Wimbledon. Historyczny mecz Łukasza Kubota

„Proszę państwa oto finalista debla w The Championships 2017” – powiedziałby spiker na Wimbledonie, oczywiście w sobotę wieczorem być może „finalistę” zastąpi słowo „zwycięzca”. Ale niezmiennie będzie to Łukasz Kubot, oczywiście ze swoim partnerem Brazylijczykiem Marcelo Melo.

No właśnie, podczas tegorocznego Wimbledonu polscy dziennikarze usilnie próbowali oceniać postawę obydwu tenisistów na korcie, która ich zdaniem wypadała zdecydowanie na korzyść Kubota. I to nie tylko tu w Londynie, alei w kraju, ale też nie tylko media, lecz i znani byli sportowcy, jak choćby Wojciech Fibak czy Zbigniew Boniek, prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej. Drodzy panowie (i być może panie) to wielki błąd, nie tędy droga!

Po pierwsze team

Reklama

- Nie zgodzę się z takimi ocenami, bo debel to gra zespołowa, razem z Marcelo tworzymy team na korcie, ale i poza nim. Jeśli wygrywamy mecze, to wygrywamy je razem, jeśli przegrywamy, to też razem. Wiadomo, że każdy z nas miewa rożne chwile na korcie, lepsze dni, słabsze mecze, ale to dotyczy w równej mierze nas obydwu. Sztuka wiedzieć, kiedy trochę większy ciężar odpowiedzialności wziąć na siebie, gdy partnerowi słabiej idzie. A innym razem samemu ma się komfort, że to on pociągnie grę, gdy nam się nie układa - tłumaczy w rozmowie z Interią Kubot.

Weźmy w kategorię "kliniczne przypadki" takie duety, jak "mentalni bracia" Todd Woodbridge i Mark Woodforde czy amerykańscy bliźniacy Bob i Mike Bryanowie, którzy w ostatnich latach poprawili większość rekordów legendarnych australijskich "Wooddies".  Reszta czołowych deblistów świata, to prawdziwy tygiel osobowości, zdolności, talentów, charakterów, które są w stanie dobrać się w pary i odnosić sukcesy właśnie poprzez stworzenie zgranego teamu.

- Nie potrafię ocenić z kim mi się grało najlepiej, czy tym bardziej kto był moim najlepszym partnerem. Można patrzeć na to przez pryzmat wyników, więc pod tym względem największe sukcesy odnoszę obecnie z Marcelo. Ale i tak to nie oddaje w pełni tego, co tworzy team. Ważne jest, to żeby się dobrze rozumieć i uzupełniać na korcie, ale też dobrze się dogadywać i czuć ze sobą poza nim. W trakcie meczu są emocje, adrenalina, więc nie myśli się do końca trzeźwo, natomiast ważne jest, aby po wszystkim móc w spokoju usiąść, wyjaśnić sobie wszystko, przeanalizować różne sytuacje i opracować wspólną taktykę na kolejny mecz - powiedział Interii Kubot.

Dawno temu, w odległej galaktyce, chciałoby się rzec, bo w momencie przechodzenia od juniora do seniorskiego touru, tenisista z Lubina zamieszkał w Austrii i tam trenował. Tam poznał m.in. Olivera Maracha, który w sobotnim finale Wimbledonu stanie po drugiej stronie siatki, razem z Chorwatem Mate Paviciem.

Przyjaźń i lojalność

- Bardzo się cieszę, że Oli również wystąpi w tym finale, bo na niego zasłużył. Jest świetnym deblistą, ale fantastycznym człowiekiem, z którym zawsze dobrze się rozumiałem. Przyjaźnimy się bardzo blisko od wielu lat, co w tourze jest rzadkością. Wiele razem przeszliśmy, bo były i wzloty, i upadki, ale to nie zmieniło naszej przyjacielskiej relacji. Tworzyliśmy debel przez dwa i pół roku. Razem wystąpiliśmy dwa razy w turnieju ATP World Tour Finals tu w Londynie, w hali O2 Arena. Mamy wiele niezapomnianych wspomnień, a teraz zagramy przeciwko sobie w finale Wimbledonu. To będzie bardzo ciekawe - powiedział Kubot.

Pierwsze zwycięstwa w cyklu ATP Polak odniósł właśnie razem z Marachem. W 2009 roku triumfowali na kortach ziemnych w Casablance i Belgradzie, a także w hali w Wiedniu. Zamknęli sezon dwoma wygranymi meczami w fazie grupowej, ale nie zdołali awansować do półfinału ATP World Tour Finals (brakło im jednego wygranego seta).

W kolejnym sezonie wywalczyli tytuły na "ziemi" w Santiago, Acapulco i Bukareszcie i znów zagrali w londyńskiej O2 Arena, ale tym razem zwycięsko rozstrzygnęli w niej na swoją korzyść tylko jedno spotkanie. W Wielkim Szlemie osiągnęli półfinał Australian Open (2009) oraz ćwierćfinały w Wimbledonie (2009), Rolandzie Garrosie i US Open (2010), a także Australian Open (2011).

W połowie 2011 roku, po słabszych wspólnych wynikach, zaczęli grać z innymi partnerami, bo rywale wyraźnie nauczyli się z nimi wygrywać.  W środowisku mówiło się, że przeciwnicy znaleźli "słaby punkt" tego debla, skupiając się na "graniu na Maracha", nieco słabszego w tym duecie. Sam Kubot zawsze zaprzeczał takim sugestiom, podkreślał, że obaj mieli lepsze i gorsze mecze. Chociaż tenisowo ich drogi się rozeszły, przyjaźń pozostała, bo Polak był choćby świadkiem na ślubie Olivera.

Domy, rodzina, ludzie

Nie tylko przyjaźń jest ważna dla Kubota, ale i rodzina, która go zawsze mocno wspierała. Ojciec Janusz, to znany trener piłkarski klubów ekstraklasy i pierwszej ligi, choć najdłużej pracował w Zagłębiu Lubin. Przy jego zapracowaniu na trybunach częściej zastępują go mama Dorota i siostra Paulina. Łukasz czasem pojawiał się na meczach drużyny z rodzinnego miasta, choć od ponad dekady mieszka w Pradze, która stała się głównym domem i bazą wypadową. Współpraca z czeskimi trenerami na nowo ułożyła i uporządkowała tenis Łukasza, wprowadziła w jego głowie spokój.

Za największymi sukcesami Polaka stoi aktualny coach - Jan Stoces, który prowadził akademie tenisowe w Niemczech i w rodzinnych Czechach. W trakcie meczów udziela wsparcia po angielsku, czesku, niemiecku, czasem nawet po polsku, bo wszystkie te języki nie są obce Kubotowi. Wielki wpływ na jego przygotowanie kondycyjne i fizyczne miał czeski fizjoterapeuta Ivan Machitka. "Ivan zna moje ciało lepiej niż ja sam" - wspominał nie raz polski tenisista. To - oprócz partnerów deblowych - ten najważniejszy team, jaki stworzył i dzięki któremu przez kilka sezonów mógł łączyć starty w singlu i deblu, co udaje się nielicznym graczom.      

Ostatni Mohikanin

Jedną z przyczyn rozstania z Marachem była chęć skupienia się na startach w singlu, a ta droga doprowadziła Łukasza do najwyższego 41. miejsca w rankingu ATP World Tour, w kwietniu 2010 roku. W 2011 roku wygrał trzy mecze eliminacji w Roehampton, a następnie dotarł do czwartej rundy Wimbledonu, w której nie wykorzystał piłki meczowej w pojedynku z Hiszpanem Feliciano Lopezem. Zachwycił wówczas londyńską widownię bardzo agresywną i odważną grą w stylu "serwis-wolej", która obecnie zupełnie zanikła. Po drodze wyeliminował nawet Francuza Gaela Monfilsa, wówczas ósmego na świecie.

Miesiąc wcześniej dotarł - również po zwycięskich kwalifikacjach - do trzeciej rundy Roland Garros, a tam w pierwszej odprawił z kwitkiem 11. w rankingu Hiszpana Nicolasa Almagro, właśnie dzięki konsekwentnym atakom do siatki. Jednak to, co najważniejsze w singlu było wciąż przed nim, a przyszło po nieco słabszym okresie, gdy Kubot zaczynał myśleć o skupieniu się na deblu.

Wimbledon 2013, rok po występie w finale Agnieszki Radwańskiej, znów londyńska trawa była szczęśliwa do Polaków. Krakowianka co prawda odpadła w półfinale, ale rundę wcześniej polscy kibice mieli powody do dumy, gdy na korcie numer jeden stanęli przeciwko sobie Kubot i Jerzy Janowicz, który ostatecznie awansował do 1/2 finału, a w niej musiał uznać wyższość Brytyjczyka Andy’ego Murraya, późniejszego triumfatora imprezy.  

- Zawsze marzyłem o tym, żeby znaleźć się w elitarnym "Last Eight Club" na Wimbledonie, do którego należą wszyscy gracze, którzy w cynglu osiągnęli tu co najmniej ćwierćfinał, albo półfinał w deblu lub mikście. To członkostwo daje dożywotnie prawo wstępu na tutejsze korty podczas Wimbledonu - mówił ze łzami w oczach po "polskim ćwierćfinale". To był największy sukces singlowy Łukasza, który dopiero od półtora roku gra tylko w deblu.

Mozolny powrót

Zanim jeszcze zarzucił karierę singlową, zdobył - trochę nieoczekiwanie, co nie znaczy przypadkowo - pierwszy wielkoszlemowy tytuł. Tuż przed Australian Open 2014 wykruszył się mu partner, więc w ostatniej chwili stworzył parę ze Szwedem Robertem Lindstedtem. Dwaj świetni debliści, bez wcześniejszego zgrania, zawojowali Melbourne i sięgnęli po puchar.

W kolejnych miesiącach wiodło im się różnie, ale raczej poniżej obustronnych ambicji. Sezon zakończyli występem w londyńskiej O2 Arena. Z grupy wyszli z kompletem zwycięstw, w tym nad braćmi Bryanami, ale w półfinale przegrali z Chorwatem Ivanem Dodigiem i Marcelo Melo, tegorocznym stałym partnerem.

Następne sezony przyniosły grę z różnymi zawodnikami, choćby Francuzem Jeremym Chardym, Białorusinem Maksem Mirnym, Argentyńczykiem Juanem Ignacio Chelą, Serben Nenadem Zimonjiciem, Leanderem Paesem z Indii, Kanadyjczykiem Danielem Nestorem, Chorwatem Ivo Karloviciem, Marcinem Matkowskim, ale i Melo, z którym dwukrotnie triumfował w turnieju ATP w hali w Wiedniu (2015-16). Jednak na dłuższą metę wyniki z żadnym nie były szczególnie zadowalające i nie dawały możliwości walki po czwarty występ w ATP World Tour Finals. Najlepszy rezultat dała wspólna gra z Austriakiem Alexandrem Peyą w 2016 roku i osiągnięty półfinał Rolanda Garrosa oraz ćwierćfinał US Open.

Sukces w Wiedniu jesienią 2015 roku dało Melo pierwszy w karierze awans na prowadzenie w indywidualnym rankingu deblistów ATP World Tour. Powtórne zwycięstwo w tej imprezie, w październiku ubiegłego roku, było zalążkiem dłuższej współpracy, a dokładnie trzech wspólnych startów w końcówce sezonu. Postanowili kontynuować współpracę w kolejnym sezonie. Z jakim skutkiem? Chyba wiemy, ale wrócimy do tego w dniu deblowego finału Wimbledonu 2017. Początek spotkania Kubot/Melo - Marach/Pavić po finale gry pojedynczej kobiet. Amerykanka Venus Williams i Hiszpanka Garbine Muguruza wyjdą na kort centralny o 15.00 czasu polskiego. Transmisje w Polsacie Sport.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Łukasz Kubot | Wimbledon | Marcelo Melo

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje