Rotacja wsteczna: Z buławą czy bez

„Nie ma chyba tygodnia, by w cyklu WTA kolejne zawodowe turnieje nie odkrywały kogoś takiego, jak właśnie młoda tenisistka Aliaksandra Sasnowicz. Zewsząd słychać, że otwarta stała się dziś rywalizacja pań. Nie można wykluczyć sytuacji, że Melbourne 2018, wzorem Paryża 2017, również stanie się areną wielkiego debiutu” – pisze na blogu „Rotacja wsteczna” Karol Stopa, komentator tenisa w Eurosporcie.

Tuż przed ceremonią losowania palców obu rąk nie wystarczyłoby do zliczenia wszystkich gwiazd światowego tenisa, planujących przyjazd do Brisbane. Parę spektakularnych wycofań pomieszało organizatorom szyki, lecz mimo to w stolicy stanu Queensland udało się utrzymać klimat wielkiego święta dyscypliny. A już turniej pań okazał się tam wręcz najpoważniejszą sportową próbą przed Australian Open 2018. Tytuł dla coraz skuteczniejszej Jeliny Switoliny nikogo chyba nie zaskoczył. Ukrainka od paru miesięcy celuje w fotel liderki, a rok temu wygrywała wszystkie swoje finały jak na zawołanie. Niespodzianką była ta druga z pań, Aliaksandra Sasnowicz. O tenisistce z Mińska nie da się powiedzieć, że jest kimś przesadnie znanym. Trzy lata temu przybliżyła się do pierwszej setki rankingu, a nawet raz, w Seulu, zagrała o główną nagrodę. W takiej sytuacji jak ostatnio, z szansą na sukces w imprezie WTA Premier, znalazła się jednak po raz pierwszy w życiu.

Reklama

Białoruski tenis kojarzył się dotąd z dwukrotną mistrzynią z Melbourne, Wiktorią Azarenką. Pod jej nieobecność tymczasem młodsze koleżanki otarły się w listopadzie o sukces w Pucharze Federacji. W pięknej Cziżowka Arena najpierw 19-letnia Aryna Sabałenka, a potem właśnie Sasnowicz poradziły sobie z triumfatorką US Open, Sloane Stephens. Batalię z Amerykankami o tytuł drużynowych mistrzyń świata ostatecznie rozstrzygnął debel. Teraz 23-latka z Mińska dopisała do swej tenisowej biografii rozdział następny. Od eliminacji dotarła aż do gry o pierwszą lokatę. Po heroicznych bojach pożegnała cztery znane rywalki: Mladenovic, Kontaveit, Cornet i Sewastową. Zagranie siedmiu pojedynków zajęło jej blisko 12 godzin, a więc blisko dwa razy tyle, co finałowa rywalka. Jak się nietrudno domyślić na to ostatnie starcie zabrakło sił. Na otarcie łez dostała brawa od publiczności oraz od swego taty, który specjalnie doleciał do Brisbane. Nagrodą był też czek na ponad 100 tys. dolarów i znaczny awans w rankingu WTA, z miejsca nr 88 na nr 53.

Do tenisa trafiła stosunkowo późno, w wieku dziwięciu lat. Uprawiała wtedy z powodzeniem taekwondo i dość długo rakieta jej nie fascynowała. Na korty zaprowadził ją tata Aliaksander, za młodu niezły zawodowy hokeista. Po zejściu z tafli zakochał się on w amatorskim tenisie i od 15 lat uprawia go z grupą przyjaciół. To on właśnie, z Igorem Swietłakowem, trenerem córki jeszcze z lat szkolnych, zdecydował się na wyprawę „last minute” do Australii. Oficjalny coach zawodniczki, a jest nim obecnie w Narodowej Akademii Tenisowej w Mińsku 40-letni Władimir Wołczkow, to wyjątkowo znana postać cyklu ATP. Był półfinalistą Wimbledonu 2000 i zarazem pierwszym graczem od Johna McEnroe w 1977, który potrafił z eliminacji trafić do końcowej czwórki w Londynie. Tyle tylko, że teraz szkoleniowiec Władimir nie lubi lotniczych podróży i z założenia nie towarzyszy w turniejach swej podopiecznej. Dziś jest z niej naturalnie bardzo dumny. Aliaksandra wystąpiła w tak ważnym finale, do tego, jak on sam kiedyś, maszerowała eliminacyjną ścieżką...

Dość długo trwało zanim tak naprawdę połknęła tenisowego bakcyla. Zdecydowały chyba występy w pierwszych, dziecięcych jeszcze turniejach. Bo tam była jednak rywalizacja, walka, zmieniające się wciąż sytuacje. To właśnie zawsze ogromnie ją fascynowało. Nie cierpi w sporcie monotonii, a na treningu powtarzających się schematów. To dlatego nie została pływaczką, albo specjalistką od kolarstwa torowego. Dziś sytuacja jest inna o tyle, że nauczyła się już kilku wariantów rozgrywania piłki i posiada niezłą technikę wszystkich uderzeń. Do tego uwielbia na korcie improwizację. Wciążwymyśla sobie dziwne rotacje, zaskakujące kierunki, umie też manewrować długością piłki. Potrafi odpalić petardę i uderzyć np. w stylu Camili Giorgii, a już za chwilę podciąć jak Monica Niculescu, czy Viktorija Golubic.

Po paru sezonach zastoju zorientowała się pod koniec ubiegłego roku, że robi autentyczne postępy. Znane rywalki po drugiej stronie siatki przestały ją wreszcie peszyć, a zaczęły mobilizować. Tuż po finale Pucharu Federacji dowiedziała się, jak smakuje sława, bo wtedy nawet pan prezydent nagle się tenisistkami zainteresował. Uważa, że w dalszym ciągu jest tą samą co dotąd, normalną, wesołą dziewczyną. Wciąż uwielbia dobre jedzenie. Na szczęście ćwiczy tak ciężko, że natychmiast spala wszystko, co tylko skonsumuje. Trener pozwala na te obżarstwa pod warunkiem, że nie przybędzie kilogramów. Od kiedy tenis stał się dla niej całym życiem, ona autentycznie nie wie, co to takiego skok na wadze...

Nie ma chyba tygodnia, by w cyklu WTA kolejne zawodowe turnieje nie odkrywały kogoś takiego, jak właśnie młoda tenisistka z Białorusi. Zewsząd słychać, że otwarta stała się dziś rywalizacja pań i naprawdę wyjątkowo liczna jest grupa, która - jak w przypadku Aliaksandry - nosi w tornistrze tę przysłowiową, marszałkowską buławę. Siedem dni przed Australian Open jedno jest oczywiste. Pod nieobecność Sereny Williams i przy zmiennej formie kilku faworytek z czuba rankingu nie można wykluczyć sytuacji, że Melbourne 2018, wzorem Paryża 2017, również stanie się areną wielkiego debiutu. Najzwyczajniej w świecie ktoś może skopiować wyczyn Jeleny Ostapenko. A skoro tak, to warto się rozglądać i pochylać nad różnymi kandydatkami na nową mistrzynię. Nawet takimi, które na pierwszy rzut oka nie rokują niczym więcej niż jednym tylko sukcesem w cyklu WTA.

Karol Stopa

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje