Dwóch z trzech polskich tenisistów w 2. rundzie Wimbledonu

Jerzy Janowicz i Łukasz Kubot przeszli przez pierwszą rundę turnieju wielkoszlemowego na trawiastej nawierzchni w Wimbledonie. Nie powiodło się Michałowi Przysiężnemu. We wtorek doszło do kumulacji meczów Polaków. - Nie mam pojęcia czemu, tym bardziej że wszyscy trzej jesteśmy tu w różnych szatniach. No chyba, że Michał coś narozrabiał w swojej, ale o tym nic nie wiem - śmiał się Janowicz.

Po pięciosetowym meczu awans wywalczył rozstawiony z numerem 15. Janowicz, obecnie 25. w rankingu ATP World Tour. Mierzący 203 centymetry łodzianin nie bez trudu uporał się z Somdevem Devvarmanem z Indii 4:6, 6:3, 6:3, 3:6, 6:3. Polak popełnił tego dnia 20 podwójnych błędów serwisowych.

Reklama

- Szczerze mówiąc, nie wiem, skąd się to wzięło. Nie chcę jednak też analizować tego meczu i myśleć co się dziś działo na korcie. Wiadomo, że podwójnych błędów jest za dużo, ale teraz chyba nic z tym nie zrobię. Muszę się po prostu chyba bardziej wyluzować i zobaczymy, jak będzie w drugiej rundzie. W sumie chyba dobrze jest rozegrać na otwarcie turnieju taki pięciosetowy mecz, jak dziś, bo on może mi tylko pomóc. Choćby mogłem sobie dłużej pobiegać i przyzwyczaić się do trawy - powiedział po wygranej Janowicz.

- To co mnie dziś mocno zaskoczyło, to właśnie trawa. Na tamtym korcie były takie plamy, gdzie tej trawy było dużo więcej. Była gęstsza i dość nierówna, przez co w tych miejscach piłki się chwilami zupełnie inaczej odbijały. Przed rokiem nawierzchnia była bardziej jednolita. Tym razem wyraźnie się szybciej niszczy, jakby była gorszej jakości - dodał.  

W poprzedniej edycji Polak osiągnął w Londynie swój pierwszy wielkoszlemowy półfinał, w którym przegrał z późniejszym triumfatorem imprezy Szkotem Andym Murrayem. Broni więc w sumie 720 punktów. W drugiej rundzie czeka go trudne zadanie, bowiem na jego drodze stanie Australijczyk Lleyton Hewitt, zwycięzca Wimbledonu z 2002 roku.

- Nie ma sensu zastanawiać się nad jakąś taktyką przeciwko Lleytonowi. Jak potrafi grać, wszyscy wiemy, więc muszę się po prostu skupić na sobie i zagrać swój najlepszy tenis. Na pewno będę musiał też lepiej serwować niż dzisiaj - uważa Janowicz.

Hewitt, były numer jeden na świecie, wyeliminował we wtorek Michała Przysiężnego 6:2, 6:7 (14-16), 6:1, 6:4, po blisko trzyipółgodzinnej walce. W sumie aż czwórka reprezentantów Polski rozpoczęła we wtorek swoje pierwsze mecze w imprezie o godzinie 11.30.

Równolegle z Janowiczem i Przysiężnym grała Katarzyna Piter, która jako pierwsza udała się do szatni, po porażce 1:6, 4:6 z Niemką Andreą Petkovic, rozstawioną z numerem 20. Jako drugi w jej ślady poszedł Łukasz Kubot, po zwycięstwie nad Niemcem Janem-Lennardem Struffem 7:6 (8-6), 6:4, 6:4.

W pewnym momencie dołączyła do nich Agnieszka Radwańska (nr 4.), która zdołała przed trzema rodakami (po Piter) dokończyć przerwany w poniedziałek wieczorem pojedynek z Rumunką Andreeą Mitu. Od wznowienia gry przy stanie 4:2 w pierwszym secie zdobyła siedem pierwszych gemów (łącznie dziewięć z rzędu) i wygrała 6:2, 6:1.

- Nie wiem skąd się wzięła taka kumulacja polskich meczów, ale tak chyba zazwyczaj robią na Wielkich Szlemach. Jakoś tak zawsze z Kubotem i z Janowiczem wyznaczają nasze mecze w tym samym czasie. Mam wrażenie, że oni tak specjalnie robią. Nie wiem czy chodzi o to, żebyśmy nie byli w tym samym czasie w szatni, czy też żeby polscy kibice nie rozrabiali za bardzo na trybunach, bo tak muszą się rozproszyć - powiedział Przysiężny.

- Nie mam pojęcia czemu tak się stało, tym bardziej że wszyscy trzej jesteśmy tu w różnych szatniach. No chyba, że Michał coś narozrabiał w swojej, ale o tym nic nie wiem. Choć może. Nie, to przecież Łukasz jest największym rozrabiaką wśród nas - odciął się ze śmiechem od tych spekulacji Janowicz.  

Przysiężny miał z Polaków najtrudniejsze losowanie w męskiej drabince, bowiem trafił na byłego lidera rankingu ATP World Tour i mistrza Wimbledonu sprzed 12 lat - Australijczyka Lleytona Hewitta i przegrał 2:6, 7:6 (16-14), 1:6, 4:6 po blisko trzyipółgodzinnej walce.

- Na pewno nie wyszedłem na kort, żeby wygrać jednego seta. Na początku dostałem od razu "breaka", a to nigdy nie jest dobre otwarcie spotkania. Ale Lleyton jest jednym z najlepiej returnujących tenisistów na świecie i cały czas wywiera presję, więc przez to ja musiałem bardziej ryzykować, no i też przez to trochę słabiej serwowałem - ocenił swój występ Przysiężny.

- Niestety, gra nie układała mi się od początku tak, jak sobie planowałem przed meczem. Nie udało mi się utrzymywać dziś swoich serwisów. Poza tym z takim zawodnikiem jak Hewitt trzeba cały czas celować piłki w okolice linii, bo on świetnie biega i jeśli zagra mu się piłkę metr od linii, to od razu zaatakuje i wykorzysta każdy najmniejszy błąd. Przez jego presję zawsze popełnia się więcej błędów - dodał.

Przysiężny planuje jeszcze jeden występ w turnieju na trawie, tym razem rangi ATP Tour, w amerykańskim Newport, który odbędzie się w drugim tygodniu lipca.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje