Karol Stopa: Matka z ciotką

Podjechały na stadion jednym golfowym wózkiem, choć normalnie w takich razach używane są dwa. Mama półrocznej córeczki, Serena Williams, od tytułu w Melbourne przed rokiem, a potem przerwy macierzyńskiej, grająca swój trzeci dopiero mecz oraz Venus Williams, ciotka tej małej, starsza od siostry o piętnaście miesięcy.

Dwie starsze panie z rakietami, liczące razem już 73 lata, za to z jakim dorobkiem. Aż 121 wygranych imprez cyklu, 30 zwycięstw w wielkim szlemie, 330 tygodni liderowania w rankingu WTA, na koncie ponad 124 mln dol. zarobionych na korcie. Ich rywalizację w III rundzie BNP Paribas Open, w kalifornijskim Indian Wells, jeszcze przed pierwszą odbitą piłką amerykańskie media nazwały krótko: "Williams Bowl XXIX".

Reklama

Tę emfazę i analogię do spektakli z finałów amerykańskiego futbolu, patrząc na okoliczności dodatkowe, można zrozumieć. Tenisowy raj w oazie, jaką jest Coachella Valley - zamieszkała ongiś przez Indian dolina, wciśnięta pomiędzy góry Santa Rosa, a pustynię Mojave - całe 17 lat czekał na to spotkanie. Siostrzany półfinał z roku 2001 nie doszedł do skutku, a w finale z Kim Clijsters 19-letnia wtedy Serena została przez widownię wygwizdana.

Wysłannicy mediów, także kibice, śledzili uważnie rozgrzewkę Sereny oraz Venus, a potem uznali na tej podstawie, że to ojciec sióstr, pan Richard, podjął decyzję o odwołaniu meczu. Oskarżenia gazet i zachowanie części trybun rodzina nazwała rasizmem i w ramach odwetu zapowiedziała bojkot turnieju. Przez całe 14 lat jedna z pięciu największych na świecie imprez odbywała się bez nich. Nie pomagały żadne argumenty, ani odwołania do lokalnego patriotyzmu. Kobiety, które swą tenisową przygodę zaczęły dosłownie dwie godziny drogi od kortów, głuche były na apele nawet osób z tenisowym autorytetem. Trzy lata temu złamała się dwukrotna mistrzyni (1999, 2001) Serena, dwa lata temu znów przyjechała Venus. Ojciec odrzucił wszystkie zaproszenia, nawet te od nowego właściciela, miliardera Larry Elisona.

Na przekaz bezpośredni zdecydowały się tego dnia dwie konkurujące stacje: Tennis Channel i ESPN News. Sytuacja raczej nieznana dotąd na rynku amerykańskim. Trybuny wypełniły się do ostatniego miejsca, nie brakowało znanych twarzy, a w loży zasiadła nawet jedna z rywalek, aktualna liderka rankingu Rumunka, Simona Halep. Panie miały grać po raz 29., co w ostatnich trzech dekadach niewątpliwie stanowi ewenement, choć w całej erze open to dopiero czternasty wynik. Do rekordu Evert z Navratilovą (80 meczów) bardzo daleko.

Zaskoczeniem był fakt, że spotkały się aż tak wcześnie. Od ich pierwszej gry, w Melbourne 1998, nie było takiej sytuacji. Dwanaście razy dotąd walczyły w finałach, dziesięć razy były to finały wielkiego szlema. Co do samego pojedynku był on taki sobie. Lepsza okazała się klasyfikowana teraz z numerem ósmym Venus, która w tym sezonie, aż do Indian Wells, nie wygrała turniejowego pojedynku. Siostrę pokonała po raz pierwszy od Montrealu 2014. Serena bez klasyfikacji i rozstawienia, za to korzystająca z rankingu ochronnego, tak jak należało przypuszczać pokazała spore zaległości, jeśli idzie o poruszanie się po korcie. Gdy serwowały, albo odbijały przez środek, jej gra wyglądała nieźle. Gdy trzeba było ruszyć do narożnika zaczynały się schody.

"Zawsze dotąd było tak, że gdy Serena i Venus zjawiały się na korcie, to opowieść o ich pojedynku była lepszą medialną historią niż potem sam mecz. Można to sobie nazwać kwartetem familijnym: Siostry. Rywalki. Mistrzynie Serwisu. Walczące z Nerwami." Joel Drucker, dziennikarz magazynu "The Tennis" trafia w dziesiątkę tą charakterystyką. Spotkaniom tenisowych familiantów niemal od zawsze towarzyszy zastanawiająca prawidłowość. Najczęściej wygrywają je nie ci, którzy zdaniem wielu wygrać powinni.

Gdy ktoś zada sobie trud i pochyli nad wynikami z przełomu lat 80. i 90., kiedy walczyły ze sobą trzy bułgarskie siostry: Katerina Malejewa, Manuela Malejewa-Fragniere i znana u nas dobrze Magdalena Malejewa, to łatwo dostrzeże regułę typową dla wszelakich pojedynków derbowych. Nie inaczej rzecz się miała w przypadku Ukrainek, Kateryny i Aliony Bondarenko, podobnie w polskiej tenisowej sadze, z udziałem Agnieszki i Urszuli Radwańskich. Z amerykańskimi siostrami Venus i Sereną Williams o tyle było dotąd inaczej, że spotykały się one niemal wyłącznie przy wielkich, często finałowych okazjach. Co wynik to jakaś mała niespodzianka, a przy okazji kolejna porcja poważnych zarzutów o ustawianie całej rywalizacji przez ojca.

Sytuację tłumaczyła kiedyś na użytek mediów Venus Williams. Opowiadała o zaciętej rywalizacji z siostrą na początku kariery, kiedy obie były małymi dziewczynkami i o tym, jak trudno jej nawet dziś oderwać się od tamtych zdarzeń: - Spędzamy ze sobą mnóstwo czasu - mówiła - znamy się tak, że w zasadzie wiemy o sobie wszystko. To się potem przenosi na kort. Ja niemal słyszę, o czym ona myśli i co planuje. W tej sytuacji zaciskam zęby i staram się skupiać tylko na swej grze. Daje to różne efekty. Raz nadzwyczajne, innym razem kompletnie nic się nie udaje i gram dużo gorzej niż potrafię. Z nikim nie gra mi się tak ciężko jak z Sereną, z żadną nie muszę aż tak straszliwie bić się o każdą piłkę.

Osobiście nie miałem okazji spotykać się na korcie z nikim z własnej rodziny, lecz do dziś jak największy koszmar wspominam single ze stałym deblowym partnerem, z którym godzinami wcześniej trenowałem. On z tych zajęć wynosił sporo korzyści, poznawał wszystkie moje przyzwyczajenia, silne i słabe strony. Podczas gry na punkty łapałem się na tym, że im lepszą akcję przeprowadzam tym trudniejszą otrzymuję odpowiedź. Miałem nieraz wrażenie, że on dużo wcześniej wie, co chcę zagrać, stoi i czeka w tym co trzeba narożniku kortu. W przypadku osób nie tylko stale ze sobą ćwiczących, lecz na dodatek połączonych też więzami krwi, takie utrudnienia w warunkach meczowych stają się przypuszczalnie jeszcze poważniejsze.

Na razie jeszcze nie wiadomo,  czy spektakularnie zapowiadany w Stanach mecz Williams kontra Williams, o czymkolwiek będzie w tegorocznym Indian Wells decydował. Venus, dwukrotna półfinalistka imprezy (1998, 2001), wciąż ma szansę, aby poprawić swój najlepszy rezultat. Starsza z sióstr twierdzi, że ta młodsza zaraz znów będzie wygrywać turnieje i na pewno wróci do TOP 10, choć eksperci nie są tego już tak pewni. W galerii starych tenisowych gwiazd wciąż mamy do czynienia z tą samą sytuacją.

Największe pomału bledną, z drugiej strony jednak wciąż mają tyle blasku, aby przyozdobić nim największą nawet imprezę. Dziwne i piękne zarazem. Takie na miarę jednej ze znanych amerykańskich bajek.

Karol Stopa

Dowiedz się więcej na temat: serena williams | Venus Williams

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje