​Wimbledon. Janowicz: Nie akceptuję pewnych zachowań

Jerzy Janowicz, po awansie do drugiej rundy Wimbledonu, miał scysję z jednym z polskich dziennikarzy, którego prosił o opuszczenie sali konferencyjnej, bezskutecznie. W efekcie wyszedł z niej sam, nim padło pierwsze pytanie. O przyczynach tej sytuacji tenisista opowiada w wywiadzie udzielonym Interii.

Interia.pl: Dzisiaj wyszedł pan z konferencji prasowej z polskimi dziennikarzami, bo sali nie chciał opuścić jeden z nich. Czy może pan powiedzieć coś więcej o tej sytuacji i jej przyczynach?

Reklama

Jerzy Janowicz: Jeśli mam być szczery, to osoba, z która dzisiaj miałem scysję, sprawiała mi bardzo wielki ból przez ostatnie cztery lata. Ja jestem osobą bardzo emocjonalnie podchodzącą do pewnych sytuacji. Może wyglądam na twardego skurczybyka, ale tak naprawdę mam swoje uczucia. Problem się zaczął trzy lata temu na Torwarze, gdy na konferencji prasowej w Pucharze Davisa ten dziennikarz zadał pytanie, które mnie zabolało. Jest to osoba, którą wcześniej bardzo dobrze znałem, z która się kiedyś tam spotkaliśmy w domu Roberta Radwańskiego, jak byłem jeszcze juniorem. Bawiliśmy się wspólnie przy grillu. On niejednokrotnie brał od nas wejściówki, siedział z nami przy stole w "player’s lounge". Była to osoba, która cały czas się poruszała w naszym środowisku, trzymała z zawodnikami. Dlatego to pytanie na Torwarze wtedy mnie tak zabolało, bo padło z ust człowieka, którego znalem całkiem dobrze. Zresztą on, jak i redaktor naczelny jego gazety, to były osoby, które też kilkakrotnie bywały u mnie w domu.

Czy może pan przypomnieć czego dotyczyło to pytanie, które padło podczas spotkania Pucharu Davisa w 2013 roku?

- Po dwóch ciężkich meczach na Torwarze, gdzie przegraliśmy całe spotkanie z Chorwacją 1-3 po tym, jak przegrałem w pięciu setach mecz z Marinem Ciliciem, choć wcześniej prowadziłem w setach 2-0. To był bardzo zacięty mecz i mógł się skończyć równie dobrze w drugą stronę, bo to nie było tak, że dostaliśmy łomot, tylko to był mecz bardzo bliski. I nagle na konferencji pada pytanie ze strony człowieka, którego dobrze znam: czy nie jesteście za słabi na Grupę Światową? To było pytanie niezwykle krzywdzące, tym bardziej po takim zaciętym meczu. I to w sytuacji, kiedy występ w Pucharze Davisa jest dla każdego z nas bardzo wyczerpujący, jest wtedy większa presja na zawodnikach, oczekiwania i każdy z nas na korcie daje z siebie absolutnie wszystko. Naprawdę czasami trzeba zrozumieć drugiego człowieka, a nie kogoś mieszać z błotem tylko po to, żeby napisać artykuł, który będzie bardzo klikany.

Ale to było trzy lata temu, a jak się dzisiaj przekonaliśmy sytuacja jest chyba wciąż napięta?

- Jeśli wiem, że od 2013 roku, do dzisiaj, ta osoba cały czas mnie krytykuje i wypisuje na prywatnych profilach facebookowych o mnie jakieś dziwne, niesympatyczne rzeczy, to ja takiej osoby po prostu nie akceptuję i nie mam ochoty z taką osobą rozmawiać. Myślę, że podobnie postąpiłby każdy rozsądny człowiek, jeśli by ktoś go ciągle prowokował, źle mu życzył, pisał dziwne rzeczy, to nie prowadziłby z osobą jakiejkolwiek rozmowy, czy to prywatnej, czy biznesowej. Takich ludzi chce się unikać, dlatego moja dzisiejsza prośba od samego początku była dość jasna. Była zwykłą prośbą ludzką, czy mógłby po prostu opuścić press room.

Dla jasności, wspomniany dziennikarz odpowiedział, że jest tu w pracy i zostanie na konferencji, ale nie będzie zadawał samemu pytań.

 - Dlatego to była zwyczajna prywatna prośba. Jeśli dwóch facetów ma jakiś problem, to ja jeśli bym kogoś nie tolerował - a on nie toleruje mnie jako dziennikarz - to na pewno bym się na siłę nie wpychał do press roomu. Jeśli ktoś by skierował taką prośbę do mnie, to bym po prostu wyszedł i sprawa by była zamknięta. Ale on z uśmiechem powiedział mi, że nie ma zamiaru wyjść. Może jestem specyficzną osobą, bo nie interesuje mnie krytyka ze strony osób, których nie znam, nigdy na oczy nie widziałem i pewnie nie zobaczę. Ale jeśli w taki sposób - moim zdaniem nieuzasadniony - krytykuje mnie ktoś, kogo znam, kto obracał się w moim towarzystwie, siedział z nami przy obiedzie czy kolacji. Jeżeli taka osoba nagle zaczyna mnie mieszać z błotem, no to jest to bardzo bolesne. Nie wiem z czego to wynika i nie potrafię tego zdefiniować, ale pomiędzy sportowcami a dziennikarzami, ale też chyba zwykłymi ludźmi, wytwarza się jakaś taka wrogość. Jak dla mnie jest zdecydowanie za dużo zawiści, zdecydowanie za dużo zazdrości, a żyłoby się nam wszystkim Polakom lepiej, gdybyśmy się wzajemnie tolerowali i nie podkładali kłód pod nogi. To na pewno nikomu nie pomaga w sympatycznym życiu sobie.

Czy nie warto byłoby jakoś rozwiązać tego konfliktu po tak długim czasie? Tym bardziej, że w środę mecz drugiej rundy, kolejna konferencja i być może powtórka sytuacji.

- Skoro poprosiłem tego dziennikarza o opuszczenie sali, to on mógł z tego press roomu wyjść. Jakbym już skończył konferencję z innymi dziennikarzami, z którymi nie miałem najmniejszego problemu, żeby porozmawiać. I jakby potem podszedł do mnie, Jerzy chciałbym porozmawiać. I dobra, zbijamy "piątkę", stało się i nie ma problemu, rozmawiamy. Sęk w tym, że taka rozmowa była przeprowadzona z jego redaktorem naczelnym, to było chyba przed meczem Pucharu Davisa w Płocku. Ten redaktor naczelny zadzwonił wtedy do mojej mamy, ja akurat byłem na treningu, no i rozmawiał z nią minimum godzinę. Nastąpiło wyjaśnienie sytuacji pomiędzy nim a mną, więc się zgodziłem na spotkanie z redaktorem naczelnym w Płocku. Następnego dnia dziennikarz, którego poprosiłem dzisiaj o wyjście z konferencji, napisał artykuł, odnosząc się w sposób krytyczny do prywatnej rozmowy jego szefa z moją mamą. Do rozwiązania konfliktu nie doszło i to nie z mojej winy. Tak się nie robi, jeśli się wyjaśnia całą sprawę, próbuje wyprostować, a chwile po tym ukazuje się tekst odnoszący się do tej rozmowy, to uważam, że jest to nie w porządku i nie bardzo rozumiem celu takiej publikacji. Znów wracamy do zwiększenia klikalności?

 Chyba ma pan świadomość, że redakcje, ale i odbiorcy, ale i rozwój mediów elektronicznych, to wszystko wywiera trochę wpływ na dziennikarzy, by starali się wyszukiwać "sensacyjne" tematy?

- Być może, ale jednak uważam, że po takim dobrym meczu, jaki dziś rozegrałem. Zresztą to był świetny mecz w wykonaniu i moim, i Szapovalova, to jednak powinno się pisać o tym, że właśnie taki mecz wygrałem i awansowałem do drugiej rundy Wimbledonu. A nie, jak mi tuż po meczu przysłał link znajomy do tekstu, w którym napisano: "Janowicz się kłócił, ale wygrał". Chyba ważniejszy jest styl gry, dramaturgia i to, że cały czas było naprawdę blisko. A druga rzecz, że z nikim się nie kłóciłem. Moja piłka, którą zagrałem mu w nogi, ewidentnie była w korcie, nawet uniósł się biały pył z linii. On myślał, że był aut, więc po koleżeńsku powiedział mu, że była dobra i nie ma się o co kłócić. A on powiedział, że ze mną nie rozmawia, tylko z sędzią. Zresztą po meczu przeprosił mnie przy siatce, że nie powinien tego komentarza w moją stronę kierować, no i przybiliśmy sobie piątkę i wszystko jest ok. Potem podziękowaliśmy obaj sędziemu za mecz.

W Londynie rozmawiał Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Janowicz | Wimbledon

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje