Rotacja wsteczna: Odnowa czy demolka

- Tenisiści Francji, Hiszpanii, Chorwacji i USA będą rywalizować we wrześniu o finał drużynowych mistrzostw świata. W tym samym terminie do baraży o elitę staną ci z Argentyny, Kolumbii, Indii, Uzbekistanu, Bośni/Hercegowiny, Szwecji, Czech i Austrii - pisze Karol Stopa, komentator tenisa w Eurosporcie, w felietonie "Rotacja wsteczna".

Polacy, po wygranej 4:1 w Sopocie z Zimbabwe, są już niby w półfinale, lecz do Grupy I Strefy Euro-Afrykańskiej droga wciąż daleka. Żeby się wydostać z mało atrakcyjnej trzeciej ligi trzeba zaraz po US Open pokonać w Bukareszcie silną ekipę Rumunii. Pierwszy weekend kwietnia, wyrwany z kalendarza ATP na potrzeby Davis Cup by BNP Paribas, dostarczył jak zwykle wiele atrakcji. Tenis to sport indywidualny, lecz jego wersja zespołowa też potrafi zachwycać. A gdy tylko walkę o światowy prymat zaczynają narodowe reprezentacje, kreowani są nagle inni niż dotąd bohaterowie, dramaturgia rośnie jak na drożdżach, a na kortach i na trybunach rodzą się emocje, o jakie w indywidualnych turniejach coraz trudniej.

Reklama

Ta kwietniowa kolejka sędziwego Pucharu Davisa była więc taka jak zwykle, ze sporym ładunkiem napięć sportowych oraz patriotycznych. Zarazem była jakaś wyraźnie inna. Do oddania jej klimatu idealny byłby stary szlagier, śpiewany przez Mieczysława Fogga, „Ta ostatnia niedziela”. Może nie odczuli tego widzowie, ci z trybun i sprzed telewizorów, natomiast za kulisami, gdzie gorączkowo dyskutowali działacze, temperatura z każdym dniem rosła. W sierpniu zgromadzenie generalne Międzynarodowej Federacji Tenisowej ma przegłosować niebywale ważną decyzję. „To może być najgłupsza decyzja w historii dyscypliny” - zawczasu atakuje Jan Kodes. „Szykują wyrok śmierci”- przewiduje Lucas Pouille. A Lleyton Hewitt przestrzega odpowiedzialnych i mówi, że odtąd „będą mieć krew na swych rękach”. Z drugiej strony słychać głosy krańcowo odmienne. Andy Roddick uważa ten ruch za „konieczny i nieunikniony”. Rafael Nadal mówi, że to „dobra inicjatywa, która może wypalić”, a Novak Djoković dodaje, że „jest to fantastyczna nowina”.

Odnowa zatem, czy demolka czeka Puchar Davisa. David Haggerty, dawny prezydent USTA, a od 2015 sternik ITF, zachwycił się pomysłem drastycznego skrócenia rozgrywek. Zamiast czterech rund Grupy Światowej, rozpisanych na cały sezon, jeden tydzień rozgrywkowy w listopadzie i 16 drużyn na starcie. Mecze złożone z dwóch singli i debla, każdy mecz do dwóch setów wygranych, system pucharowy aż do niedzielnego finału, wyłaniającego mistrza świata. Piłkarski as Gerard Pique i japoński miliarder Hiroshi Mikitani przez okres 25 lat zamierzają wyłożyć 3 miliardy dolarów. Całość ewidentnie wymyślono i ułożono pod obecność czterech - pięciu największych gwiazd, ludzi od dłuższego czasu raczej omijających tę rywalizację. Ani słowa o reszcie, a przecież DC miał ostatnio na starcie ponad 130 państw z całego świata. Krytycy zmian podkreślają, że przecież w ostatnich latach puchar bił rekordy frekwencji, nie było kłopotu ze sponsorami, telewizją, czy też przekazem medialnym. Po co więc ta cała rewolucja?!

Działacze ITF jednym, radykalnym manewrem usiłują dziś nadrobić błąd zaniechania, popełniany przez nich przez długie lata. W 1900 czwórka studentów z Harvardu skłoniła brytyjskich kolegów, aby przepłynęli Atlantyk i na kortach Longwood Cricket Club w Brooklynie zagrali taki osobliwy, trzydniowy amatorski mecz, złożony z czterech singli na krzyż i debla. Wtedy była to inicjatywa nadzwyczaj śmiała i godna popularyzacji. Kiedy batalia o srebrną wazę, ufundowaną przez Dwighta Davisa - ponoć niechciany przez żonę prezent ślubny - nabrała rozpędu i zasięgu, był to dla wielu najważniejszy punkt kalendarza. Po roku 1968, w erze tenisa zawodowego, ruszył proces zmian. W 1970 Davis Cup przypisano do krajowych federacji i występować mogli odtąd tylko zarejestrowani w lokalnym związku. Po kolejnych dwóch latach weszła w życie zasada, że mistrzowie, zamiast jak dotąd bronić tytułu od razu w finale, muszą tak jak pozostali zaczynać od eliminacji. Wyjątkowo strome schody zaczęły się jednak dopiero od ATP. Gęstniejąca sieć turniejów, lawinowo rosnąca pula nagród w imprezach, no i w końcu sam tenis, coraz bardziej siłowy, grany metodą, kto dłużej wytrzyma na linii końcowej. W ostatnich latach absurdalne wręcz obciążenia fizyczne i lawina kontuzji doprowadziły do tego, że u największych Puchar Davisa znalazł się na końcu kolejki, jeśli idzie o plany startowe.

Patrząc na mecz Polska-Zimbabwe w Sopocie, w lutym na Polska-Słowenia w Mariborze wypada zadać dziś oficjelom ITF proste pytanie. Dlaczego obowiązująca od tego roku formuła do dwóch setów wygranych, z tie-breakiem w razie potrzeby, nie została wprowadzona kilkanaście lat temu? Komu i do czego potrzebne były wszystkie wcześniejsze maratony, plus wynikające z nich kłopoty graczy oraz ich federacji? Bajki o tradycji brzmią pięknie, ale współcześnie nie są już kompatybilne i raczej przeszkadzają niż stanowią jakąś pomoc. Odniesienie do amatorskich zabaw sprzed 118 lat, owszem, robi czasem wrażenie, lecz skutkuje głównie tym, że Davis Cup stał się mistrzostwami bez mistrzów. Bardzo możliwe tymczasem, że seria drobnych zmian, rozpoczęta kilkanaście lat temu, pozwoliłaby obecnie uniknąć sytuacji aż tak kontrowersyjnej. Z kim by nie rozmawiać wszyscy się dziś zgadzają, że stanu dotychczasowego utrzymać się nie da. Na dodatek konkurencja już nie śpi, Roger Federer powalił ITF na kolana swym Laver’s Cup, mamy erupcję pomysłów na tenisowy Puchar Świata. Jakiś krok trzeba zatem wykonać, tylko, w którą stronę…

Karol Stopa


Dowiedz się więcej na temat: puchar davisa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje