Puchar Davisa. Zimbabwe egzotyczne? A to tylko powrót do korzeni

Mecz z Zimbabwe w Pucharze Davisa nie jest tak egzotyczny, jak go malują. Z daviscupową trzecią ligą, to jest Grupą II strefy euro-afrykańskiej, swego czasu Polacy byli za pan brat. Ale dlaczego cofnęliśmy się o sześć lat?

Był luty 2012 roku. Cała Polska odliczała dni do piłkarskiego święta, jakim było Euro 2012, tymczasem w warszawskiej Arenie Ursynów nasi tenisiści walczyli o godność w meczu z Madagaskarem. "Biało-Czerwoni" wygrali 5-0. Grzegorz Panfil, Jerzy Janowicz oraz debliści Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski z półamatorami nie stracili nawet seta.

Reklama

- To nie jest miejsce dla nas - ubolewa przed meczem z Zimbabwe kapitan reprezentacji Radosław Szymanik, bo historia zatoczyła koło. Szymanik przeszedł z kadrą wszystkie szczeble daviscupowej drabinki. Przeżywał wzloty i upadki. W 2016 roku Polska po raz pierwszy przebiła się do Grupy Światowej i stoczyła dwa zacięte mecze z Argentyną i Niemcami. I nastąpił efekt domina. Polska zaczęła niedomagać pod względem sportowym, ale przede wszystkim organizacyjnym. Spadliśmy o dwie klasy.

Poprzednie władze Polskiego Związku Tenisowego w parę chwil zniweczyły wieloletni trud naszych tenisistów. Za ułożenie zbyt szybkiej nawierzchni przeciwko Argentynie zostaliśmy ukarani grzywną, odjęciem 2000 punktów do rankingu i stratą prawa wyboru kortu w kolejnym meczu. Straciliśmy rozstawienie, ponieważ spadliśmy z 17. na 37. miejsce.

Gęsta atmosfera w związku zaczęła przekładać się na wyniki. W grudniu 2016 roku kara dla Polski została utrzymana i wtedy coś pękło. W pierwszym meczu od tych wydarzeń sami zostaliśmy upokorzeni na wyjeździe przez Bośniaków 0-5. Przypadek? Polegli wtedy nawet murowani faworyci Łukasz Kubot i Marcin Matkowski (18 lat w kadrze!), którzy we dwójkę w reprezentacji byli do tej pory niepokonani. Zresztą taka porażka nie przydarzyła się "Biało-Czerwonym" od 1999 roku, ostatnim jeszcze bez Matkowskiego w składzie.

Przez cały ten czas Polacy musieli radzić sobie bez etatowego lidera reprezentacji Jerzego Janowicza, który poszedł na wojnę z poprzednim zarządem PZT.

- Moja kariera reprezentacyjna skończyła się wraz z zarządem, który został powołany w 2015 roku. Ci ludzie, którzy tam pracowali, zabili we mnie całą wolę walki dla reprezentacji i Puchar Davisa. Zdeptali tak naprawdę to, co wyszarpaliśmy przez ostatnie osiem, dziewięć lat. Nie mam już zamiaru grać w Pucharze Davisa - oznajmił Jerzy Janowicz w 2017 roku i dotrzymuje słowa, choć w omijaniu kadry wydatnie pomagają mu kontuzje.

Trend spadkowy udało się powstrzymać po trzech porażkach z rzędu. W lutym w Mariborze Polacy pod przewodnictwem młodych strzelb Kamila Majchrzaka i Huberta Hurkacza (z powodu kontuzji w sobotę i niedzielę zastąpi go dawno niewidziany w kadrze Michał Przysiężny) niespodziewanie ograli Słoweńców. Ale to, że w pierwszym meczu Grupy II strefy euro-afrykańskiej Zimbabwe wyeliminowało Turcję, zakrawa już na cud. Tak jak cudem byłby brak gładkiego zwycięstwa Polaków w Sopocie, tak dobrze kojarzącym się tenisowej braci.

Dowiedz się więcej na temat: puchar davisa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje