PŚ w skokach. Zbigniew Klimowski: Po konkursie w Oslo zrobiło się trochę nerwowo

- Zaraz po konkursie w Oslo zrobiło się trochę nerwowo, ale najważniejsze, że zareagowaliśmy błyskawicznie i to przyniosło efekt. Na tym polega cała sztuka trenerska Stefana Horngachera, który dotarł do "głów" chłopaków i potrafił temu bardzo szybko zaradzić - mówi w rozmowie z Interią Zbigniew Klimowski, pierwszy trener Kamila Stocha, a obecnie asystent w reprezentacji Polski.

Artur Gac, Interia: Jeszcze półtora tygodnia temu wszyscy zastanawiali się, co dzieje się z formą naszych zawodników, bo tendencja była zniżkowa, zwłaszcza odległe lokaty Kamila Stocha budziły niepokój. Tymczasem po zakończeniu cyklu Raw Air, a przed finałem w Planicy, sytuacja znów wydaje się być bardzo dobra.

Reklama

Zbigniew Klimowski, asystent Stefana Horngachera: - Nie da się ukryć, że my też podeszliśmy do tego z pewnym niepokojem. Przecież skoki, które nasi zawodnicy oddawali chwilę wcześniej na mistrzostwach świata w Lahti, były na naprawdę wysokim poziomie. Liczyliśmy się z tym, że może wystąpić lekka zniżka formy, bo pełna motywacja towarzyszyła głównej imprezie, ale wyglądało to trochę niebezpiecznie.

Co poskutkowało?

- Pewne rozmowy, poczynione z chłopakami przez trenera Stefana Horngachera, które wyzwoliły w nich większą motywację. Oni też zrozumieli, że do końca muszą walczyć i to poskutkowało. Wiadomo, że pierwszy konkurs w Oslo nie wyszedł tak, jakbyśmy sobie życzyli, ale najważniejsze, że wszyscy się pozbierali i znowu potrafią skakać tak, jak umieją.

W czym tkwił największy problem?

- Potrzebne było nieco większe pobudzenie mięśniowe zawodników, co automatycznie przełożyło się na lepsze "czucie" i bardziej aktywną pozycję najazdową. Krótko mówiąc, po lekkim treningu motorycznym poczuli się lepiej fizycznie, co od razu poskutkowało na skoczni.

To była kwestia poprawy nastawienia skoczków poprzez trening, czy doszło do lekkiej modyfikacji zajęć?

- Do modyfikacji treningu raczej nie doszło, bo staramy się powielać to samo, a zmiany są co najwyżej bardzo minimalne. Potrzebny był tylko impuls mięśniowy, żeby chłopaków pobudzić, ale sądzę, że jednak najważniejsze jest nastawienie mentalne. Stefan dotarł do "głów" chłopaków, zmotywował ich i to od razu miało efekt w odległościach.

Który moment intensywnego cyklu Raw Air był najtrudniejszy?

- Na pewny zaraz po konkursie w Oslo. Wtedy zrobiło się trochę nerwowo, ale najważniejsze, że zareagowaliśmy błyskawicznie i to się udało. Na tym polega cała sztuka trenerska Stefana, który potrafi bardzo szybko zaradzić. Z innymi zawodnikami idzie to trochę gorzej, ale główna czwórka zareagowała ekspresowo, choć nie można było mieć pretensji do Kamila Stocha. Jego problem polegał tylko na wyjściu z progu, narty trochę mu się krzyżowały, przez co lekko go skręcało. Nieco inaczej było u Maćka Kota, Piotrka Żyły i Dawida Kubackiego, ale najważniejszy jest efekt, który zdołaliśmy osiągnąć i chłopaki zaczęli dobrze skakać.

W jaki sposób, w przypadku Kamila Stocha, tak szybko udało się wyeliminować ten błąd, w dodatku w warunkach bojowych?

- Nie było czasu na żaden trening. Bardzo szybko i sprawnie zostały Kamilowi dostarczone nowe buty z fabryki, przez jedną z osób z Polskiego Związku Narciarskiego. A zatem brakujący element trener minimalnie znalazł w sprzęcie, ale przede wszystkim sam Kamil bardziej zaczął kontrolować lot po wyjściu z progu. Już pierwsze jego skoki, zaraz po zmianie butów, mimo że nie były zbyt długie, to jednak bardzo poprawne przy dużej kontroli Kamila i jego wielkiej pracy. Po dwóch-trzech skokach wszystko "puściło" w Vikersund.

Przed finałowym konkursem w Norwegii wiele było przesłanek, że Kamil stracił szansę na coś więcej niż trzecie miejsce w turnieju Raw Air. A przede wszystkim niemożliwym wydawało się dogonienie Stefana Krafta i wywalczenie Kryształowej Kuli za cały sezon Pucharu Świata.

- Przede wszystkim absolutnie nie skupialiśmy się na turnieju nordyckim, aby Kamil walczył tam o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Dla nas było ważne, żeby nie obniżył lotów, ale przede wszystkim rywalizował o "generalkę" w Pucharze Świata. Tu cały czas widzieliśmy otwartą drogę. Powtórzę, że nie koncentrowaliśmy się stricte na turnieju Raw Air, bo wiadomo, że dobre skoki gwarantują dobry wynik końcowy.

Gdyby nie słabsze skoki Krafta, to strata Kamila do pierwszego miejsca nadal byłaby bardzo duża. Tymczasem Stoch jest w bardzo bliskim kontakcie z najgroźniejszym rywalem, bo traci do Austriaka tylko 31 punktów.

- Oczywiście, Kamil jest bardzo blisko i cały czas będzie walczył, ale to dziennikarze podkręcają, że musi być puchar. Kamil chce dobrze, a efektem udanych skoków ewentualnie może być zdobycie Kryształowej Kuli. Żeby to przyszło, nie można myśleć o walce z Kraftem i wybiegać myślami już do ceremonii wręczania głównego trofeum, tylko do ostatniego skoku dobrze wykonywać swoją pracę. Według dewizy: najpierw praca, później radość. Kamil też tak do tego podchodzi, dlatego nie myśli o wisience na torcie, która jest na horyzoncie.

Czas na głębsze wnioski pewnie dopiero przyjdzie, ale z pierwszych przemyśleń jak sztab ocenia norweski maraton skoków, czyli cykl Raw Air?

- Jeszcze nie dyskutowaliśmy wnikliwie w swoim gronie, ale na pewno można pochwalić kwestie organizacji transportu. Fakt, że w planie miało być także połączenie pociągiem, a na tę chwilę były tylko autobusy i lot czarterowy, ale nie można było mieć żadnych zastrzeżeń. Ewentualnie można przyczepić się do czegoś innego...

To znaczy?

- Znając prognozy pogody, teren wokół obiektów oraz mając wiedzę o tym, że wiatr bywa porywisty w porze popołudniowej i wczesnopopołudniowej, można była wyznaczać zdecydowanie późniejsze godziny skoków. Dzięki temu dłużej trwałaby regeneracja zawodników, bo zamiast tego często na szybko jedliśmy obiad i po godzinie przerwy wyjeżdżaliśmy na skocznię, gdzie zawody bardzo się dłużyły. Trzeba było od początku przesunąć o kilka godzin czas antenowy, bowiem warunki na skoczni poprawiały się zdecydowanie. Zwłaszcza, że na wszystkich obiektach było oświetlenie, więc z tego punktu widzenia problem później pory odpadał. Osobiście przyczepiłbym się tylko do tej kwestii.

Ten cykl chyba obnażył jeszcze jedną rzecz, niezależną od organizatorów. W skokach raczej bardziej sprawdza się formuła szybkiej zmiany lokalizacji. Otóż jeśli trafimy na kraj, w którym warunki atmosferyczne przez dłuższy czas są niekorzystne, to wiadomo, że kolejne konkursy będą nieustannie torpedowane.

- Jeśli Norwegowie ponownie będą chcieli zorganizować taki cykl, to jak najbardziej jestem "za". Być może w następnym sezonie zdarzy się tak, że z wiatrem będzie "cichutko". Wszak w żadnym kraju nikt nie da gwarancji, że będzie dobrze. Istnieją pory dnia, w których wiatr jest słabszy i tu szukałbym rezerw, by minimalizować ryzyko. Wiadomo, że na przykład w Planicy można bezpiecznie skakać zawsze rano, a już bliżej południa robi się coraz gorzej.

Zakończmy rozmowę wątkiem fenomenalnych skoków Piotra Żyły w Vikersund, który dwukrotnie bił rekord Polski, śrubując odległość na 245,5 m.

- U Piotrka od samego początku najważniejsza była pozycja dojazdowa, która pozostawiała wiele do życzenia. Cały czas zwracaliśmy mu uwagę i powiem, że nadal nie najeżdża optymalnie w stu procentach. Gdy tylko to przypilnuje, błyskawicznie przekłada się to na bardzo dobrą długość, czego odzwierciedleniem są wyniki. Natomiast pojedyncze, gorsze skoki Piotrka wynikają z tego, że wciąż z tyłu głowy ma pokusę, aby wrócić do starego nawyku.

Mówimy o osławionym garbiku?

- Zgadza się i to cały czas trzeba mu przypominać. U niego to najważniejszy element.

Rozmawiał Artur Gac

Obserwuj autora na Twitterze

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje