Rotacja wsteczna: Duch i ciało

Nie dało się przeoczyć występu Andy Murray’a na kortach w Waszyngtonie. Od Wimbledonu 2017 był to jego pierwszy ćwierćfinał w turnieju ATP i jednocześnie start ponownie otwierający dyskusję o poważniejszych szansach Szkota.

Parę lat temu eksperci sądzili, że do klasyfikacyjnej układanki, zgrabnie nazwanej kiedyś BIG 4, z powodów biologicznych powrotu raczej nie będzie. Tymczasem w sezonie 2016 wielkoszlemową koronę kolejny raz założył Roger Federer, rok później to samo uczynił Rafael Nadal, a w tym sezonie na tronie zasiadł także Novak Djokovic. Czy do słynnych kolegów da radę dołączyć i ten czwarty ze słynnego tenisowego brydża? A przede wszystkim, czy zdrowie mu na to jeszcze pozwoli?

Reklama

Popisów Murray’a w turnieju „Citi Open” nie da się ocenić jedną miarą. Poza wszystkim kluczowe wydaje się tu zwłaszcza, kto dokonuje dziś takiej oceny? Inaczej patrzą rodacy i brytyjskie media, łaskawe dla człowieka, który przywrócił tenisową świetność imperium. Wyrozumiali są również ci rozsiani po świecie i całkiem liczni fani diablo ambitnego Szkota. Druga strona medalu to głównie osoby dostrzegające, że ta szklanka do połowy na razie jest jednak pusta. Widać przecież wyraźnie, że 31-latek porusza się po korcie nienaturalnie zgarbiony i próbując nie angażować schorowanych bioder ciągnie za sobą nogi w sposób typowy dla ludzi ze schorzeniem organów ruchu. Wygląda to dziwnie, bo tenisista potrafi wystartować i biec do piłki całkiem szybko, lecz potem, kiedy hamuje lub zmienia kierunek widać, ile go to kosztuje i jak bardzo wciąż cierpi.

Murray przyznał się niedawno, że ból biodra dokuczał mu aż przez osiem lat i z roku na rok bolało go coraz mocniej. Pomimo tych katuszy przez 41 tygodni potrafił wytrwać na pozycji lidera ATP, z 11 wielkoszlemowych finałów wygrał trzy, jeden raz triumfował w turnieju mistrzów w hali O2, a ponadto zdobył dwa złote i jeden srebrny medal olimpijski, zaś reprezentacji kraju zapewnił Puchar Davisa. Operacja na jaką w końcu się zdecydował i długo trwająca rekonwalescencja sprawiły, że ze szczytu klasyfikacyjnej drabiny spadł na dno, do dziewiątej setki. Po Waszyngtonie poprawił się o 457 lokat, choć w dalszym ciągu są to peryferia rozgrywek. Amerykanin Mackenzie McDonald, Brytyjczyk Kyle Edmund i Rumun Marius Copil trafiali na listę pokonanych w stolicy USA, tyle że każdy z tych pojedynków Szkota to był trzysetowy horror i droga przez mękę niedawnego lidera. Nie dziwota, że po tej ostatniej grze, zakończonej wobec kilkunastu widzów o trzeciej w nocy czasu miejscowego, Andy nawet nie miał siły się cieszyć. Ukrył twarz w ręczniku i przez dłuższą chwilę gorzko płakał.

Do zdrowotnych zmartwień oraz problemów z odbudowaniem formy, jak na ironię doszła fatalna turniejowa praktyka, polegająca na próbie łapania za ogon sześciu srok naraz. Kłopoty z pogodą, do tego jednocześnie turniej męski i kobiecy, oczywiście sporo znanych nazwisk w programie dnia na korcie centralnym, no i obowiązkowo amerykańska telewizja, która daje sporą kasę, ale też twardo dyktuje zawsze swoje warunki. Zbłaźniła się młoda stażem pani dyrektor imprezy, Keely O’Brien wpierw bagatelizując sytuację i mówiąc, że Szkot musi przyjąć na klatę wszelkie niedogodności gdyż jest „wzorem dla tenisowej młodzieży z całego świata”. A potem zmieniła ton i dziękowała za udział, życzyła zdrowia i zapraszała za rok. Andy tymczasem, tak jak zapowiedział zaraz po meczu z Copilem, do pojedynku o półfinał nie wyszedł i z turnieju zrezygnował. Skreślił też kanadyjskie plany startowe, a co będzie dalej z jego grą i kiedy znów go zobaczymy, czas pokaże.

"Ciało nie wróciło jeszcze tam, gdzie dawniej, lecz serce i duch są gotowe” - napisał o Brytyjczyku Steve Tignor, publicysta amerykańskiego magazynu „The Tennis”. Piękne słowa, podkreślające coś, co zawsze wyróżniało największych mistrzów dyscypliny. Naturalnie łatwo jest mówić albo pisać o sztuce największego poświęcenia dla odniesienia upragnionego zwycięstwa. Bez porównania gorzej jest, gdy walkę z bólem i niemożnością przerabiasz samemu. Murray już kilka razy wspominał, że biodro także i po operacji mu dokucza, tylko ten ból jest teraz inny. Kontuzje bioder to w tenisie stosunkowo nowe, groźne zjawisko. To z tego powodu kończyli kariery tacy gwiazdorzy jak np. Brazylijczyk, Guga Kuerten czy Szwed, Magnus Norman. Uraz powstaje z różnych przyczyn, lecz coraz częściej chodzi o technikę odbijania piłki, a zwłaszcza tzw. frontalne ustawienie do uderzeń. Tak jak w przypadku łokcia miliony mikro urazów wędrują potem po ciele i tu akurat lądują gdzieś w stawach biodrowych, powodując po jakimś czasie ich degradację. Można i trzeba liczyć wtedy na współczesną medycynę, zarazem jednak warto też pamiętać, że leczenie kontuzji biodra, podobnie jak ramienia, przebiega dziś relatywnie najmniej skutecznie.

Murray w odróżnieniu od kolegów z BIG 4 nigdy nie był tenisistą grającym na pokaz. Mecze z jego udziałem przypominały często rodzaj piłkarskiego catenaccio. Dużo biegania, super defensywa, setki piłek odgrywanych na drugą stronę, niewiele ryzykownych, technicznych sztuczek. Dziś gdy biodro wciąż mu dokucza doszły mało skuteczne ścięte podania, zwalnianie uderzeń i podnoszenie piłek do góry. Na podstawie tego, co od strony tenisowej pokazał Andy w Waszyngtonie, doprawdy trudno o optymizm. A czasu na odrabianie strat, i to nie tylko w tym sezonie, Szkot ma coraz mniej. Z drugiej strony ci wielcy są jednak wciąż niesamowici, jeśli chodzi o sztukę zaciskania zębów.

Karol Stopa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje