Rotacja wsteczna: Złote gody

Odliczamy dni do startu ostatniej w sezonie imprezy wielkoszlemowej. Za tydzień ruszą eliminacje, a za dwa oba turnieje główne US Open 2018. Na Flushing Meadows z godziny na godzinę narasta napięcie, trwają ostatnie prace wykończeniowe i porządkowe. Na razie jednak wyraźnie dominują tam wspomnienia. Bo akurat te mistrzostwa Stanów Zjednoczonych w tenisie już w założeniu mają być wyjątkowe - pisze w swoim felietonie "Rotacja wsteczna" komentator tenisa w Eurosporcie Karol Stopa.

Organizatorzy co i rusz przypominają o zbliżających się złotych godach. Od 1968 roku, gdy dyscyplina otworzyła się dla uprawiających ją profesjonalnie, a więc za konkretne pieniądze, turniej w formule open uświetniło przez te pięćdziesiąt lat wiele wyjątkowo mocno świecących gwiazd oraz niezapomnianych kortowych zdarzeń. Naprawdę warto odświeżyć pamięć przy aż tak odświętnej okazji, albo choćby ją teraz wzbogacić.

Reklama

Za bramami USTA Billie Jean King National Tennis Center szlagierem w pierwszej kolejności ma być całkiem nowy i szokujący wyglądem Louis Armstrong Stadium. Dziś mało kto pamięta, że 42 lata temu ówczesny prezydent USTA, pan Slew Hester, lądując na pobliskim lotnisku La Guardia dostrzegł z okien samolotu opuszczony i zapomniany Singer Bowl. Obiekt powstał dla wystawy światowej, jaką Nowy Jork gościł w 1964 roku, lecz potem nie miał gospodarza i popadł w ruinę. Po uzyskaniu zgody władz miejskich, po dwuletnim remoncie i zmianie nazwy, federacja tu właśnie, na prawie 20 lat, umieściła główną arenę swego narodowego centrum tenisa. W 1997 roku na obiekcie wyrósł konkurencyjny i do dziś największy na świecie Arthur Ashe Stadium. Teraz z kolei, kosztem 200 mln dolarów, Louis Armstrong Stadium postawiono właściwie od nowa. Posiada on otwierany w pięć minut dach, lecz także nieznany gdzie indziej system naturalnej wentylacji. Do tego doliczyć trzeba prawie 15 tys. miejsc siedzących, usytuowanych jakby na dwóch oddzielnych misach, co wywołuje wrażenie, że patrzący wiszą ponad głowami tenisistów. Po latach nastąpiło w ten sposób odejście od stylu ośmiobocznej bryły, tak dotąd charakterystycznej dla wszystkich tenisowych stadionów w USA.

Wśród nowinek turnieju znajdujemy superważne, albo też jedynie symboliczne. Poprawione logo dla przykładu to właściwie modyfikacja, czy może unowocześnienie pomysłu z 1997 roku. Piłkę w locie, płonącą na żółto i wytyczającą w powietrzu nową perspektywę, narysowano obecnie prościej i bardziej dynamicznie. Zalecenie dla podających piłki, by nie wykonywać nimi rzutów na drugą stronę siatki - tak jak w baseballu - lecz maksymalnie szybko toczyć je po korcie, wywoła zapewne uśmiech na niejednej twarzy. Prawda tymczasem jest taka, że w przeszłości ktoś tak rzuconą piłką oberwał i organizatorzy postanowili teraz zaingerować. Zwłaszcza, że w trzech innych szlemach fantastycznie wyszkoleni kortowi pomocnicy pracują jednak w sposób wyjątkowo sprawny oraz przewidywalny, a tylko w Nowym Jorku można było dotąd odnieść wrażenie, że przyjechał tu jakiś podwórkowy cyrk i wyrośnięte chłopaki licytują się, który ciśnie piłką na większą odległość.

Dwanaście lat temu w US Open zadebiutowała elektroniczna weryfikacja ocen sędziów liniowych. W tym roku Hawk-eye pojawi się w Nowym Jorku już na wszystkich turniejowych kortach, co jest oczekiwanym krokiem w stronę równych szans dla każdego uczestnika. Podobnie rzecz wygląda z serwisowym zegarem, który testują teraz w cyklu północno-amerykańskim, a w wielkoszlemowych grach singlowych po raz pierwszy zobaczymy go właśnie na Flushing Meadows. Wcześniej sporo było dyskusji i przymiarek, sprawdzano pomysł w trakcie eliminacji, lub na imprezach juniorskich, w końcu klamka zapadła. Amerykanie i tym razem zdecydowali się zaryzykować pierwsi i mimo protestów paru gwiazd, w tym Rafy Nadala i Novaka Djokovicia, zawiesili już dodatkowe zegary. Przyjęta metoda ma nazwę 1-5-1. Gracz ma minutę od wejścia na plac do rozpoczęcia rozgrzewki, pięć minut na rozgrzewkę i minutę od końca rozgrzewki do uderzenia pierwszej piłki. Pomiędzy punktami tylko 25 sekund. Zmiana stron z przerwą na odpoczynek (90 sekund), czy medical time-out (3 minuty) to kolejne sytuacje objęte ścisłym pomiarem. Sędzia na stołku za każdym razem uruchamia, stopuje albo też resetuje zegar w sytuacjach nietypowych. Sygnał przekroczenia czasu to automatycznie stopniowana kara i od tego momentu żadne tłumaczenia nie wchodzą już w grę.

Wreszcie - last but not least - pula nagród. Jak zwykle w Stanach rekordowa, w tym roku dokładnie 53 mln dolarów. Dla zwycięzców po 3 mln 800 tys., dla wszystkich pokonanych w I rundzie po 54 tys.. Nawet eliminacje, gdzie wypłacone zostaną łącznie 3 mln to już poziom abstrakcji. US Open jest jedyną imprezą Wielkiego Szlema, w której przekroczono granicę 50 mln, a na przestrzeni pięciu ostatnich lat wypłaty za grę wzrosły o ponad 50 procent. Z pewnością powód do chwały oraz wypinania piersi przez ludzi z kierownictwa imprezy, ale też przyczyna lekkiego zaniepokojenia nawet wśród gwiazd. Andy Roddick, jeden z mistrzów imprezy, uważa, że te informacje o coraz większej kasie medialnie są źle sprzedawane, jakby ludzie z rakietami zgarniali forsę za jeden mecz w finale, a nie za siedem ciężkich gier przez dwa tygodnie. Mardy Fish, kiedyś gracz nr 7 na świecie jest zdania, że większy sens miałoby inwestowanie tych pieniędzy w tenisowe fundusze emerytalne, bo te parę milionów wypłaconych jednorazowo za sukces w imprezie to głównie chwyt marketingowy, nie zaś bodziec dla mistrzów, czy dla ich potencjalnych następców.

W listopadzie 2017 Discovery Eurosport przedłużyło swoje prawa do relacji z Flushing Meadows na kolejne pięć lat, aż do roku 2022. W tym roku obie nasze anteny mamy od dawna przygotowane. Niebawem, z wielkim rozmachem, po raz kolejny, rozpoczynamy.

Karol Stopa

Dowiedz się więcej na temat: us open | rotacja wsteczna

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje