Rotacja wsteczna: Ostatnia kropla!

Hekatomba rozstawionych, zwłaszcza tych z TOP 10 u kobiet, nieobecnych w końcowej ósemce imprezy po raz pierwszy w erze tenisa open. Zadziwiająca porażka Federera, który nie przeszedł ćwierćfinału, choć wygrał dwa sety, a potem miał piłkę meczową. Do tego jeszcze lawina zdarzeń sugerujących, że na londyńskiej trawie czas się w tym roku najwyraźniej zatrzymał - o tym pisze w "Rotacji wstecznej" Karol Stopa.

W finale kobiet klasyczne deja vu, oglądana już przed dwoma laty batalia Sereny Williams z Angelique Kerber. O tytuł w deblu stara się 43-latka, Kveta Peschke. A deblistą nr 1 w rankingu ATP i ósmy raz finalistą Wimbledonu zostaje 40-latek, Mike Bryan.

Reklama

Kiedy sądzisz, że nic już nie będzie w stanie przebić takich zaskakujących doniesień, na centralny wychodzą 32-latek Kevin Anderson i 33-latek John Isner. Afrykaner i Amerykanin, dwaj ludzie z popularnych w Stanach rozgrywek uczelnianych, co samo w sobie jest ewenementem. Obaj bardzo wysocy i fantastycznie serwujący, co z kolei powinno dać do myślenia. Organizatorzy jednak obaw najwidoczniej nie mieli, bo wyznaczyli im początek na 13-tą czasu londyńskiego. Nadzieja, że ta para skończy w miarę szybko okazała się płonna. Dochodziła 20-ta, kiedy zwolnili główną arenę dla Rafy Nadala i Novaka Djokovicia. A trzeba wiedzieć, że w myśl przepisów obowiązujących w Wielkiej Brytanii sportowe wydarzenia muszą mieć swój koniec przed wybiciem 23. Hiszpan i Serb tymczasem nie zwykli rywalizować krótko. Do historii przeszedł 6-godzinny finał Australian Open 2012, po którym obaj nie mieli siły stać na podium i trzeba im było podać krzesełka. Teraz mecz piątkowy muszą kończyć w sobotę.

Tenisista z RPA drugi raz w tym roku w Londynie dokonał heroicznego wyczynu i po pięciu setach z Federerem zafundował sobie kolejne pięć z Isnerem. W piątek dokonał też osobliwego wpisu do księgi rekordów. W historii imprez wielkiego szlema zagrał drugie najdłuższe spotkanie. Pierwsze to była 11-godzinna i trwająca trzy dni mordęga Isnera z Mahutem w I rundzie Wimbledonu 2010. To z kolei trwało krócej, bo 6 godzin 36 minut, zaś w secie decydującym było 26-24. Licząc gemy - jakieś 45 proc. tamtego horroru. Amerykanin, znany dotąd głównie z tej rekordowo długiej gry na trawie 8 lat temu, po raz kolejny uwikłał się w podobną batalię. I znów miała miejsce serwisowa masakra, mecz z gatunku tych średnio chętnie oglądanych. "Chłopaki kończcie, czekamy na Rafę" - krzyknął nagle ktoś z trybun. Musiało zaboleć, bo walczyli obaj jak o życie, z niesamowitą ambicją. Lepszy okazał się finalista US Open 2017, czyli gracz z nieco większym doświadczeniem. W ostatnim secie, jak policzono, to on zdobył 20 pkt więcej od rywala.

"Mam nadzieję, że będzie to wreszcie sygnał dla działaczy zajmujących się wielkim szlemem. Pora już zmienić format tej imprezy" - oświadczył Kevin Anderson na początku telewizyjnego wywiadu. Zarazem przeprosił za brak ekscytacji na twarzy, bo jak stwierdził nie ma sił, by się cieszyć. Kiedy mecz jeszcze trwał, na Twitterze kilku ludzi z autorytetem ostro wyraziło swoją opinię na temat tego rodzaju katorgi. "To pogrzebowy dzwon dla V seta granego w Wimbledonie bez ograniczeń. Dla żadnego z graczy nie ma to sensu" - napisał Richard Ingham Evans, człowiek legenda brytyjskiego dziennikarstwa tenisowego. "70-68 w meczu Isnera z Mahutem to był wielki dzień dla naszego sportu, bo wszyscy wtedy o tym mówili. Ale już dzień po trzeba było zmienić przepisy, a to się do dzisiaj nie stało. Entuzjaści gry bez końca powinni zobaczyć występ Johna w następnej rundzie, z Thiemo de Bakkerem. Może by coś zrozumieli" - wywalił ostro John McEnroe. A jego brat Patrick dodał, że pora postawić tamę temu szaleństwu. Na koniec V seta tie-break, jak na US Open, albo granica w postaci wyniku 12-12, lub 15-15, i potem tie-break. "Rozwiązanie obecne krzywdzi każdego, kto wygra, bo on nie ma szans na regenerację".

Osiem lat temu o tym właśnie pisałem na łamach "Rzeczpospolitej" w swojej "Rotacji wstecznej". Tamten felieton nosił tytuł "Czyż nie dobija się koni", bowiem mecz Isner – Mahut do złudzenia przypominał klimaty znane z filmu Sydneya Pollacka. Tenisowi statystycy oszaleli wtedy ze szczęścia, media wpadły w zachwyt, a obaj tenisiści w dołek, z jakiego potem bardzo długo nie mogli się wygrzebać. W Stanach do dziś paru szkoleniowców uważa, że tamto wimbledońskie szaleństwo zwichnęło Isnerowi całą karierę. W tenisie od dość dawna trwa dyskusja o skracaniu pojedynków i o rygorystycznym przestrzeganiu przerw między piłkami. Jednocześnie kilku panów, wygodnie rozpartych w lożach VIP-owskich, jakoś nie umie dostrzec nonsensu, jaki wynika z wielogodzinnego maratonu rujnującego porządek dnia, zniechęcającego stacje telewizyjne oraz oglądających. Współcześni sternicy Wimbledonu niby wiedzą, że utrzymywanie zasad i reguł wymyślonych przed 150 laty większego sensu dziś nie ma, na wszelki wypadek jednak próbują zachować na trawie choćby mały kawałek swojego imperium.

Środowisko czeka teraz na ruch przede wszystkim ze strony ITF. W roku 2015, na korcie ziemnym w Buenos Aires, Leonardo Mayer z Argentyny i Joao Souza z Brazylii walczyli ze sobą w I rundzie Pucharu Davisa przez 6 godzin i 43 minuty. Konsekwencje sportowe maratonu okazały się potem fatalne dla obu tenisistów i to właśnie była kropla przelewająca czarę. W światowej federacji ktoś uderzył pięścią w stół i powiedział basta. W następnym sezonie przepisy zmieniono, odtąd piąte sety przy wyniku 6:6 musiały się kończyć tie-breakami. W wielkim szlemie próg chyba też właśnie został przekroczony. O wyniku meczu Anderson – Isner powinien zadecydować gem dodatkowy do 7 wygranych punktów. Byłoby też sprawiedliwie i na pewno o wiele krócej.

Karol Stopa

Dowiedz się więcej na temat: Karol Stopa | Wimbledon

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje