alkoholu Finowie i tak świetnie się bawili na ulicach Lahti, zwłaszcza od piątkowego wieczoru do niedzieli, gdy mają w zwyczaju puszczać wodze fantazji w pubach i na ulicach.

Organizatorzy spodziewali się najazdu polskich fanów. W pierwszym tygodniu mistrzostw nie było ich wielu, ale konkursy na dużej skoczni przyciągnęły do Lahti już wielką grupę naszych rodaków z kraju i zagranicy. Wiara w sukces, zwłaszcza drużynowy, była ogromna i nikt z kibiców, podobnie jak Maciej Kot, nie udawał, że liczy się coś innego niż złoto.

Kilkudziesięciotysięczny tłum na skoczni dzień w dzień bawił się znakomicie. Nikt nikogo nie bił, nie obrażał, nie odpalał rac. Dumnym Finom nie przeszkadzał fakt, że pośród nich krążyły tysiące Norwegów w barwach narodowych i z flagami w ręku. Nawet ciągłe zwycięstwa norweskich zawodników na trasach biegowych, choć zapewne budziły lekki niesmak u gospodarzy, nie powstrzymywały ich od nagradzania owacją zwycięzców.

Pogoda w Lahti zmieniała się jak w kalejdoskopie. Już pierwszego dnia wiatr powiedział zdecydowanie "nie" próbującym potrenować skoczkom. We znaki dawał się mróz. Potem przyszła odwilż i stadion zamienił się w wielką kałużę, by na ostatnie dwa dni mistrzostw stać się wielkim lodowiskiem, gdy wróciły ujemne temperatury.

Na ogromnym stadionie każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Nie brakowało jedzenia, picia i innych rozrywek. W wielkiej hali całymi dniami trwała impreza, przypominająca gigantyczne wesele. Rozstawione dookoła stoły, wiecznie zajęte, a do tego muzyka, pokazy artystyczne i wciąż przewijający się tłum robiły wrażenie. Piwna dolina też zapełniała się gośćmi, zwłaszcza po zawodach w biegach.

MŚ w narciarstwie klasycznym roku 2017 zorganizowało Lahti, a jednym z jego rywali było Zakopane. Gdy przyszło do wyboru organizatora, działacze FIS, w zakulisowych rozmowach, zapewniali polską delegację, poklepując po ramieniu, że teraz czas na nas. Zagłosowali jednak inaczej.

Czy Zakopane by podołało? Patrząc na infrastrukturę w Lahti, wspaniały kompleks skoczni, efektowny stadion biegowy, zamieniany latem na lekkoatletyczny, i trasy wokół, nie byłoby to łatwe. Oczywiście każdy gospodarz ma kilka lat na przygotowanie, ale w Polsce droga do tego jeszcze daleka. Na razie bardziej słyniemy z wspaniałej atmosfery na skoczniach, a to nie wystarczy. Za dwa lata mistrzostwa zawitają do austriackiego Seefeld.

Z Lahti Waldemar Stelmach

Dowiedz się więcej na temat: MŚ w Lahti | skoki narciarskie | biegi narciarskie

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje