US Open - Kevin Anderson pierwszym finalistą. Zmierzy się z Nadalem

Kevin Anderson z RPA został pierwszym finalistą rywalizacji tenisistów w wielkoszlemowym turnieju US Open w Nowym Jorku. W półfinale pokonał Hiszpana Pablo Carreno Bustę (nr 12.) 4:6, 7:5, 6:3, 6:4. W finale czeka go bój z Rafaelem Nadalem.

Do tej pory największym sukcesem 31-letniego Andersona w Wielkim Szlemie był ćwierćfinał na kortach Flushing Meadows dwa lata temu. W US Open rozstawiony jest z odległym numerem - 28. Także pięć lat młodszy Carreno Busta odniósł życiowy sukces w imprezie tej rangi, poprawiając osiągnięcie, jakim była najlepsza ósemka tegorocznego French Open.

Reklama

Anderson został pierwszym finalistą US Open z RPA od 1965 roku, kiedy do decydującej potyczki dotarł Cliff Drysdale. Ostatnim finalistą Wielkiego Szlema z tego kraju był natomiast w 1981 roku Johan Kriek, który triumfował w Australian Open.

Zajmujący dotychczas 32. pozycję w świecie tenisista będzie najniżej notowanym wielkoszlemowym finalistą od 2008 roku, kiedy do finału w Melbourne przedarł się 38. wtedy w rankingu ATP Francuz Jo-Wilfried Tsonga.

W pierwszym nowojorskim półfinale zabrakło wielkich tenisowych nazwisk i... emocji. Obaj zawodnicy zaprezentowali solidne rzemiosło, ale ich gra nie porwała publiczności, wśród której byli m.in. znany aktor Robert Redford czy przedsiębiorca Bill Gates, a mecz nie będzie raczej długo wspominany przez kibiców i ekspertów.

Na początku aktywniejszy był mierzący 203 cm Anderson, któremu w zdobywaniu punktów pomagał skuteczny serwis. Decydujący dla losów pierwszej partii okazał się siódmy gem, w którym Hiszpan przełamał podanie reprezentanta RPA i objął prowadzenie 4:3. Po 33 minutach wygrał seta 6:4, głównie dzięki rzadko spotykanej regularności - popełnił tylko jeden niewymuszony błąd. W kluczowym momencie popisał się też dwoma świetnymi serwisami.

W drugiej odsłonie doszło do trzech przełamań. Najpierw zawodnik pochodzący z Johannesburga, a mieszkający na Florydzie, odskoczył na 3:1, ale szybko zrobiło się 3:3. W 11. gemie popisał się on trzema asami, które chyba zdeprymowały Carreno Bustę, gdyż w kolejnej rozgrywce popełnił pierwszy w spotkaniu podwójny błąd serwisowy, a po chwili przegrał tę część meczu 5:7. To był pierwszy set stracony w turnieju przez Hiszpana, który jednak wcześniej trafił tylko na jednego rozstawionego tenisistę, a za to na aż czterech kwalifikantów.

Takie rozstrzygnięcie wyraźnie pobudziło Andersona i dodało mu skrzydeł. W początkowych fragmentach trzeciego seta był aktywniejszy, grał odważniej, co przyniosło mu prowadzenie 3:1 po... drugim w pojedynku podwójnym błędzie serwisowym Hiszpana, a po kilkunastu sekundach i własnym podaniu zrobiło się 4:1.

W następnym gemie Carreno Busta wygrał co prawda najbardziej efektowną wymianę w meczu, ale Afrykaner utrzymał przewagę przełamania i zwyciężył w secie 6:3, kończąc go dwoma serwisami nie do odebrania.

W czwartej partii ofensywnie nastawiony zawodnik z RPA przełamał podanie przeciwnika w piątym gemie (3:2). Zepchnięty do głębokiej defensywy Hiszpan gasł z minuty na minutę i nie mógł znaleźć sposobu na pewnie grającego oraz sprawiającego wrażenie bardziej zdeterminowanego przeciwnika. Pojedynek zakończył się przy pierwszej piłce meczowej po dwóch godzinach i 54 minutach gry.

"Nigdy wcześniej nie byłem w takiej sytuacji i nie za bardzo wiem, co powiedzieć. Może tylko tyle, że za mną długa droga i bardzo ciężko pracowałem, by osiągnąć taki wynik" - przyznał zwycięzca, który nawiązał m.in. do kontuzji biodra, z powodu której stracił początek tego sezonu.

Za Andersonem przemawiały też statystyki. Posłał 22 asy (114, najwięcej, w całym turnieju), przy ledwie jednym Carreno Busty, a popełnił tylko jeden podwójny błąd wobec dwóch rywala. Miał dodatni bilans uderzeń wygrywających w zestawieniu z niewymuszonymi błędami (58-43), a Hiszpan ujemny (21-25).

Była to trzecia - po Casablance 2013 i niedawnym spotkaniu w Montrealu - konfrontacja tych tenisistów i trzecie zwycięstwo Andersona, który po ostatniej piłce ruszył na trybuny celebrować sukces ze swoimi najbliższymi i sztabem szkoleniowym, co jest raczej dziełem triumfatorów turniejów.

"Nie wiem, czy to było właściwe zachowanie, ale czułem, że słuszne. Odniosłem największy sukces w karierze i chciałem się nim podzielić z tymi, którzy się do niego przyczynili" - zaznaczył.

Jego finałowym rywalem będzie lider klasyfikacji tenisistów - Hiszpan Rafael Nadal, który triumfował w latach 2010 i 2013, i tym razem, w drodze do finału odprawił Argentyńczyka Juana Martina del Potro. 

Dowiedz się więcej na temat: Kevin Anderson | Rafal Nadal

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje