Rotacja wsteczna. Idą złote gody

- Australian Open stało się wydarzeniem społecznościowym. Kręci się wokół jedzenia, muzyki, dzieci oraz gry w tenisa. Dokładnie w tej właśnie kolejności. Ceny kart wstępu na turniej z roku na rok idą w górę, przekaz telewizyjny robi się coraz gorszy - stwierdził znany dziennikarz Alan Attwood. O wielkoszlemowym turnieju, który w styczniu będzie świętował wielki jubileusz, pisze w swoim najnowszym felietonie komentator tenisa w stacji Eurosport Karol Stopa.

W Australii mamy właśnie półmetek wiosny, w grudniu nastąpi tam początek lata. Wspaniały czas, bo przyroda budzi się do życia, a ludzie przymierzają do nowych wyzwań. Na kortach tymczasem ledwie opadł kurz i pył po osobliwym US Open 2018, a już jest na tapecie Australian Open 2019. Niby do startu zostały trzy miesiące, lecz marketing imprezy pracuje na pełnych obrotach od dość dawna. Z roku na rok wielkoszlemowe turnieje mocniej absorbują naszą wyobraźnię i wykraczają coraz to dalej poza 2-3 tygodnie faktycznej rywalizacji. Priorytety wszędzie wyglądają podobnie. Chodzi o to, by mistrzowski produkt tenisowy był coraz lepiej opakowany, a w konsekwencji coraz chętniej potem oglądany.

Reklama

Gdy ćwierć wieku temu ujrzałem - wtedy jeszcze Flinders Park - po raz pierwszy, obiekt wydał mi się szczytem doskonałości. Od tamtej chwili w trójkącie pomiędzy torami kolejowymi, rzeką Yarrą a Bulwarem Olimpijskim zaszły niesamowite zmiany. Znajomi ze stolicy stanu Victoria mówią, że dziś osoby pamiętające, jak to wyglądało kiedyś, mogą mieć kłopot z odnalezieniem drogi. Niemal dwukrotnie powiększono powierzchnię całego Melbourne Park, z jednego stadionu z rozsuwanym dachem zrobiły się trzy, przybyło udogodnień, szlaków komunikacyjnych i rozmaitych użytecznych konstrukcji. Impreza traktowana ongiś jak ubogi krewny Paryża, Londynu czy Nowego Jorku stała się nagle prawdziwym gigantem, z poziomem frekwencji, o jakiej Roland Garros albo Wimbledon mogą sobie jedynie pomarzyć. Odpowiedni ludzie i decyzje podejmowane we właściwym czasie to klucz do tego, co już stało się z tenisowym świętem w świecie pod naszymi nogami. Za dwa lata ma tam zostać zamknięty drugi etap rozbudowy, z kosztami ocenianymi na 338 mln dolarów. Licząc od roku 2010 mowa o łącznych wydatkach rzędu 700 mln. Planowanie trzeciego etapu ruszy dopiero po zakończeniu imprezy w roku 2019.

Główna niespodzianka styczniowego turnieju odnosi się do uczestników. Nie da się wykluczyć, że wielu widzów nawet tej nowinki nie zauważy. "Gwiazdami Australian Open są grający. Uznali oni w specjalnym głosowaniu, że w Wielkim Szlemie nasza impreza jest ich ulubioną. Postanowiliśmy wobec tego sprawić, aby każdy gracz czuł się w Melbourne, jak u siebie w domu" - mówi dyrektor turnieju, Craig Tiley. I to głównie dlatego na wschodniej ścianie Rod Laver Arena wyrósł Player Pod. Jest to owalna i czterokondygnacyjna przybudówka, przeznaczona wyłącznie dla graczy oraz osób im towarzyszących. Mieszczą się tam nowoczesne szatnie z 750 szafkami na sprzęt i ubrania. Nad głowami wchodzących na kort centralny można również znaleźć sale do ćwiczeń, regeneracji, posiłku czy wypoczynku. Całość jest przestronna, luksusowa, w ładnych kolorach. A większość rozwiązań konsultowana była z zainteresowanymi.

Zapewne ci, którzy raz z tych wspaniałości skorzystają będą chcieli do Melbourne powracać. Czy inne, już raczej regulaminowe nowinki, też ich w podobny sposób zachęcą? Australian Open po raz pierwszy powiększa pulę pań startujących w eliminacjach, gdzie na starcie, jak w przypadku panów, zjawi się w styczniu także 128 chętnych do gry. Podtrzymana zostanie zasada 25 sekund pomiędzy kolejnymi piłkami i specjalny zegar (shot clock), odmierzający ten czas na każdym korcie. Hawk-eye, czyli system elektronicznej weryfikacji sędziów liniowych, obowiązywać ma na wszystkich 16 turniejowych kortach i w pięciu głównych turniejach. W dalszym ciągu nie będzie tie-breaków w piątych setach u mężczyzn i trzecich u kobiet. Zrezygnowano z planowanego zmniejszenia liczby rozstawionych z 32 do 16, bo liczba niespodzianek w nowojorskiej imprezie przekonała działaczy, że taki zabieg nie jest dziś potrzebny. Utrzymano zasadę karania tych, którzy zejdą z kortu albo nie przyłożą starań w meczu pierwszej rundy. Jednocześnie kto z powodu kontuzji wycofa się przed losowaniem i zrobi miejsce dla "lucky losera" weźmie 50 procent stawki za przegraną w pierwszym meczu. Wtedy to drugie 50 proc. trafi do kieszeni zmiennika.

Naturalnie impreza po raz kolejny poprawi swój rekord wypłat, a pula nagród urośnie w styczniu aż do 60,5 mln australijskich dolarów. Wielu przyjmuje tę informację z zachwytem, jednocześnie jest grupa, którą nowy kierunek wyraźnie niepokoi. Bo oto na kortach lawinowo przybywa reklam, kiedyś wręcz nieobecnych. Chińskie produkty i producenci zaczynają tam dyktować swoje warunki, a wśród ofert sprytnie przewija się np. alkohol. Zasłużony dla sportu Channel Seven wypiera nagle Channel Nine i zapowiada dynamiczne skakanie z meczu na mecz. Na łamach gazety "The Age" Alan Attwood, Szkot mieszkający od dawna w Melbourne, znany dziennikarz, pisarz oraz fotograf, wyśmiewa te zjawiska. Nie podoba mu się tania rozrywka kosztem sportu o pięknych w tym kraju tradycjach. "Australian Open stało się wydarzeniem społecznościowym. Kręci się wokół jedzenia, muzyki, dzieci oraz gry w tenisa. Dokładnie w tej właśnie kolejności. Ceny kart wstępu na turniej z roku na rok idą w górę, przekaz telewizyjny robi się coraz gorszy.” W komentarzu pod tym tekstem ktoś napisał: "Może to już czas, by przestać wydawać kasę i zamiast oglądać, zacząć grać w tenisa samemu. Będzie lepiej i na pewno taniej!".

Australian Open i legenda australijskiego tenisa, Rodney Laver, będą świętować w styczniu wielki jubileusz. Mija właśnie 50 lat od pierwszego turnieju na antypodach z udziałem profesjonalistów i pół wieku od czasu, kiedy leworęczny geniusz na trawiastych kortach w Milton, na przedmieściach Brisbane, zaczął zdobywanie po raz drugi (jako amator w 1962) klasycznego Wielkiego Szlema. Bez dwóch zdań szykują się nam złote tenisowe gody. Inna sprawa, że współcześnie ozłacani są coraz częściej ci, którzy tamtym, heroicznym pionierom nie dorastają nawet do pięt.

Karol Stopa

Dowiedz się więcej na temat: australian open | Karol Stopa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje