Karol Stopa. Rotacja wsteczna: Epizod

Patrząc przez pryzmat turniejowych realiów była to jedna z większych niespodzianek mijającego tygodnia. Rozstawiony z nr 3 Philipp Kohlschreiber przegrał w pierwszej rundzie Grand Prix Hassan II z obdarzonym dziką kartą Lamine Ouahabem - pisze w felietonie "Rotacja wsteczna" komentator tenisa w Eurosporcie Karol Stopa.

Niemiec miał być jedną z gwiazd imprezy, w której rok wcześniej nie wykorzystał w finale pięciu piłek meczowych z Chorwatem, Borną Coriciem. Marokańczyk, jeśli na coś liczył, to głównie na cud. Rok młodszy od rywala, lecz pod względem rankingu, a zwłaszcza podtatusiałej sylwetki, nie kojarzący się w chwili obecnej z profesjonalnym uprawianiem tenisa. Na trybunach w Marakeszu tymczasem skromna grupka miejscowych kibiców mogła przeżyć swoją wielką chwilę szczęścia.

Reklama

Faworyt spotkania swobodnie wygrał pierwszego seta, potem jednak miał dwa zaskakujące przystanki. W drugim secie trzy razy oddał swoje podanie, więc przegrał go do zera. W secie trzecim prowadził 5:2 i wtedy znów dosłownie odcięło mu prąd. Efekt końcowy okazał się piorunujący. Tenisista, który sześć lat temu pukał do pierwszej dziesiątki, a dziś jest nr 34 na świecie nie był w stanie poderwać się i pokonać rywala z siódmej setki.

Klienci firm bukmacherskich wątpliwości nie mieli żadnych i natychmiast uznali, że to typowy mecz ustawiony. Zakłady przyjmowano akurat w proporcjach 1:5, a tam gdzie w grę wchodzi spore przebicie, taki scenariusz, teoretycznie przynajmniej, wydaje się zawsze dość realny. Aliści na wtorkowy pojedynek w Maroku spory wpływ miało również i to, co działo się wcześniej, podczas weekendu. Ouahab zagrał w reprezentacji wyjazdowy mecz Pucharu Davisa z Rumunami i na kortach w Cluj zaliczył w sobotę dwa krótkie sety singla i w niedzielę dwa debla. Kohlschreiber z kolei był jednym z bohaterów niewiarygodnie dramatycznego ćwierćfinału Grupy Światowej w Walencji. Decydujący piąty mecz z Davidem Ferrerem trwał blisko pięć godzin. Na Plaza de Toros, gdzie zwykle odbywa się corrida, ostatnie piłki piątego seta odbijano w niedzielne popołudnie, kiedy zaczynało już zmierzchać.

Klimat tego pojedynku, jego czas trwania i dramaturgia, czyli to co triumfalnie ogłoszono wielkim sukcesem drużynowej rywalizacji o mistrzostwo świata, kilkanaście godzin później przesądził o porażce faworyta w Marakeszu. Zawodnik niemiecki się nie zregenerował, a jego ciało krzyczało dość. Raz jeszcze można się było przekonać, że dwóch srok naraz za ogon złapać się nie da. A ci, którzy będą próbować, jedną rywalizację przegrają.

Puchar Davisa i cykl ATP od dłuższego czasu niestety nie są kompatybilne, a tylko ignorantom wydaje się, że to nic trudnego zagrać jednego dnia w określonym formacie, a drugiego w innym. Naturalnie marokańska zawodowa impreza to nie jest - mimo królewskiego patronatu – żadna okazja nadzwyczajna. W grupie ATP World Tour 250 jeden z czterdziestu turniejów. Z perspektywy sezonu epizod zaledwie, fragment o niewielkim znaczeniu. Identycznie można powiedzieć o tym konkretnym meczu, względnie jego bohaterach. Epizodyczne zdarzenie z udziałem epizodycznych postaci, następnego dnia znikające z ludzkiej pamięci.

Lamine, licząc kiedyś Casablankę, a teraz Marakesz, w otwartych mistrzostwach Maroka zagrał po raz dwunasty i był krok od powtórzenia najlepszego wyniku, czyli ćwierćfinału trzy lata temu. W II rundzie przegrał jednak w trzech setach z Gruzinem Basiłaszwilim, którego w lutym łatwo ograł w Pucharze Davisa. Odległy ranking i ten mało sportowy wygląd nie zmieniają faktu, że Ouahab to w ostatnich latach, obok Maleka Jaziriego z Tunezji, w zasadzie jedyny wyróżniający się reprezentant krajów arabskich.

Urodził się w Algierze i do roku 2013 w tenisowych rozgrywkach reprezentował Algierię. Od paru lat mieszka w Barcelonie i gra w reprezentacji Maroka. Był czwartym juniorem z list ITF, w sezonie 2002 finalistą Wimbledonu po ograniu Rafy Nadala. W 2009 doszedł do miejsca nr 114 w klasyfikacji ATP. Nie uzyskał takich wyników, jak trzej słynni tenisiści z Maroka: Karim Alami, Hicham Arazi czy Younes El Aynaoui. Nie poszedł, jak Mansour Bahrami z Iranu, drogą tenisowego magika. Nazywany królem futuresów, bo wygrał aż 29 takich turniejów w 46 finałach, potrafił wszakże co jakiś czas błysnąć i w challengerach, gdzie z sześciu finałów rozstrzygnął na swą korzyść dwa.

Można go było oglądać w Poznaniu, Wrocławiu i w Szczecinie. Na kortach przy Alei Wojska Polskiego postraszył w 2009 roku Hiszpana Alberta Montanesa, któremu urwał seta w batalii o ćwierćfinał. Występował wtedy jako Algierczyk, Amin Wahhab. Ktoś z błyskiem i czuciem gry, kto jednak z różnych powodów nie wykorzystał w końcu swoich pięciu minut. Co nie zmienia faktu, że w sprzyjających okolicznościach dalej jest to postać, potrafiąca ukąsić.

Karol Stopa

Dowiedz się więcej na temat: tenis

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje