Wimbledon – Brytyjczycy patrzą na jaśniejszą stroną słońca

Pięć dni po Brexicie i dzień po porażce piłkarskiej reprezentacji Anglii w EURO, nad Londynem nagle zaświeciło słońce rozpędzając chmury. Można chyba powiedzieć, że Monty Python i tenis brytyjski po pierwszym dniu Wimbledonu stały się swoistym antidotum na wszelkie problemy i zawirowania.

Tuż po ogłoszeniu wyników referendum, w którym mieszkańcy Wysp Brytyjskich opowiedzieli się za wystąpieniem z Unii Europejskiej, w miejscowych mediach i internecie królował obraz chodzącego pokracznie lidera grupy Monty Pythona - Johna Cleese ze skeczu o ministerstwie głupich kroków.

Reklama

Gdy w poniedziałek angielscy piłkarze przegrali z drużyną Islandii 1-2 walkę o ćwierćfinał mistrzostw Europy Anglia, a właściwie Wielka Brytania, stała się obiektem kpin pod hasłem: "jak można w ciągu jednego tygodnia dwa razy wyjść z EURO".

Wieczorne niepowodzenie w futbolu przyćmił udany start Wimbledonu w wykonaniu brytyjskich tenisistów, bowiem do drugiej rundy najstarszego i najbardziej prestiżowego turnieju wielkoszlemowego awansowali: Daniel Evans i sklasyfikowany na 772. miejscu w rankingu ATP World Tour - Marcus Willis, który pokonał notowanego o 718 lokat wyżej Litwina Ricardasa Berankisa (54. W ATP).

- To jest sen, w którym spełniło się moje wielkie marzenie, żeby wygrać mecz na trawie w Wimbledonie - powiedział uradowany 25-letni Willis, który pół roku wcześniej zawiesił zawodową karierę w wyniku słabych wyników i został trenerem tenisowym w niewielkim Warwick.

W nowej roli zarabiał w lokalnym klubie 30 funtów za godzinę pracy z młodymi adeptami tenisa, ale postanowił spróbować swoich sił najpierw w preeliminacyjnym turnieju, a następnie we właściwych eliminacjach do Wimbledonu, rozgrywanych w ubiegłym tygodniu w Roehampton. Na przedmieściach wygrał trzy mecze i znalazł się w głównej drabince.  

Awans do drugiej rundy Wimbledonu dał mu najwyższą premię w karierze, w wysokości 50 tysięcy funtów, ale raczej jej nie powiększy, bowiem na jego drodze stanie w środę sam Szwajcar Roger Federer, siedmiokrotny zwycięzca londyńskiej imprezy. Jest bardzo prawdopodobne, że spotkają się na Korcie Centralnym, na którym gra pozostaje w sferze marzeń większości uczestników turnieju i rozpoczynających przygodę z wielkim tenisem juniorów.

- Miło mi będzie wziąć udział w wielkim marzeniu Marcusa i zdaję sobie sprawę, że będę grał pod dużą presją, ale nie zamierzam stosować taryfy ulgowej wobec swojego rywala - powiedział kurtuazyjnie Federer pytany o kolejny mecz.

Niezależnie od wyniku następnego meczu Willis zapewne zapamięta 27 czerwca 2016 roku na całe życie. Tym bardziej, że w tle jego tenisowego sukcesu jest też ckliwa historia miłosna, być może z happy endem w dalszej perspektywie.

Przed tegorocznym Wimbledonem poważnie rozważał on wyjazd do USA, gdzie liczył na lepszy zarobek, niż w Warwick. Powstrzymała go przed tym nie tylko szansa na występ na kortach przy Church Road, ale i namowy do pozostania jego dziewczyny Jennifer Bate, która również stała się nieoczekiwaną gwiazdą mediów.

Panna Bate - lekarz stomatolog - nie tylko przekonała swojego chłopaka do walki o prawo gry w Wimbledonie, ale dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności mogła być na jego meczu z Berankisem. Wszystko dlatego, że w jej przychodni dentystycznej nastąpiła awaria sprzętu i dzięki temu mogła zasiąść na trybunach i w obliczu kamer serdecznie objąć i wycałować Marcusa po zwycięskim meczbolu.

W ślady Evansa i Willisa nie poszli w pierwszym dniu posiadacze "dzikich kart" James Ward, Brydan Klein i Alexander Ward, a także Kyle Edmund i ich rodaczki Laura Robson i Naomi Broady. Jednak dwaj bohaterowie dnia okazali się zbawieniem dla brytyjskich mediów, które wyraźnie za ich pośrednictwem chcą przytrzeć nosa angielskim piłkarzom.

Dowiedz się więcej na temat: Marcus Willis | Daniel Evans

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje