Łukasz Kubot: Nie jestem już obiecującym zawodnikiem

​Polsko-francuski debel Łukasz Kubot i Jeremy Chardy przegrał w niedzielę w trzeciej rundzie wielkoszlemowego Roland Garros z najlepszym deblem świata - amerykańskimi bliźniakami Bobem i Mike’em Bryanami 4:6, 5:7. W Paryżu Kubot wrócił na korty po blisko dwumiesięcznej nieobecności spowodowanej operacją stopy.

Interia: 1/8 finału w Wielkim Szlemie i porażka po zaciętym meczu z najlepszym na świecie deblem - nie ma chyba powodu do smutku?

Reklama

Łukasz Kubot: - Porażka zawsze boli, ale faktycznie bracia Bryanowie to klasa sama w sobie i ciężko z nimi wygrać, jeśli się nie trafi na ich słabszy dzień. Tym bardziej, że dobrze się czują w Paryżu i wygrywali ten turniej. Najważniejsze jest, że po kontuzji i operacji stopy mogłem tu wrócić na korty.

Chyba nie jest łatwo 33-letniemu tenisiście znów zaczynać drogę w górę rankingu?

- Tak się niestety złożyło, trzeba się po prostu zmierzyć z losem i zobaczyć jak to się będzie wszystko układało. Zawsze powtarzam, że najważniejsze jest zdrowie i będę robił wszystko, żeby powrócić na kort i grać jak najlepiej. Tutaj zacząłem powrót "miękko" od debla. Wiadomo, w singlu są inne przeciążenia, większy wysiłek, no miałbym mniej czasu na przygotowania, bo musiałbym grać w eliminacjach. Ale jestem znowu w Paryżu i cieszę się, że mogłem trenować i grać z najlepszymi zawodnikami, na najważniejszych kortach świata.

Występ w parze z Francuzem w Paryżu to chyba była próba pozyskania sympatii widowni i jej wsparcia?

- No tak, można tak pomyśleć (śmiech) Ale nie, nie o to chodziło. Cieszę się, że grałem tutaj z Jeremym Chardym, który faktycznie jest jednym z ulubieńców publiczności francuskiej. W poprzednich sezonach trochę ze sobą razem graliśmy w deblu i zwykle dobrze nam szło.

Miejscowa widownia dopingowała chwilami wasz debel okrzykami "Allez les Bleus", zarezerwowanymi dla francuskich tenisistów. Czy nie powinien się pan dla "uwiarygodnienia" ubierać tu na kort w niebieskich barwach?

- Nie pomyślałem o tym przed przyjazdem (śmiech). Ale poważnie to na niebiesko nie mogłem być ubrany, bo miałem inną kolekcję na ten turniej przygotowaną przez polską 4F.

No właśnie niedawno pojawiła się linia strojów sygnowana "Łukasz Kubot". Mówi pan o specjalnej kolekcja strojów przygotowana na Roland Garros, cóż zupełnie jak w przypadku Rogera Federera i jego linii "RF"...

- Nie, no na pewno nie można mnie porównywać do takiej postaci jak Roger Federer. Ale faktycznie miło jest, że ta firma zaufała mi na tyle, że po zwycięstwie przed rokiem w wielkoszlemowym Australian Open zaproponowała abym stał się jednym z ambasadorów tej marki. Tym bardziej to miłe, że 4F jest polską firmą a do tego słynie raczej z odzieży przygotowywanej z myślą o zimowych dyscyplinach sportu. Ale pojawiła się szansa stworzenia kolekcji na lato i nie tylko do tenisa, tylko dla wszystkich ludzi lubiących aktywnie spędzać czas. Bardzo ciekawa jest kolorystyka strojów, ale i bardzo dobra jakość. Można więc śmiało na świecie reklamować jako polski produkt. Zresztą kilku zawodników w Tourze już mnie pytało co to za marka.

Wracając do kwestii wieku. Jeśli spojrzeć na pierwszą setkę rankingu ATP, to sporo w niej obecnie "młodych gniewnych". Coraz ciężej chyba z nimi rywalizować 30-latkom, szczególnie próbującym wrócić do czołówki po kontuzjach?

- Na pewno nie będzie łatwo, ale w moim przypadku najważniejsze jest, abym był zdrowy i mógł dobrze grać bez żadnego bólu. Co będzie dalej? Zobaczymy. Wszyscy wiemy w jak ciężkiej sytuacji jestem, jeśli chodzi o ranking singlowy. Czeka mnie trudna droga, jaką muszę przejść, czyli ciężki trening i duże obciążenia. Zobaczymy, jak to się wszystko poukłada. Myślę, że będziemy mądrzejsi po Wimbledonie. Zaraz po tym jest Puchar Davisa w Szczecinie, no i już środek lata, kiedy to eliminacje większych turniejów powinny być nieco słabiej obsadzone, przynajmniej teoretycznie.

Ale nie wystarczy tylko liczenie na szczęście...

- Nigdy na to nie czekam. Zawsze staram się być bardzo dobrze przygotowany do startów, czy to rywalem jest ktoś z czołówki, czy też z trzeciej setki, to zawsze grałem na maksimum. Wychodząc na kort zawsze starałem się narzucać swoje tempo i albo wygrywałem swoja grą, albo swoją grą przegrywałem. Nie było tego czegoś pomiędzy. Ale tak byłem uczony cały czas. Kiedy w wieku 28 lat zaczynałem współpracę z czeskim trenerem Janem Stocesem, to nie było innego wyjścia, musiałem starać się uwypuklić swoją grę, w oparciu o dobry return i grę ofensywną.

W czołówce rankingu ATP World Tour jest z roku na rok coraz ciaśniej. Głównie za sprawą "młodych gniewnych", często z mało znanymi nazwiskami. Czy nasteuje pokoleniowa wymiana w pierwszej setce?

- Faktycznie, patrząc na ostatnie 7-8 lat, to chyba nie było jeszcze takiego boomu młodych zawodników, jak to widać teraz w czołówce. Oni wykorzystali bardzo dobrze swoje szanse, bo ja wiem jak ciężko jest przejść całą drogę przez futuresy, a następnie challengery, zanim trafi się do Touru. Czasem dostawali szansy w postaci "dzikich kart" do dużych turniejów. Na przykład Kyrgios, który na starcie zaliczył od razu dwa ćwierćfinały Wielkich Szlemów. Jest naprawdę dużo młodych zawodników, którzy wchodzą do pierwszej setki i są niesamowicie przygotowaniu fizycznie do gry, pomimo swojego wieku i to jest ich wielki sukces. Ale to pokazuje też, że w tenisie coraz bardziej liczą się właśnie jak najlepsze warunki i przygotowanie fizyczne.

Młodzi Australijczycy, Rosjanie, Hiszpanie i wiele innych nacji ma nieco ułatwiony start, bo w ich krajach jest nawet po kilka turniejów ATP czy WTA, więc często otrzymują "dzikie karty". Czy w Polsce nie brakuje obecnie takich możliwości?

- Fakt, kiedyś był turniej ATP sponsorowany przez Prokom w Sopocie, a teraz największa impreza tenisowa u mężczyzn to challenger Pekao Szczecin Open. Przydałby się na pewno przynajmniej jeden turniej ATP w kraju, ale on też nie załatwi wszystkiego. W tenisa się gra 11 miesięcy w roku, właściwie na wszystkich kontynentach, więc zawsze są jakieś tam szanse i możliwości gry. Powiedzmy sobie szczerze, te nazwiska, które obecnie wchodzą do czołówki, to często osoby, które wygrywały w Wielkim Szlemie juniorów. Oni szybko po tych sukcesach podpisują kontrakty z agencjami menedżerskimi, którym przysługują "dzikie karty". Jednak oni dostali swoje szanse i je wykorzystali, jak właśnie choćby Kyrgios. Dzisiaj w tenisie liczy się bardzo siła, więc trzeba opierać grę na potężnym serwisie i returnie.

Pana droga do 41. miejsca na świecie w singlu rozpoczęła się parę lat temu udanymi występami w deblu. Czy wygranie jednego czy drugiego turnieju wielkoszlemowego i bycie w czołówce deblistów nie dałoby szansy na jakieś "dzikie karty" w singlu?

- Nie mogę czekać na coś takiego, bo nie jestem obiecującym czy rozwojowym zawodnikiem. Wiadomo, że się promuje młodych graczy, którzy w najbliższych latach będą przyciągać widownię, no będą dobrze się sprzedawać w mediach. Ja mam za sobą już dłuższą karierę, w której miałem parę dobrych wyników, ale raczej nie wierzę, że z tego powodu ktoś mi da "dzikie karty". Tak jak po poprzedniej kontuzji, tak i teraz zdecydowałem się zacząć powrót od debla, bo wtedy nie ma wejścia "z grubej rury" od razu, tylko jest czas, by na spokojnie się wdrożyć w konieczny rytm.

Nie kusi pana jednak, żeby się skupić na deblu i wygrać kolejny turniej z Wielkiego Szlema?

- Zdarza się wygrać w Wielkim Szlemie raz, ale kilka razy to już jest rzadkość. Owszem udaje się to braciom Bryanom i jeszcze paru innym czołowym zawodnikom świata.  

Ale może, gdyby się skupić na grze w deblu, to byłoby to możliwe?

- Nie lubię gdybać i się zastanawiać, co by było, gdyby... Na pewno przede mną jest trudna decyzja i muszę się mocno nad wieloma aspektami zastanowić. Ale na razie skupiam się na tym, żeby być zdrowym i jak najszybciej wrócić do wysokiej formy. Chcę jeszcze powalczyć o poprawę rankingu w singlu, no i zobaczymy jak się to potoczy.

Rozmawiał Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot | tenis

Reklama

Reklama

Reklama