Puchar Świata w Wiśle. Stępione pazury. Maciej Kot nie robi tragedii

Najambitniejszy z polskich skoczków był w niedzielę w Wiśle tym najbardziej przygaszonym. Maciej Kot na półmetku plasował się indywidualnie na miejscu siódmym i miał całkiem realne szanse na podium, ale w serii finałowej za późno wyszedł z progu i wypadł poza dziesiątkę. "Kocur" nie robi z jednak tragedii. – Praca i spokój, spokój i praca, a wszystko będzie jak należy – przekonywał tuż po zawodach.

Wielokrotnie osoby ze środowiska śmiały się, że Kot gdyby nawet wygrał w ciągu jednego sezonu wszystko, co jest do wygrania, to i tak miałby sobie do zarzucenia mnóstwo rzeczy. Ogromna ambicja, momentami wręcz chorobliwa, przepełniała go przez wszystkie lata na równi z przekonaniem graniczącym z pewnością, że talent ma większy niż wskazywałyby na to wyniki.

Reklama

I dopiero w poprzednim sezonie, gdy zaczął pracować pod okiem Stefana Horngachera, grymas niezadowolenia na jego twarzy zaczął zastępować w pełni szczery i niczym niezmącony uśmiech. Był dwukrotnie zwycięzcą konkursów Pucharu Świata, raz był też drugi, a cały cykl - przecież wymagający konsekwentnego ciułania punktów - zakończył na świetnym piątym miejscu. Dorzucił do tego jeszcze lokatę tuż poza podium podczas Turnieju Czterech Skoczni. Słowem - dawał radę.

Pierwsze Koty za płoty

Przed sezonem kolejnym można było odnieść wrażenie, że zakopiańczyk prędzej będzie się piął niż opadał w światowej hierarchii. I raczej tego wrażenia stracić się nie powinno. Doskonale widać, że Kot osiągnął już - przecież u zarania długiego, olimpijskiego sezonu - stabilną dyspozycję i poniżej pewnego poziomu schodzić nie powinien. Jego ostatni skok podczas trzech dni na obiekcie im. Adama Małysza, w którym poleciał ledwie 117,5 metra i z miejsca siódmego spikował na dopiero dziewiętnaste, ma być tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Od teraz bowiem pewny punkt polskiej kadry będzie dążył do jeszcze większej powtarzalności i błędy wyeliminuje już w całości. W niedzielę był to elementarny błąd z przejściem z jednej fazy skoku w drugą. - Drugi skok lekko spóźniłem. Skoczyłem trochę przeciwko prędkości, a nie z nią. Nie odbiłem się z prędkością, tylko jej bardzo dużo na progu straciłem. A jak było potem, nie muszę chyba mówić - wyjaśniał zawiłości odpowiadające za rozczarowanie, które go spotkało.

Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym, jak...

Kot wie, że do ścisłej światowej czołówki brakuje mu już naprawdę niewiele. - Trzeba będzie zachować spokój i upór w dążeniu do celu, bo moje skoki dają możliwość walki o podium, jest już jej blisko. Pojedyncze skoki to pokazują. Trzeba dalej ciężko pracować i tę ciężką pracę konstruktywnie oceniać. Najważniejsze będzie to, jak i na którym miejscu zakończę sezon, a nie jak rozpocznę - przypomniał znane porzekadło mówiące o tym, po czym poznaje się prawdziwego mężczyznę.

Polska połowa pierwszej dziesiątki? Jeszcze będzie czas

Gdyby nie problemy z wyczuciem wyskoku jednego z tegorocznych drużynowych mistrzów świata, to w niedzielę spotkałaby nas historia absolutnie bezprecedensowa. Otóż po pierwszej serii wśród najlepszych dziesięciu skoczków znalazło się miejsce dla aż pięciu z Polski. W drugiej doszło do wielu przetasowań, lecz summa summarum Dawid Kubacki był dziesiąty, Piotr Żyła oraz Stefan Hula okupili wspólnie miejsce siódme, a Kamil Stoch po wielkim awansie zakończył wieczór tuż za zwycięzcą. Z dychy wypadł jedynie Kot, a gdyby nie wypadł, to najlepszą dziesiątkę świata obsadzilibyśmy równo w połowie.

U pechowca gniew musiał więc tradycyjnie powrócić. Ale z racji wieku i osiągniętych już wyników jest to gniew mniejszy. Maciek ma bowiem świadomość klasy polskiej drużyny i wie, że na wszystko przyjdzie czas. - Oczywiście jest u mnie żal i sportowa złość, lecz trzeba na spokojnie do tego wszystkiego podejść. Zwłaszcza do premierowych konkursów. Coś jednak czuję, że czołową dziesiątkę uda się jeszcze w tym sezonie pięcioma Polakami obsadzić - wyraził nadzieję. I tego też się trzymajmy.

Z Wisły Michał Błażewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama