Wimbledon. Kevin Anderson: To nie miało nic wspólnego z tenisem

Kevin Anderson wygrał w piątek najdłuższy półfinał w historii Wimbledonu. Tenisista z RPA pokonał w nim Amerykanina Johna Isnera 7:6(6), 6:7(5), 6:7(9), 6:4, 26:24 po sześciu godzinach i 35 minutach. Było to jego 300. zwycięstwo w męskim tourze.

- To była prawdziwa wojna z wyczerpaniem. To nie miało nic wspólnego z normalnym tenisem i taktyką. Tu chodziło o to, kto przetrwa. Jestem jednak w finale Wimbledonu, czyli połowa moich marzeń się spełniła – powiedział po ostatniej piłce finalista US Open 2017.

Reklama

Ich półfinał był najdłuższym meczem rozegranym na wimbledońskim korcie centralnym. Mierzący ponad dwa metry tenisiści poprawili 41-letni rekord Richarda Pancho Gonzalesa i Charliego Pasarella, którzy na głównej arenie spędzili pięć godzin i 12 minut (22:24, 1:6, 16:14, 6:3, 11:9).

Najdłuższym meczem turnieju wciąż pozostaje spotkanie Isnera z Nicolasem Mahutem, które w 2010 roku rozgrywane było przez trzy dni i trwało 11 godzin i pięć minut (70:68 w piątym secie).

- Nie wiem, co sprawiło, że do końca mobilizowałem się do dobrej gry. Wiedziałem, że to będzie trudny mecz. W tak długich spotkaniach musisz przede wszystkim walczyć ze swoim ciałem – podkreślił Anderson.

W decydującym secie, przy prowadzeniu 6:5, to jednak Isner był dwie piłki od zwycięstwa.

- Czułem się strasznie. Potwornie bolała mnie moja lewa kostka. Na prawej stopie mam z kolei paskudny odcisk. Bywało, że czułem się lepiej. Teraz muszę się podleczyć. Nawet kilka dni przerwy może okazać się niewystarczające - powiedział po meczu Isner.

- Czapki z głów przed Kevinem. Do samego końca grał bardzo dobrze. Zasłużył na to zwycięstwo. W piątym secie nie miałem zbyt wielu szans - przyznał Amerykanin.

Dowiedz się więcej na temat: Kevin Anderson | Wimbledon

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama