​Wojciech Fortuna - mistrz olimpijski sprzątał, by zarobić na chleb!

Biografia Wojciecha Fortuny "Skok do piekła", napisana przez Leszka Błażyńskiego, to książka, w której mistrz olimpijski w skokach opowiada o całym swoim życiu bez cenzury, również o pobycie w Stanach Zjednoczonych. Poniżej fragment rozdziału XXI, zatytułowanego "Jak zostałem sprzątaczem".

"Początkowo Fortuna mieszkał u Majerczyka, a pierwsze dolary zarobił w Chicago... sprzątając. - Byłem mopperem, czyli biegałem w dużym markecie ze szczotką w ręku. Zwykle chodziłem na noc do sklepu i tam myłem podłogę, czyściłem półki sklepowe i wykonywałem inne podobne prace. Nigdy nie wstydziłem się tego, że zarabiałem jako sprzątacz. Uczciwie wykonywałem swoją pracę - podkreśla. Skoki narciarskie w Stanach Zjednoczonych nigdy nie były popularne, ale rywalizacja na igrzyskach olimpijskich zawsze wzbudzała wśród Amerykanów duże zainteresowanie. Miejscowi nie dziwili się jednak, że złoty medalista przyjechał do Chicago sprzątać, bo byli przekonani, że w Polsce Ludowej żyje się jeszcze gorzej niż było w rzeczywistości. Gdy nad Wisłę zaczęły pocztą pantoflową docierać informacje, że jedyny polski mistrz olimpijski w sportach zimowych sprząta w amerykańskich sklepach, wiele osób było w szoku. - Na świecie takie osoby zawsze są hołubione, bo ci ludzie stanowią przecież wizytówką państwa. W Polsce zostawiono go samego, a później jeszcze z niego drwiono, że popadł w alkoholizm i miał kłopoty z prawem. Dlatego Wojtek, nie mając perspektyw w kraju, wyjechał do USA, gdzie podejmował się różnych prac - przyznaje były hokeista Walenty Ziętara.

Reklama

- Gdyby Fortuna urodził się później i został medalistą olimpijskim, to dzisiaj byłby milionerem - dodaje. Za oceanem pomagał mu również Stanisław Skiba, który dobrze ustawił się w Chicago. Skiba najpierw pracował w USA w domu spokojnej starości, gdzie był pomocnikiem kucharza, a później kupił za pół ceny maślarnię. W przetwórni produkował masło i cukier-puder. Potem rozwoził te wyroby po sklepach w polskiej dzielnicy.

(...)

- To, co widziałem w USA, było dla mnie ogromną przestrogą. Świetnie wykształceni Polacy lądowali na bruku i z trzęsącymi się rękoma prosili o 25 centów na wódę. Grzebali w śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia. Gdy pierwszy raz przyleciałem do Stanów, poznałem lekarza z Polski, elokwentnego i zdolnego specjalistę. W kraju był cenioną osobą, a za oceanem nikim. Nie udało mu się. Dla niego sen o Ameryce skończył się ponuro. Podczas mojego drugiego wyjazdu do Stanów spotkałem go żebrzącego na ulicy. Mówię mu: "Piotrek, wracaj do Polski", a on na to: "Do kogo mam wracać? W kraju wszyscy się ode mnie odwrócili. Jak miałem kasę, to żonie nie wysłałem nawet dolara" - odpowiadał, a obok niego leżała butelka wódki Gordon’s. To była najtańsza w Stanach gorzała. Był brudny, śmierdzący i zawszony. To było przygnębiające, ale działało na świadomość i wyobraźnię - opowiada były skoczek. Jedni lądowali na bruku z powodu słabości do alkoholu, inni wpadali w narkotykowy ciąg lub hazard.

Jeden z jego znajomych stracił w kasynie dorobek całego życia, a potem wylądował na śmietniku, gdzie żywił się odpadkami wyciągniętymi z kosza. Takie przykre obrazki wpłynęły na to, że znany z wystawnego i zabawowego stylu życiu Fortuna zaczął mniej zaglądać do kieliszka.

(...)

Po krótkim pobycie w Zakopanem znowu wyjechał do Chicago, gdzie znalazł zatrudnienie u polskiego emigranta Jacka Kawczyńskiego - właściciela dobrze prosperującej firmy malarskiej. - W USA ciężko zapierdalałem. Nie wystarczyło tylko pociągnąć po murze pędzlem. Trzeba było precyzyjnie malować. W niektórych budynkach nawet mała kropla nie mogła spaść na podłogę. Malowałem apartamenty czy szkoły, sporo zlecano mi robót na wysokościach. Dla mnie to była bułka z masłem. Jako skoczek byłem przyzwyczajony do tego. Na czwartym piętrze używałem drabiny czterdziestki. Najbardziej niebezpieczne było malowanie kościołów, bo w tamtym czasie nie dysponowano jeszcze tak dobrymi zabezpieczeniami jak obecnie. Gdy byłem na kopule świątyni, mnóstwo godzin spędzałem na malutkiej przestrzeni. Malowałem również synagogi - opowiada.

Fortuna zarabiał około 800 dolarów na tydzień, ale pracował często w soboty i niedziele. Znajomi wspominali, że miał czasami w swoim pokoju nastawione dwa budziki, bo gdy przychodził wieczorem po męczącej robocie, musiał już po zaledwie kilku godzinach snu wstać i szybko jechać na kolejne zlecenie. Jeden zegar nie wystarczał, by go obudzić.

*****

Książka ''Wojciech Fortuna - Skok do piekła'' jest do kupienia wyłącznie przez internet - na aukcji allegro lub bezpośrednio u autora (e-mail: leszek.blazynski@interia.eu).

 Więcej informacji znajdziesz TU!




Dowiedz się więcej na temat: Wojciech Fortuna

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje