Jerzy Janowicz: Miesiąc temu miałem problem, żeby wejść po schodach

Minimum półtora miesiąca będzie jeszcze pauzował z powodu urazu kolana Jerzy Janowicz. W wywiadzie z Eurosportem nasz najlepszy tenisista opowiedział o problemach ze zdrowiem, nowej roli komentatora, o podejściu do występów w kadrze narodowej i o szansach swoich ewentualnych następców w Australian Open.

Piotr Kaszubski, Eurosport: Podczas turnieju w Dausze debiutował pan w roli komentatora Eurosportu. Po raz pierwszy znalazł się pan po drugiej stronie i patrzył na mecze jako ekspert. Jak wrażenia?

Reklama

Jerzy Janowicz: - Fajna sprawa. Teraz mam nadmiar czasu, więc dlaczego mam go nie wykorzystać? Jest to odskocznia od problemów. Ciężko mi się funkcjonuje bez tenisa. Wyrwanie się z domu, od stołu do rehabilitacji, na pewno mi się przydało. Pojęcie o tenisie mam, a poprzez komentowanie mogę podzielić się wiedzą z kibicami. Mam nadzieję, że niektórzy fani stęsknili się za mną na tyle, że wystarczy im posłuchanie mojego głosu.

Kto pana namówił do tej roli?

- Zacznę od tego, że dostałem już wcześniej propozycję komentarza. Było to w ubiegłym sezonie, albo rok wcześniej, dokładnie nie pamiętam. Na pewno przed którymś z turniejów wielkoszlemowych. Wtedy odmówiłem. Jakoś niechętnie byłem nastawiony. Teraz znów z powodu urazu mam więcej czasu dla siebie i tym razem spróbowałem. Znam się dobrze z Markiem Furjanem, który powiedział mi, że mogę spróbować pokomentować w Eurosporcie. Fajne przeżycie to było, coś innego.

Podczas komentarza zaserwował pan widzom kilka tenisowych ciekawostek, o których przeciętny kibic nie ma pojęcia. Na przykład, że nie trzyma pan rakiet na słońcu, bo naciąg wtedy słabnie. Te historie ułożył pan wcześniej w głowie, czy była to spontaniczna reakcja na sytuację na korcie?

- Jestem takim człowiekiem, który podchodzi do wszystkiego spontanicznie. To, co akurat w danym momencie zaobserwuję, co mi przyjdzie do głowy, to mówię. Tak to wygląda.

Więcej wolnego czasu ma pan z powodu urazu kolana. Kiedy wróci pan na kort?

- Sam do końca nie wiem. Może wrócę za 1,5 miesiąca, ale jest to optymistyczna wersja. Muszę poczekać na dokładne badania. Wtedy będę mądrzejszy.

Wcześniej miał pan uraz lewego kolana, teraz kontuzjowane jest prawe. Jak teraz się pan czuje?

- Nie boli mnie na tyle, żeby się ruszać. Jeszcze miesiąc temu miałem problem, żeby wejść po schodach. Teraz tego bólu nie ma, ale kolano nie jest na tyle gotowe, abym brał udział w turniejach. Jeden mecz może i bym przetrwał, ale przecież nie o to chodzi. Muszę być w pełni zdrowy. Dopiero wtedy wrócę. Zielone światło dostanę dopiero po badaniach. Jeśli rezonans pokaże, że wszystko jest ok, wtedy ruszam do treningów.

Wrócimy jeszcze do problemów z prawym kolanem, które ciągnęły się przez dwa lata. Od czego się zaczęły i dlaczego trwały aż tak długo?

- Problemy zaczęły się w trakcie US Open w 2015 roku. Zaraz po turnieju w Nowym Jorku był Puchar Davisa. Graliśmy przeciwko Słowacji. Podczas zgrupowania kadry wszyscy wiedzieli o moich kłopotach z kolanem. Na każdy trening wychodziłem oklejony, otejpowany. Diagnoza niestety była błędna. Sztab podjął złą decyzję. Nie wysłali mnie na USG ani rezonans, bardziej wróżyli z fusów i dopuścili do gry. Gdybym wiedział, że ten problem jest aż tak poważny, bo jak się okazało miałem naderwany mięsień przyczepu rzepki, to w tym meczu bym raczej nie zagrał. Mówię raczej, bo nie wiadomo, czy mimo przeciwności nie wyszedłbym na kort. Nie mam żalu o to, że została postawiona zła diagnoza, ani o to, że zagrałem, ale o to, jak zostałem potem potraktowany. Nikt do mnie nie zadzwonił, nie zapytał, jak się czuję. Do dziś mam ogromny uraz. Przez osiem lat regularnie występowałem przecież w Pucharze Davisa. Zawsze cała drużyna żyła tymi rozgrywkami i cieszyła się na sam przyjazd. Były Związek Tenisowy zabił we mnie tę radość. Nie tylko ja, ale cała drużyna, zostaliśmy potraktowani w bardzo zły sposób.

Czyli nie zamierza już pan reprezentować Polski w Pucharze Davisa?

- Nie mam zamiaru się deklarować. Po pierwsze mam problemy zdrowotne, więc skupiam się na tym, żeby wrócić na kort. Na pewno nie będę tak się poświęcał dla kadry, jak to miało miejsce w ostatnich latach. Przecież nie tylko ze Słowacją zagrałem z kontuzją. Tych meczów było kilka. Poważną anginę miałem podczas starcia z RPA w Zielonej Górze. Wyglądałem fatalnie, ale grałem. Pokonałem dwóch rywali. Na pewno czegoś takiego już nie zobaczymy, bowiem na dłuższą metę to nie ma sensu. Wtedy byłem bohaterem 1 czy 2 dni. Potem zostałem sam. Związek cię kocha, jak cię potrzebuje. Jeśli nie jesteś potrzebny, mają cię gdzieś. I mówię tu o starym zarządzie, który pracował jeszcze kilka miesięcy temu.

W rozpoczynającym się 15 stycznia turnieju głównym Australian Open pana zabraknie. W kwalifikacjach zobaczymy za to dwóch Polaków: Huberta Hurkacza i Kamila Majchrzaka. Jakie mają szanse?

- Nie będę oceniał ich szans. Lepiej powiedzieć, że nie mają szans niż robić im niepotrzebną presję. To jest ich debiut. Nigdy nie mieli styczności z tak ogromnym turniejem. Nie mam pojęcia, czego się mogę po nich spodziewać. Wiem, że to są osoby, które muszą się obyć. Oni potrzebują czasu na ogranie się. Dla mnie na przykład nie było różnicy, w jakim turnieju gram i ile mam lat. Nigdy nie towarzyszyła mi presja. Wychodziłem i grałem na maksa. Pamiętam mój pierwszy mecz w Pucharze Davisa. Miałem 17 lat. Graliśmy przeciwko Białorusi. W szatni powiedziałem kolegom, że to spotkanie wygra. Udało mi się.

Z najlepszym polskim tenisistą, Jerzym Janowiczem, rozmawiał Piotr Kaszubski.

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Janowicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje