Karol Stopa: Ze zgrzytem

To był jeden z tych pojedynków, o jakich się rozmawia nawet po upływie lat. Spokojnie można go nominować do nagrody za mecz roku, może nawet dekady. Obaj finaliści BNP Paribas Open 2018, zarówno Juan Martin Del Potro, jak i Roger Federer, zagrali na niewiarygodnie wysokim poziomie i z rzadko spotykaną intensywnością.

Zachwycały jedna za drugą szalone, ostre i długie wymiany, a poziom emocji był taki, że wielki kalifornijski stadion dosłownie unosił się w powietrze. Zarówno na korcie, jak i na trybunach, temperatura rosła niebezpiecznie. Eksponowane w telewizji pierwsze rzędy, wykupione zwykle przez bogatych amerykańskich snobów, co i rusz wzbogacały dramaturgię spotkania o nowe, dość pikantne wątki.

Reklama

Zagotowało się po raz pierwszy w końcówce drugiego seta. Argentyńczyk miał piłkę meczową, lecz jej nie wykorzystał. Wyrównanie do jakiego doprowadził Szwajcar najpierw zostało odłożone w czasie, bo as serwisowy po weryfikacji okazał się minimalnym autem. Wyjący tłum musiał chwilę poczekać ze swą demonstracją radości. Sam Roger, trochę tak jak w półfinale z Borną Coricem nieogolony, wściekły, ciskający ręcznikami i warczący w kierunku arbitra, na dobrą sprawę dopiero wówczas wrzucił wyższy bieg. W secie trzecim przy wyniku 5-4 i obronie break-pointu Federer dobiegł do siatki, gdzie z całej siły trafił rywala backhandem w nogę. Nie jest to żadne przekroczenie przepisów gry, ale już dobrych obyczajów jak najbardziej. Zapachniało linczem, zaś spojrzenie Juana Martina w kierunku rywala warte było uwiecznienia i skomentowania.

„Mogę się założyć, że znów dadzą mu w tym roku kolejną, 84-tą nagrodę za sportowe zachowanie” - napisał na Twitterze Ben Rothenberg z The New York Times’a. Dwa gemy później przy serwisie Federera i wyniku 6-5 40:15 nastąpił jeszcze jeden zdumiewający zwrot. Zwycięzcą meczu został ostatecznie Del Potro, Federer natomiast pokazał, że przy niekwestionowanej klasie, jeśli chodzi o samą grę, z wielkiej czwórki on akurat jest mistrzem wyjątkowo poddającym się emocjom. Kimś kto rozpłacze się na podium, ale wcześniej będzie się pieklił i klął pod nosem, po czym spokojnie, mądrze i z humorem opowie o tym jak było na korcie. Statystycy policzyli, że to 19. w karierze mecz Szwajcara, przegrany po niewykorzystaniu wcześniej piłek meczowych. Dla kogoś, kto się zbliża do 1200 występów, niby niewiele. Z drugiej strony to ponad 7 procent pojedynków, a więc sporo wobec podobnych statystyk u rywali. Nadalowi takie sytuacje przytrafiły się dotąd tylko siedem razy, Murray’owi pięć, Djokovicowi zaledwie dwa.

To, co stało się tuż po ostatniej piłce, w trakcie ceremonii wręczania nagród i na obu konferencjach prasowych, jest z kolei dowodem na wielką klasę obu panów z rakietami. Serdeczności przy siatce, potem miłe słowa i szacunek okazywany rywalowi, z jednoczesnym bagatelizowaniem zgrzytów, jakie miały miejsce podczas pojedynku. Czytelne przesłanie i znak, że rozum tego dnia wygrał z emocjami. Nawet jeśli jakieś gesty czy słowa były wyuczone, widać że obaj chodzili do dobrych szkół. Znacznie gorzej niestety wygląda sytuacja z hołotą z trybun, przypominającą coraz częściej skrajności z piłkarskich żylet. Gwizdy i przeszkadzanie rywalowi, radosne wrzaski albo brawa po piłkach zepsutych czy inne zbliżone, chamskie reakcje nie mają - jak widać - żadnego związku ze stanem majątkowym kibica, albo jego statusem społecznym.

W Indian Wells jota w jotę powtórzył się finał US Open 2015, gdzie w roli Del Potro wystąpił Djoković, a efekt końcowy był identyczny. W Nowym Jorku sytuację tłumaczono potem przerwą spowodowaną przez deszcz, a wykorzystaną przez publiczność przede wszystkim na spożywanie alkoholu. W Kalifornii może słońce ogrzało za mocno parę głów...

Uwielbienie dla geniusza, który wciąż jest idolem milionów, a jednocześnie odrobina obiektywizmu przy oglądaniu jego meczów to lekcja wciąż nieodrobiona przez wielu współczesnych sympatyków dyscypliny. Nie tyle kamień, co głaz wrzucić tu trzeba do własnego ogródka, bowiem bezstronność komentarza - niestety i w polskich stacjach telewizyjnych - to jest pojęcie chwilowo nieznane. Jak gra Polak czy Polka, albo jakiś „nasz ulubiony”, głupiejemy gromadnie i nie da się tego spokojnie słuchać, ani oglądać. Na słowa krytyki zasłużył też irlandzki arbiter Fergus Murphy, który najpierw wyraźnie bał się ingerencji i nie zwracał uwagi publice, o co zresztą apelował Argentyńczyk, by pod koniec doczekać ostrych słów od obu graczy. Zamiast panować nad sytuacją człowiek na stołku w pewnej chwili chyba nawet podniósł temperaturę o kilka kresek.

Tegoroczny turniej w Indian Wells przechodzi do historii jako impreza warta zapamiętania z wielu powodów. Cieszą zaskakujące akcenty sportowe, lecz warto się pochylić i nad frekwencją imprezy. Przez półtora tygodnia był to poziom 450 tys. osób płacących za bilety, czyli niewiele mniej niż rok temu na Roland Garros lub Wimbledonie. O ile w przyszłości przyjdzie komuś do głowy pomysł na piąty turniej wielkiego szlema nie ma dziś lepszej kandydatury niż ta kalifornijska. A co do gwiazd i sytuacji w aktualnej czołówce ATP trudno się nie zgodzić z opinią triumfatora, jaką wygłosił on do dziennikarzy. „Wszyscy kochają Rogera Federera i ja także, lecz w męskim tenisie coraz wyraźniej brak takich postaci jak niezapomniany Guga Kuerten, Lleyton Hewitt czy Marat Safin”. Należałoby też dopowiedzieć, jak bardzo brakowało tam właśnie Juana Martina Del Potro. I jak zaznaczył sam Roger Federer trzeba się dziś cieszyć, że ten groźny Argentyńczyk wraca do elity, a jego tenis znów przypomina stylem i poziomem to, z czego on kiedyś zasłynął.

Karol Stopa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama