Agnieszka Radwańska: Moje hobby jest kosztowne, ale przyjemne!

Na razie moim najlepszym wynikiem w Paryżu jest ćwierćfinał sprzed roku i na pewno chciałabym go poprawić. Ale to nie jest łatwe, to Wielki Szlem i w dodatku rozgrywany na najwolniejszej z nawierzchni ziemnej - przyznaje w rozmowie z wysłannikiem INTERIA.PL na Roland Garros najlepsza polska tenisistka Agnieszka Radwańska.


Reklama

Jedna z wielu paryskich kafejek z okrągłymi stolikami i wiklinowymi fotelikami wystawionymi na chodniku, położona w XV dzielnicy. Zza rogu wąskiej uliczki wychodzi uśmiechnięta dziewczyna w klasycznej marynarce narzuconej na bluzkę z niewielkim dekoltem i obcisłych spodniach rurkach podkreślających sportową sylwetkę. Na nosie duże ciemne okulary. Na szyi apaszka w kwiatowy ornament. Na nogach czarne balerinki, a w ręku elegancka markowa torebka.

INTERIA.PL: Zamiast dzień dobry aż się ciśnie na usta: bonjour mademoiselle!

Agnieszka Radwańska: - Aż tak? No w sumie faktycznie sporo się napracowałam, żeby nie być rozpoznaną w tłumie paryżanek (śmiech)... Bonjour więc.

***

Zaraz po tym siada przy stoliku w środku, bo na zewnątrz chłodno i pochmurno.

***

Wiosna w pełni, przekwitają kasztany w Paryżu, gdzie maj zwany jest miesiącem zakochanych. Czegóż można chcieć więcej?

- Prawda, że wprost bajkowa sceneria, niczym z filmu. Można się rozmarzyć, ale z mojej perspektywy jest jeszcze tenis na Roland Garros, czyli moja praca.

Ale praca w takim miejscu może być przyjemnością...

- No, nie narzekam, to fakt, ale jednak to przede wszystkim praca. Niestety, na przyjemności i zwiedzanie Paryża jest raczej czas dopiero po odpadnięciu z turnieju. Tak w trakcie to co najwyżej udaje się gdzieś wyskoczyć z hotelu na kolację czy obiad w ciekawe miejsce. Przyjeżdżam do Paryża od wielu lat, bo grałam tu przecież już w turniejach juniorskich. Potem przyjeżdżałam tu regularnie dwa razy w roku - w lutym, żeby zagrać w halowym turnieju WTA, no i na Roland Garros. Mimo to chętnie tu wracam i zawsze odkrywam coś nowego.

***

Podchodzi kelner, kładąc niedbale na stoliku dwie karty i ledwie mrucząc pod nosem: - Bonjour...

***

Faktycznie w Paryżu ciekawych miejsc nie brakuje. Ale kuszące są chyba również eleganckie witryny sklepów na Champs Elysee?

- No tak i w ten sposób płynnie przechodzimy do moich słabości (śmiech), choć nie, określiłabym to raczej jako hobby. Co prawda dość kosztowne hobby, ale nie da się ukryć, że przyjemne. Ale tak naprawdę Paryż podoba mi się jako miasto i dobrze się w nim czuję. Dlatego zawsze staram się tu jak najczęściej gdzieś wychodzić z hotelu, odkrywać nowe miejsca, dobre restauracje, a naprawdę jest w czym wybierać.

- Z ręką na sercu więc mówię, że nie tylko chodzę na zakupy, choć przyznaję się bez bicia, że jeszcze nigdy nie udało mi się wjechać na Wieżę Eiffla. Jakoś nie miałam dotychczas szczęścia, bo tam zawsze są długie kolejki do kas i w drodze na górę. Przed rokiem mojej mamie udało się przez to przebrnąć, a jak dotarła do celu, to akurat strasznie się rozpadało i potem mocno narzekała.

Ale w filmie "O północy w Paryżu" Woody Allen przekonywał, że to miasto pięknieje właśnie w deszczu...

- Podobno, też tak słyszałam. Ale dla tenisistów deszcz jest raczej udręką, gdy trzeba czekać godzinami aż przestanie padać, żeby wyjść na kort. Niestety, wtedy nie jest tak poetycko i miło, szczególnie jeśli mój mecz jest wyznaczony na koniec dnia. Wtedy na dłuższe wypady na miasto, zwiedzanie czy cokolwiek nie ma szans. Pozostaje nam tylko czekanie na kortach na poprawę pogody lub na odwołanie i przesunięcie spotkań na dzień następny. A szkoda, bo zabytki, kafejki i restauracje zawsze kuszą. Kilka razy z moją siostrą Urszulą wynajęłyśmy rowery i na nich ruszałyśmy na wycieczki.

***

Zadziwiająco szybko wraca kelner. Bardziej niż przyjęciem zamówienia, zainteresowany jest moją rozmówczynią, której bacznie się przypatruje, rezygnując z zanotowania czegokolwiek na kartce.

***

Ale jeśli wierzyć przewodnikom turystycznym, to jeśli jest się w Paryżu i nie spojrzy na miasto z góry Wieży Eiffla, to jakby się tam wcale nie było...

- Tak? To widać faktycznie nigdy nie byłam naprawdę w Paryżu (śmiech). To pewnie nie liczy się też to, że kilka lat temu byłam w Luwrze ani fakt, że zwiedziłam parę innych ciekawych miejsc obleganych przez turystów czy płynęłam też statkiem po Sekwanie w rejs, który pozwolił zobaczyć miasto z nieco innej perspektywy. Albo jeśli powiem, że Paryż to jedno z moich ulubionych miast na świecie?

To chyba to wszystko nie wystarczy. Pozostaje chyba tylko wygrać Roland Garros?

- Nie odmówiłabym, szczególnie gdyby ktoś dał mi to w prezencie (śmiech). Na razie moim najlepszym wynikiem w Paryżu jest ćwierćfinał sprzed roku i na pewno chciałabym go poprawić. Ale to nie jest łatwe, to Wielki Szlem i w dodatku rozgrywany na najwolniejszej z nawierzchni ziemnej. Na niej rzadko się zdarzają krótkie wymiany, więc gra jest trochę bardziej wyczerpująca, niż na betonie czy trawie.

Mówi się, że właśnie w Paryżu są jedne z najszybszych kortów ziemnych. Czy to prawda?

- Trudno jednoznacznie stwierdzić. Pewne jest to, że chyba najwolniejsze korty w Tourze są na Foro Italico w Rzymie. Ale już dość szybkie są w Madrycie, czy w Stuttgarcie. Choć te ostatnie są bardzo specyficzne. To jakby beton posypany tylko dość cienką warstwą mączki, więc piłki się odbijają wysoko prawie jak na hardkorcie.

***

Powrót kelnera, tym razem z waniliową cafe latte i podwójnym espresso, którego częściowo rozlewa stawiając niedbale na stoliku. Głównie w efekcie rosnącego zainteresowania tajemniczą kobietą, która właśnie zdjęła przeciwsłoneczne okulary.

***

A jak to wygląda na Roland Garros?

- Tam jest duża różnorodność, co nie dziwi przy około 20 kortach. Jest kilka naprawdę szybkich, które mi bardziej pasują. Ale zdarzają też wolniejsze, szczególnie boczne z niewielkimi trybunami. Jeśli się trafi na nie, to akurat z moim stylem gry, bywa wtedy bardziej pod górkę i trzeba się dużo mocniej napracować. Na "ziemi" piłka więcej razy wraca nad siatką, szczególnie jeśli po drugiej stronie grają zawodniczki wychowane właśnie na niej. Są cierpliwe, świetnie biegają i odgrywają praktycznie każdą piłkę. Dlatego szczególnie ważne jest, żeby w Paryżu od początku odnosić zwycięstwa w dwóch, a nie trzech setach. Generalnie trzeba grać jak najkrócej, by zachować siły na dalsze mecze w turnieju.

W ostatnich latach w Paryżu króluje Rafael Nadal. Ale trafne wytypowanie zwyciężczyni Roland Garros można chyba porównać do wygrania szóstki w totolotku?

- Nie tylko w Paryżu. Po prostu kobiecy tenis jest nieprzewidywalny dużo bardziej, niż męski. Tutaj mało która z dziewczyn jest w stanie zdobywać punkty samym serwisem i rzadziej też wymiany toczą się dłużej. Jest też bardziej wyrównany poziom gry między czołową dziesiątką czy dwudziestką rankingu WTA Tour a zawodniczkami choćby z końca pierwszej setki. Uważam, ze u nas jest więcej zaciętych meczów, w których o zwycięstwie potrafią zadecydować naprawdę dwie, trzy piłki, a często pojedyncze punkty.

W kobiecym tenisie widać częściej niż u mężczyzn obandażowane uda, łydki, kostki, łokcie, zaklejone plastrami barki. Istny szpital na korcie. Czy można jeszcze mówić, że sport to zdrowie?

- Kiedy uprawia się jakiś sport w celach rekreacyjnych, to na pewno tak. I warto to robić. Ale zawodowy sport to jest już trochę inna bajka. Tu walczy się o każdy punkt i daje z siebie wszystko, grając na maksymalnych obrotach. Jeśli chodzi o dziewczyny to nie ma, że boli, że mięsień naciągnięty, że kostka puchnie, czy wybity bark. Myślę, że jesteśmy bardziej wytrzymałe od chłopaków, bardziej odporne na ból czy zmęczenie, no i bardziej zadziorne. Kiedy działa adrenalina, a na horyzoncie jest zwycięstwo właściwie zapomina się o wszystkim. Dopiero po ostatniej piłce w meczu jest czas na lizanie ran, czy krótką kąpiel w wodzie z lodem, pozwalającą się zregenerować się przed kolejnym występem. Tak już mamy i tyle.

W Wielkim Szlemie mecze singlowe gra się zazwyczaj co drugi dzień. Czy pomiędzy grami zapuszczenie się w wąskie uliczki Montmartre’u, na wieżę katedry Notre Dame czy spacer po pięknym Ogrodzie Luksemburskim w Saint Germain nie byłyby dobrą odskocznią od tenisa?

- Chciałabym tak spędzać dni wolne, ale to niemożliwe, bo wtedy też czas mam zagospodarowany. Zazwyczaj jest wtedy trening na korcie, czasem siłownia, ćwiczenia rozciągające albo masaż. Poza tym musi być chwila na regenerację i odpoczynek przed kolejnym meczem. Czasem też trzeba wypełnić jakieś obowiązki wobec organizatorów turniejów, czyli sesje rozdawania autografów czy choćby udzielanie wywiadów.

***

Kelner przypomniał sobie o rachunku, który kładzie na środku stolika. Zaraz po tym tenisistce podaje do rąk kartkę i długopis, a stosownym gestem pokazuje, że chciałby autograf. Po jego otrzymaniu odchodzi wyraźnie zadowolony.

***

Czyli teraz powinienem się czuć w jakiś sposób winny, że zajmuję pani czas?

- A ja powinnam powiedzieć, że tak, bo teraz mogłabym zwiedzać Paryż? (śmiech) Już mówiłam, że jestem tu w pracy, a na swobodę i przyjemności przyjedzie czas dopiero po odpadnięciu z turnieju.

Trochę się pogubiłem. Czyli powinienem pani życzyć powodzenia w turniejach, czy raczej wczesnych porażek, żeby miała pani więcej czasu na to, by poznawać miasta, w których gra?

- Wolę jednak wygrywać mecze, niż odpadać w pierwszych rundach. Na tym polega tenis, a bez zwycięstw czy dobrych wyników trudno byłoby raczej się utrzymać w czołówce.

Występ w finale Wimbledonu przed dwoma laty, ale i trzecie obecnie miejsce w rankingu WTA budzi apetyt kibiców na pani pierwszy triumf w Wielkim Szlemie. Jeśli miałby nastąpić, to pani zdaniem w którym turnieju?

- Ze względu na to, że tak lubię Paryż, miło byłoby właśnie tutaj. Ale patrząc realnie, choćby ze względu na ziemne korty, to chyba Roland Garros jest najmniej prawdopodobny u mnie. Wiadomo, że najlepiej czuję się na trawie, więc pewnie byłby to Wimbledon, albo betonowe korty w Melbourne. Tam też dobrze się czuję i w Australian Open gra mi się zawsze bardzo dobrze. Dalej w tej kolejce byłoby chyba US Open, bo w Nowym Jorku trudno cokolwiek przewidzieć, a dotychczas nie wiedzie mi się tam najlepiej.

Dziękuję za miłe towarzystwo przy kawie i życzę jak najmniej czasu na dalsze odkrywanie miasta, przynajmniej nie w pierwszym tygodniu Roland Garros.

- Zgadzam się z taka koncepcją. Wolałabym poczekać ze zwiedzaniem Paryża te parę dni, przynajmniej do ćwierćfinałów.

Czy nie wspominała pani wcześniej, że celem jest co najmniej półfinał?

- Ach tak, zapomniałam (śmiech). Ale przecież ostrzegałam, że korty ziemne nie są moimi ulubionymi.

Rozmawiał w Paryżu Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Agnieszka Radwańska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje