Roland Garros. Kubot: Dawno nie miałem takiego komfortu

Łukasz Kubot z Brazylijczykiem Marcelo Melo w drugiej rundzie zakończyli występ w wielkoszlemowym Rolandzie Garrosie. Jednak wciąż znajdują się w gronie najlepszych par sezonu i mogą spokojnie planować kolejne starty.

Interia: Coraz więcej słyszymy o pomysłach na zreformowanie tenisa i jego uatrakcyjnienie. Czy faktycznie zmiany są konieczne?

Łukasz Kubot: - Zobaczymy, jak to będzie, ale uważam, że zmian nie należy się bać. Zdaję sobie sprawę z tego, że mecze na przykład w Wielkim Szlemie nie są zbyt wygodne dla telewizji, szczególnie grane do dwóch gemów przewagi w decydującym secie. Dlatego są coraz głośniejsze przymiarki do zmian, a ja uważam, że zmian nie można się bać, choć trzeba je oczywiście robić z głową i pomysłem.

Reklama

Czy dobrym przykładem zmian była reforma w deblu sprzed ponad dziesięciu lat?

- Tak, wtedy zamiast trzeciego seta wprowadzono super tie-breaka, zlikwidowano grę na przewagi przy 40-40, dzięki czemu mecze się wyraźnie skróciły. Dlatego ta dyscyplina mocno poszła w górę pod względem jakości, bo dzięki temu wielu czołowych singlistów zaczęło grać w debla. Jeśli chodzi o pomysły na zmiany do wprowadzenia w niedalekiej przyszłości, to już w listopadzie przecież będą pierwsze testy podczas mastersa dla zawodników do 23 lat. Z tego, co słyszałem, to w Mediolanie będą rozgrywać sety do czterech wygranych gemów, bez przewag i bez netu.

Czyli mecze będą bardziej dynamiczne, a przede wszystkim krótsze.

- Zdecydowanie te zmiany są dla publiczności, która nie chce przyjść i przez cztery godziny oglądać długi mecz, tylko chce przyjść na godzinę, czy półtorej i sobie jakoś inaczej zaplanować dzień. Chociaż biorąc pod uwagę tradycje tenisa pielęgnowane w Wielkich Szlemach od 100 lat, szczególnie w Wimbledonie, to pewnie ciężko będzie niektóre rzeczy przeforsować. Zobaczymy, jak to będzie, ale wszystko się zmienia, więc i w tenisie jakieś zmiany są konieczne i nie można się ich bać.

Na razie jest trochę zmieszania, bo w Wimbledonie debel męski rozgrywany jest do trzech wygranych setów, a w piątym do dwóch gemów różnicy. Natomiast w US Open do dwóch wygranych setów i chyba super tie-break, zamiast decydującego?

- Nie, super tie-break jest w Nowym Jorku wprowadzony chyba tylko w mikście, ale w deblu wydaje mi się, że jest na przykład tie-break w decydującym secie. Nie pamiętam też ja jest tu w Paryżu.

No właśnie, czyli jest zamieszanie. Czy nie pogłębi je wprowadzenie reformy tylko w ATP World Tour, przy zachowaniu dotychczasowych reguł w Wielkim Szlemie?

- Na to nie mamy wpływu, bo Wielkie Szlemy należą do Międzynarodowej Federacji Tenisowej, więc pewnie ITF będzie się starała dbać o pewne tradycje i pielęgnować je. Natomiast we wszystkich turniejach ATP będzie się grało według nowych przepisów. Ale być może z czasem te zmiany przyjmą się też w imprezach wielkoszlemowych.

Skoro już o zmianach, to czy Paryż się w ostatnim czasie nie zmienił w kwestiach bezpieczeństwa? Czy czuje się tu pan teraz bezpiecznie?

- Dzisiaj, obojętnie gdzie jesteśmy, liczymy się z jakimś zagrożeniem. Chwała organizatorom Rolanda Garrosa, że stają na wysokości zadania w zakresie ochrony. Co chwilę przejeżdżamy z turnieju na turniej, a szczególnie w takich krajach, jak Francja czy Wielka Brytania, są zaostrzone kontrole, dzięki czujemy się bezpiecznie. Ale generalizując może trochę, to obecnie jest tak, że gdziekolwiek człowiek poleci, to zawsze się może coś stać. Tak naprawdę przecież nie wiadomo, gdzie się znajdziesz, o której godzinie, to może być zupełny przypadek. Ja jestem typem zawodnika, który zawsze wędruje między kortami i hotelem, tak jestem nauczony, że unikam wychodzenia gdzieś do miasta. Ale przecież często wsiadam do samolotu i przelatuję między krajami, nawet kontynentami i to przez kilka miesięcy w roku. To jest połączone z naszym życiem zawodowym i trzeba się jakoś z tą rzeczywistością zmierzyć. Owszem dużo podróżujesz po świecie, to ponosisz większe ryzyko, ale przecież siedząc w jednym miejscu można ulec np. wypadkowi samochodowemu, czy cokolwiek się może stać każdemu i wszędzie.

W poprzednich sezonach nie miał pan stałego partnera, tylko grał na różnych turniejach z różnymi zawodnikami. To chyba dość męczące?

- System kwalifikacji do drabinek deblowych jest w tej chwili brutalny. Tak naprawdę, żeby się dostać do większości z nich, obaj zawodnicy powinni mieć wspólny ranking nie przekraczający sumy 50, czyli praktycznie obaj muszą być sklasyfikowani w czołowej 25-tce mniej więcej, bo to daje szansę na grę. Także trzeba cały czas zdobywać punkty, by utrzymywać się w czołówce. No można jeszcze dogadać się na wspólną grę z jakimś wysoko notowanym zawodnikiem w singlu, różne kombinacje mogą być. Jednak cały czas jest presja, że można się znaleźć tuż pod kreską i nie dostać się do drabinki. Wiele się nauczyłem przez ostatnie lata, to jest prawdziwa szkoła życia.

Ale w tym roku trafna decyzja, czyli stworzenie pary z Brazylijczykiem Marcelo Melo, więc można obecnie mówić chyba o stabilizacji i komforcie?

- To też nie był od razu przysłowiowy strzał w dziesiątkę. Po styczniu i lutym, w których wcale nam nie szło za dobrze, mieliśmy chwilę zastanowienia, poważną rozmowę, po której daliśmy sobie czas do pierwszych dwóch turniejów ATP Masters 1000. W pierwszym, w Indian Wells byliśmy w finale, a drugi, czyli w Miami, wygraliśmy. Potem przyszło jeszcze zwycięstwo w Madrycie, w turnieju tej samej rangi i dzięki temu zrobił się faktycznie komfortowa sytuacja. Możemy sobie teraz wybierać turnieje, w których zagramy, szykować się na nie i planować kolejne starty. W takiej sytuacji już naprawdę od dawna nie byłem.

Czyli można się koncentrować teraz już na samym tenisie i budowaniu formy?

- Tak, parę rzeczy odpada, nie ma niepewności i ciągłego sprawdzania listy zgłoszeń, czy też szukania partnera na najbliższy turniej. Ze stałym partnerem łatwiej przychodzi też praca nad konkretnymi schematami i rozwiązaniami taktycznymi, ale też nabiera się większej pewności siebie w grze. Oczywiście takie wpadki, jak druga runda Roland Garros zawsze bolą, ale w tym układzie wiemy, że po Paryżu mamy kilka dni na odpoczynek i przygotowanie się do gry na trawie. Właściwie jedyną kwestią teraz jest to, czy za dwa tygodnie zagramy w Queen’s Clubie czy w Halle, bo one odbywają się w tym samym tygodniu, a nie to, czy będziemy mogli w którymś z nich w ogóle wystąpić.

Po Rolandzie Garrosie to się pewnie zmieni, ale teraz prowadzicie w rankingu najlepszych par sezonu ATP Doubles Race to London. Czyli powoli realny staje się powrót do turnieju ATP World Tour Finals po dłuższej przerwie. To chyba kuszące?

- Jeszcze daleka droga, bo dopiero zbliżamy się do półmetka sezonu, więc jest za wcześnie, żeby myśleć o Londynie. Po drodze są jeszcze dwa Wielkie Szlem i cztery turnieje ATP Masters 1000, więc wszyscy są jeszcze w grze i mają szanse na występ w londyńskiej O2 Arenie. Ale na pewno jest to jeden z celów, do którego chcielibyśmy się stopniowo zbliżać. Teraz jednak w głowie jest trawa, na którą trzeba się dobrze przygotować i dobrze na niej grać, no i Wimbledon. A potem będzie jeszcze kilka miesięcy gry na betonie w USA i Azji, no i w europejskich halach. Sezon jest naprawdę długi.

Kiedy u tenisistów przychodzi moment, gdy w głowie pojawiają się myśli o rodzinie czy zatrzymaniu się w jednym miejscu?

- Dzisiaj jest tak, że nie mam żony, nie mam dzieci, to mi pozwala skupić się w pełni na tenisie i on jest dla mnie najistotniejszy.

Ale wielu deblistów, choć i singlistów, gra w tenisa, ma rodziny, czasem podróżuje nawet z dziećmi na turnieje.

- To kwestia priorytetów, jakie się zakłada w życiu, a każdy ma inne. Ja i Marcelo w tej chwili nie mamy rodzin i staramy się skupiać w pełni na poprawieniu swojej gry i jak najlepszych wynikach.

Ile lat jeszcze ciało Łukasza Kubota będzie w stanie znosić trudy zawodowego tenisa?

- Jeżeli będzie mi na to pozwalać zdrowie i wysoki ranking, to chciałbym grać jak najdłużej na najwyższym poziomie i w największych turniejach. Jeśli w którymś momencie się okaże, że nie jestem w stanie już iść dalej czy realizować się w tym, to po prostu zakończę karierę. Ale na razie o tym nie myślę, bo uważam, że jeszcze dużo rzeczy na korcie przede mną.

Przykłady Rogera Federera czy sióstr Venus i Sereny Williams pokazują, że granica wieku w zawodowym tenisie się bardzo przesunęła w górę.

- Tak, tylko trzeba wziąć pod uwagę, że Roger czy Serena od wielu lat grają w każdym sezonie najwyżej 18 turniejów. To ludzie doświadczeni, świadomi tego, gdzie czują się najlepiej, gdzie odpowiadają im warunki klimatyczne, nawierzchnia, piłki. Oni świadomie wybierają, gdzie chcą startować i mogą skupiać się na tych największych turniejach. W tym roku Federer opuścił przecież Roland Garros, żeby skupić się na trawie, bo wie, że ma szanse wygrać Wimbledon. Ale oni funkcjonują na trochę innym pułapie jednak niż większość tenisistów.

W Paryżu rozmawiał: Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama