Wimbledon 2015. Jerzy Janowicz nie przekroczył granic przyzwoitości

Wimbledon jest najstarszym i najbardziej prestiżowym turniejem zaliczanym do Wielkiego Szlema. Z roku na rok się zmienia, dążąc do nowoczesności. A tegoroczna edycja trwa, choć z perspektywy polskiej, po porażce Jerzego Janowicza, powinna zostać chyba już dawno odwołana.

W tym roku zawodników, kibiców i dziennikarzy odwiedzających korty The All England Lawn Tennis and Croquet Club przywitało sporo zmian. To tylko świadczy, że londyńscy działacze klubowi poważnie wzięli sobie do serca przytyki o nadmiernym konserwatyzmie i zamknięciu na nowinki.

Reklama

- Jeśli wygrać turniej Wielkiego Szlema, to właśnie Wimbledon, absolutnie nie ma dwóch zdań - rozmarzyła się Urszula Radwańska po środowej porażce w drugiej rundzie.

- Dotychczas turniejem numer jeden był dla mnie zawsze Australian Open. Ale teraz po moim debiucie tutaj zmieniłam zdanie. Jest nim Wimbledon, bo tutaj czuje się tradycję tenisa, ale i widać nowoczesność - stwierdziła Magda Linette po odpadnięciu w pierwszej rundzie.    

Faktycznie, przebudowane pomieszczenia biurowe, powiększone szatnie, no i do tego nowoczesna oraz przestronna strefa fitnesowo-rozgrzewkowa dla tenisistów, a także więcej łóżek do masażu niezbędnego do szybkiej regeneracji po trudach meczów.

- No i wanny z lodem. Tak, tego dotychczas bardzo brakowało. Jest kilka, więc nie trzeba czekać na wejście do nich - dodaje do korzystnych zmian Agnieszka Radwańska.

Jeszcze imponująca pula nagród dla tenisistów i tenisistek sięgająca kwoty 26,75 milionów funtów, z czego po 1,88 mln otrzymają zwycięzcy singla.

Wimbledon rośnie w siłę, nie boi się unowocześnień i niezbędnych zmian, by zachować miano najlepszego i najważniejszego turnieju tenisowego na świecie. Miło patrzeć na dumę Brytyjczyków z rangi The Championships.

Jednak z polskiej perspektywy raczej trudno o optymizm, czy dumę narodową, skoro strach przegrać w pierwszej rundzie Wielkiego Szlema. Jeśli zdarzy się to - choć faktycznie rzadko - Federerowi czy Nadalowi, to nikt nie stara się ich spalić na stosie.

Od dwóch dni chodzi mi po głowie tytuł "Sens życia według Monty Pythona". Niestety ani się śmiać nie chce, a i strach otworzyć w internecie strony polskich mediów maszerujących w krucjacie przeciw Jerzemu Janowiczowi. Bo "to przez niego" już w poniedziałek, w pierwszym dniu, turniej w Wimbledonie należałoby zakończyć. Ale jakoś nikt tego nie robi tu w Londynie i nie zamierza.

Wbrew polskim nadziejom Wimbledon A.D.2015 trwa i ma się w najlepsze. Wciąż grają w nim Novak Djoković, Roger Federer, Rafael Nadal, Stanislas Wawrinka, Serena Williams, a nawet Agnieszka Radwańska.

Ale w Polsce chyba już nikt nie śledzi pięknego tenisa, bo i po co, nie o to przecież chodzi. Natłok komentarzy, analiz, połajań, felietonów, wywiadów, mądrych głów, podczas gdy większość autorów surowych wyroków wypowiada się, choć nie była świadkami omawianej sytuacji.

Owszem Janowicz zagrał słabszy mecz. Owszem złościł się, uderzał rakietą o kort (nawet, o zgrozo!, siebie samego w głowę), wściekał gdy wywołano mu w ważnych momentach błąd stóp (oglądałem cały mecz i naliczyłem co najmniej 10 u rywala, ale nie wywołano mu żadnego) przy wygrywającym serwisie, no i dyskutował z sędziami przy spornych piłkach. Nie przekroczył jednak chyba granic przyzwoitości. Próbował wyrzucić z konferencji prasowej dziennikarza? Kiedy? Gdzie?

Chyba, że taka wymiana zdań oznacza faktycznie zamach na wolne media i wolność słowa:

Tenisista - Proszę cię wyjdź z sali.

Dziennikarz - Ale dlaczego mam wychodzić? Nie będę ci zadawał pytań.

Tenisista - Po ludzku cię proszę, żebyś wyszedł.

Dziennikarz - Ale to jest moja praca i chcę posłuchać co masz do powiedzenia.

Wszyscy w środowisku wiedzą, że od dawna między dwoma panami stosunki są co najmniej oschłe. Pewnie kiedyś, jak już opadną emocje, spróbują sobie wyjaśnić sporne kwestie. A może nie? Ale to będzie ich wybór, bo to ich sprawa, a nie przedmiot narodowej debaty, w klasycznym wydaniu kuli śniegowej.

Podpalanie stosów, histeria ogólnonarodowa i sąd kapturowy nad - jakby nie patrzeć - najlepszym obecnie polskim tenisistą, to już chyba o jeden most za daleko. Tym bardziej, że za dwa tygodnie właśnie Janowicz będzie filarem reprezentacji Polski w meczu z Ukrainą w Szczecinie w ramach rozgrywek o Puchar Davisa w II rundzie Grupy I Strefy Euroafrykańskiej.

Czy mam rozumieć, że konsekwentnie obruszeni zachowaniem łodzianina wszyscy kibice i "fachowcy" będą dopingować drużynę przyjezdną, trzymając kciuki, by to rywale wygrali. Czy też po cichu będą się modlić, by to właśnie Janowicz zdobył dwa punkty w singlu dla gospodarzy?

Od dwóch dni zastanawiam się o co chodziło i po co to całe zamieszanie. Bo jedyna puenta przychodząca do głowy trąci humorem rodem z Monty Pythona, ale już nie śmieszy, niestety. Bo co najczęściej słychać w biurze prasowym na londyńskich kortach o dziennikarzu "brutalnie wyrzuconym z konferencji": "gwiazda mediów", "bohater Pudelka", "najbardziej rozchwytywany polski dziennikarz".

I straszno i śmieszno, rzekłby klasyk, ale raczej z przekąsem, niż uśmiechem chyba. Choć w sumie trzeba będzie pewnie na nowo pisać słowniki, skoro słowem "proszę" można wyrzucić kogoś za drzwi. "Sens życia według Monty Pythona 2" - już w kinach, przepraszam, w polskich mediach.

Z Londynu Tomasz Dobiecki


Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Janowicz | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje