Hajto i piłkarze zakochują się w tenisie. "Prezes Boniek mnie ostro zlał, ale jak wziąłem rewanż..."

Prezes PZPN-u Zbigniew Boniek łatwo nie odpuszcza nawet w towarzyskich gierkach tenisowych. Ostro zlał wybitnego reprezentanta Polski Tomasza Hajtę. - Na szczęście, wziąłem rewanż - mów Hajto.

- W tenis wciągnął mnie kolega, surrealistyczny malarz Tomasz Sękowski. Pewnego razu mocno mnie ograł, więc mówię do siebie: "Bierzemy się za robotę"... O tym, jak zawodowy piłkarz zostaje tenisistą amatorem, w rozmowie z Interią opowiada Tomasz Hajto.

Reklama

INTERIA.PL: Już po pierwszych odbiciach zakochał się pan w tenisie?

Tomasz Hajto: - Wciągał mnie z dnia na dzień. Trenowałem 3-4 razy w tygodniu, ale z początku szło ciężko. Inne schematy i koordynacja niż w piłce.

Inni piłkarze też grają w tenisa?

- Ze Zbyszkiem Bońkiem zmierzyłem się podczas mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii w 2008 r. Ograł mnie straszliwie, ale w zeszłym roku wziąłem rewanż i to srogi. Tym razem to prezes cierpiał (śmiech)... Zresztą, wielu piłkarzy gra w tenisa. Tomek Sokołowski bardzo dobrze sobie radzi, podobnie jak Tomasz Kłos czy Marek Jóźwiak. To świetny sport!

Jak pan się nim zaraził?

- Wciągnął mnie kolega, surrealistyczny malarz Tomasz Sękowski. Grał w tenisa, rywalizował w mistrzostwach Polski artystów. Pewnego razu mocno mnie ograł, więc mówię do siebie: "Bierzemy się za robotę".  Ostro trenowałem i w końcu go pokonałem. Dojście do takiej dyspozycji zajęło mi prawie 2,5 roku, ale się udało.

Jakieś piłkarskie nawyki w tenisie panu przeszkadzają?

- Piłkarskie może nie, ale kiedyś grałem w tenisa stołowego. Wtedy oczywiście uderzałem jednoręcznym bekhendem, a w tenisa tak się gra ciężko. Ale walczę, bark jeszcze daje radę.

Co jest kluczowe w tenisie?

- To walka z samym sobą. Niby prowadzisz 5:1 i myślisz, że jest po secie, a to złudne. Przecież w każdym momencie może przyjść kryzys czy chwilowy brak koncentracji i traci się pewność siebie. By wygrać, musi się zgrać kilka rzeczy. Np. serwis czy decyzyjność, bo wiele rozwiązań wybiera się w ostatniej chwili.

Gdyby urodził się pan jeszcze raz, to wolałby pan grać jako piłkarz czy tenisista?

- W tenisie dużo ciężej przebić się do czołówki. Ci z samego topu, jak Roger Federer, Novak Djoković czy Andy Murray, są jak maszyny, mają niesamowitą powtarzalność i psychikę. Na dziś, w moim wieku, bardziej kręci mnie tenis, do piłki nie mam już siły.

A co woli pan oglądać?

- Uwielbiam piłkę, ale w dobrym wydaniu - zawodników szybkich i wybieganych, choć nigdy nie ma gwarancji, że mecz będzie świetnym widowiskiem. Za to czołówka tenisa to coś pięknego. Cieszy mnie już samo podpatrywanie schematów czy ustawiania się przy siatce. Gram amatorsko, ale na poważnie.

To drogi sport?

- Bardzo, jeśli chce się być zawodowcem. Trzeba opłacić trenerów, dojazdy, hotele i zgrupowania. W zimie trzeba wynająć halę. Nawet piłki do treningów nie wystarczają na kilka miesięcy, trzeba je wymieniać zdecydowanie częściej. O rakietach już nie wspomnę.

To na koniec: Agnieszka Radwańska wygrała turniej Masters, Robert Lewandowski od miesięcy utrzymuje wysoką formę. Kto osiągnął więcej?

-  O nie, takiej oceny się nie podejmę. To dwa różne sporty. W tenisie słabszej dyspozycji nie ukryjesz, w piłce nożnej można to jakoś zamaskować. Ale z drugiej strony tenisiście w przeciętnym sezonie wyjdzie jeden turniej i już jest poważnym kandydatem do miana sportowca roku. Agnieszka w grupie miała szczęście, ale z Garbine Muguruzą  zagrała najlepszy mecz od 5 lat!


Rozmawiał: Piotr Jawor

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje