Karol Stopa: Wczoraj jest dziś

Profesjonalny tenis przypomina ostatnio podróż wehikułem czasu. Gdy przed rokiem laty w finale Australian Open walczyły ze sobą turniejowe babcie, Serena i Venus Williams, a dzień później do gry wyszli Roger Federer i Rafael Nadal, kolejni wysłani na sportową emeryturę w oparciu o daty urodzenia, jedna z lokalnych gazet dała na pierwszej stronie wymowny tytuł: „Back to the Future”.

Było to czytelne nawiązanie do filmowej trylogii Roberta Zameckisa. Jak wiadomo przybliżała nam ona fantastykę, szczyptę wiedzy naukowej plus niesamowite przygody przy okazji opowieści snutej o tym, jak zapomniane wczoraj może nagle stać się dniem dzisiejszym. Na światowych kortach tymczasem taka bajka z celuloidowej taśmy dzieje się teraz naprawdę. Powinniśmy zachwycać się nią i wierzyć, niczym w historię o świętym Mikołaju, przychodzącym do nas z prezentami, czy też może raczej próbować ją zrozumieć.

Reklama

Mistrz z Bazylei początkowo wcale tego startu nie planował. Na drugi dzień po finale w Melbourne Richard Krajicek, znakomity ongiś holenderski tenisista, a dziś dyrektor ABN AMRO World Tennis Tournament, odebrał telefon od amerykańskiego menedżera, Tony'ego Godsicka. Padło pytanie o "dziką kartę" dla Rogera. Pytanie raczej retoryczne. Trzeba być szaleńcem i nie znać podstaw ekonomii, by rezygnować z przyjęcia kogoś, kto bije rekordy frekwencji w największych nawet obiektach, a jego celem jest kolejny wpis do księgi rekordów. Krajicek naturalnie wyraził zgodę, Federer przyjechał, a Rotterdam jeszcze długo będzie wymieniany, jako miejsce, gdzie Szwajcar znów zaszokował cały świat. Ponad 14 lat po tym, jak zajął fotel lidera ATP po raz pierwszy i nieco ponad pięć lat, od chwili gdy po raz trzeci go utracił, stateczny pater familias z czwórką dzieci na głowie, szykujący pomału swoje 37. urodziny, nagle znów okazał młodzieniaszkiem, lejącym wszystkich, którzy stają mu na drodze. Od chwili, kiedy istnieje komputerowa klasyfikacja nie było i raczej za naszych czasów już nie będzie drugiego takiego tenisisty, potrafiącego zostać nr 1 w wieku aż tak sędziwym.

Patrzyłem na jego grę w wypełnionej po brzegi, gigantycznej Rotterdam Ahoy, i zadawałem proste pytanie: jak ten człowiek to robi? Posiadł jako pierwszy tajemnicę długowieczności i zachowuje się niczym ktoś, kto potrafi chodzić po wodzie? Nie dotyka go ból, zmęczenie czy uraz, a los i fortuna sprzyjają mu nawet przy gorszych odbiciach, bo piłki po ramie, lub po taśmie o milimetry zahaczają linie? A może jest tak, że jak za najlepszych lat rywale znów się go boją i strach wyniesiony z szatni paraliżuje im ruchy, a jemu ułatwia skok przez kolejne przeszkody? Odłóżmy na bok metafizykę, skupmy na realiach. W polu widzenia warto umieścić np. technikę gry. Szwajcar w paru aspektach jest fenomenem, kimś kto się trafia raz na milion przypadków. Dzięki rakiecie z większą główką i po kilku modyfikacjach, nawet jego backhand stał się dziś w wymianach bronią śmiertelną. Sztuka skracania gry, wchodzenia w kort i przyspieszania dzięki temu odbić, to następny niewiarygodny atut Rogera. Jest geniuszem przewidywania, co się za moment na korcie wydarzy, a jednocześnie arcymistrzem wyboru, tej niebywale trudnej sztuki podejmowania decyzji w ułamku sekundy. Czasem w trakcie jednej jego akcji można obejrzeć tyle różnych technik uderzania piłki, ile wielu jego rywali nie będzie w stanie pokazać nam podczas całego meczu.

Monotonia i cierpiętnictwo to moim zdaniem dwa kluczowe określenia, jeśli chodzi o współczesny tenis. Oglądamy non-stop ogromną powtarzalność zachowań i jeszcze większą przewidywalność tego, co zrobi za chwilę na korcie jakiś konkretny zawodnik. Tymczasem w przypadku Federera nic dwa razy się nie zdarza, bo mamy do czynienia z nieustannym asynchronem i rywalizacją głównie na jego warunkach. Na palcach jednej ręki wyliczysz przypadki, kiedy Szwajcar został przez kogoś zepchnięty do głębokiej defensywy i tylko rozpaczliwie się bronił. Jeszcze inna kwestia to fizyczne przygotowanie do gry od chwili ukończenia 35. roku życia, a także skrócony kalendarz startów.

Pod koniec 2017 pisałem o tym („Sygnały z ciała”), przybliżając pracę, jaką wykonuje 60-letni trener specjalista, Pierre Paganini. Wyjazd do Rotterdamu, trzeci tytuł w imprezie oraz skok na fotel lidera rankingu to był chyba jednak ewenement, bo Roger po raz pierwszy od dłuższego czasu postąpił jakby wbrew zasadzie, przyjętej od paru lat. W Holandii kilka razy, zwłaszcza na początku imprezy, widać było, że ten start nie był zaplanowany, a forma początkowo wyglądała na lekko wakacyjną. Swoją drogą ciekawe, czy był to pomysł samego tenisisty, aby skorzystać z okazji i przeskoczyć Rafę Nadala, czy raczej podpowiedź jego menedżera, dbającego o pomnażanie miliardowego już majątku.

Kiedy 2 lutego 2004, mając 22 lata, po raz pierwszy wdrapał się na szczyt rankingu ATP, wokół siebie miał wiele sław. Dziś poza nim nikt już z tego towarzystwa nie jest aktywnym tenisistą, a trzech (Ferrero, Moya, Agassi) występuje w roli trenerów. Reszta funkcjonuje gdzieś na obrzeżach dyscypliny, co jakiś czas zaznaczając swą obecność w imprezach starszych panów. Ci z aktualnej dziesiątki klasyfikacji przeważnie byli wtedy małymi chłopakami, w wieku od lat 6 do 15. Do pełnoletności zbliżał się jedynie 17-letni Nadal. A swoją drogą ciekawe, jakie zakończenie będzie miała ta tenisowa wersja podróży wehikułem czasu. Bo że będzie jeszcze trwała o tym można być teraz w stu procentach pewnym…

Karol Stopa

Dowiedz się więcej na temat: roger federer | tenis

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje