Wimbledon. Roger Federer znów pisze historię

34-letni Roger Federer (nr 3.) ustanowił absolutny rekord, wygrywając 307. mecz w Wielkim Szlemie. Szwajcar po istnym thrillerze awansował do półfinału Wimbledonu, a kolejnym jego przeciwnikiem w drodze do ósmego zwycięstwa na londyńskiej trawie jest Kanadyjczyk Milos Raonic (nr 5.).

Dotychczasowy rekord 306 wygranych spotkań w czterech największych turniejach w sezonie należał do Amerykanki Martiny Navratilovej, a Szwajcar wyrównał go awansując do londyńskiego finału. W środę stał się samodzielnym liderem klasyfikacji wszech czasów.

Reklama

Tego samego dnia, jako drugi tenisista w historii, odnotował 84. wygrany mecz na obiekcie The All England Lawn Tennis and Croquet Club, powtarzając osiągnięcie Amerykanina Jimmy’ego Connnorsa sprzed trzech dekad. Szwajcar poniósł tylko 10 porażek na kortach przy Church Road, gdzie triumfował w latach  2003-07, 2009, 2012.

- Nie myślicie chyba, że znam na pamięć wszystkie statystyki i rekordy, choć przyznaję, że wiem, że kilka z nich wciąż do mnie nie należy. Mam nadzieję, że jakieś z nich przetrwają erę Novaka Djokovicia i jak moje dzieci dorosną, to będą mogły być wciąż ze mnie dumne. Na razie to wszystko jest dla mnie mniej istotne, staram się po prostu jak najbardziej cieszyć gra w tenisa, bo wciąż sprawia mi ogromną radość - uważa 34-letni Federer.

W kolejnych dwóch statystykach nie ma sobie równych, bowiem osiągnął 40 w karierze półfinał w Wielkim Szlemie, w dodatku - również rekordowy - 11. W Wimbledonie. Warto przypomnieć też, że wciąż jest niedościgniony, jeśli chodzi o liczbę 17 wielkoszlemowych zwycięstw, choć ostatnie odniósł w 2012 roku, właśnie na londyńskiej trawie.

- To człowiek legenda, chodząca historia tenisa, dlatego nie mogę narzekać, że pokonał Marina. Klasę mistrza poznaje się po tym jak wygrywa ostatni punkt w meczu, a on to dzisiaj zrobił, a w dodatku wcześniej obronił trzy meczbole. Teraz, kiedy nie ma już w turnieju Cilicia, mogę śmiało mu kibicować, bo po tym, co dzisiaj pokazał, to powinien wygrać tegoroczny Wimbledon - powiedział Interii Goran Ivanisević, trener Chorwata Marina Cilicia (nr 9.).

Właśnie Cilić zmusił Federera do maksymalnego wysiłku w pierwszym ćwierćfinale rozgrywanym na Korcie Centralnym. Był bliski sukcesu, miał do dyspozycji trzy piłki meczowe, ale przy każdej z nich zadrżała mu ręka, natomiast zimną krew przy nich zachował Szwajcar, który wygrał ostatecznie po trzech godzinach i 17 minutach ciężkiej walki 6:7 (4-7), 4:6, 6:3, 7:6 (11-9), 6:3. Poprawił też bilans pojedynków z Chorwatem na 6-1 (na trawie spotkali się pierwszy raz).

- Od początku meczu serwowałem bardzo dobrze, właściwie wszystko mi wchodziło w kort i udawało mi się go zepchnąć do defensywy. Zdobyłem dwa sety, ale potem widać było, że on zamiast czuć zmęczenie, grał coraz lepiej, ale przede wszystkim wygrał ten mecz mentalnie. Wytrzymał presję przy meczbolach, no i w czwartym i piątym secie zaczął genialnie serwować. Po prostu był lepszy, choć obaj zagraliśmy bardzo dobry tenis dzisiaj. To dla mnie bardzo trudna porażka, bo mam świadomość, że miałem swoje szanse, ale ich nie wykorzystałem - ocenił swój występ w ćwierćfinale Cilić.

Warto zwrócić uwagę, że Federer zapisał na swoim koncie 27 asów i 76 wygrywających serwisów, a popełnił tylko dwa podwójne błędy. Chorwat nieznacznie mu ustępował - odpowiednio 23, 66 i 7, jednak choćby podwójne błędy zdarzyły mu się w dość ważnych momentach meczu, w tym jeden w tie-breaku czwartego seta.

- Mój piękny sen w Wimbledonie nadal trwa. Jestem niesamowicie szczęśliwy, że wygrałem dzisiaj, chociaż Marin miał szanse, by mnie pokonać i był bliski zwycięstwa. Nie potrafię opisać tego, jak wiele dla mnie znaczyło dziś wsparcie widowni, która dzisiaj sprawiła, że znowu poczułem się tu, jak w domu. To wyjątkowe miejsce w moim sercu i cieszę się, że przede mną kolejny mecz na Korcie Centralnym, który zawsze będzie najważniejszym kortem w moim sercu - powiedział Federer.

W piątek, najprawdopodobniej w pierwszym meczu (o godzinie 13.00), Federer spotka się z Kanadyjczykiem Milosem Raonicem (nr 6.), który dopiero po raz trzeci w karierze osiągnął wielkoszlemowy półfinał, a drugi w Londynie, podobnie jak przed dwoma laty (w styczniu udało mu się to też w Australian Open).

Raonic pokonał w pierwszym ćwierćfinale na Korcie Numer 1 Amerykanina Sama Querreya (28.) 6:4, 7:5, 5:7, 6:4. W ten sposób zakończył wimbledoński sen tenisisty ze Stanów Zjednoczonych, który w trzeciej rundzie sprawił największa nadzieję w tegorocznej edycji.

- Czy mogę nie być szczęśliwy, skoro dotarłem do pierwszego w karierze ćwierćfinału w Wielkim Szlemie. Wcześniej byłem tu tylko w czwartej rundzie. Jak zobaczyłem losowanie drabinki, to raczej nie wyglądała dla mnie dobrze. Djoković w trzeciej rundzie?! No przecież wiecie, co wtedy pomyślałem. Jednak na korcie, grając przeciwko niemu, poczułem, że jestem w stanie go pokonać i udało mi się. Dzisiaj przegrałem z bardzo dobrym zawodnikiem, który jest TOP 10, o wiele wyżej ode mnie, ale walczyłem jak równy z równym. Mam nadzieję, że to mi doda siły i motywacji w kolejnych turniejach - powiedział Querrey.   

Amerykanin już w sobotę wyeliminował Serba Novaka Djokovicia, który wcześniej nie znalazł pogromcy w 30 kolejnych meczach w Wielkim Szlemie, czym ustanowił rekord. Tenisista z Belgradu, aktualny lider rankingu ATP World Tour, wygrał dwie ostatnie edycje londyńskiej imprezy, a po ubiegłorocznym zwycięstwie przy Church Road kontynuował dobra passę zwyciężając również w trzech pozostałych turniejach zaliczanych do Wielkiego Szlema - US Open, Australian Open i przed miesiącem w Roland Garros.

- Mam 25 lat i wierzę, że powoli nadchodzi czas, żebym wygrał turniej wielkoszlemowy. Robię stałe postępy, osiągam coraz lepsze wyniki i mam obok siebie dwóch bardzo dobrych trenerów, kiedyś świetnych tenisistów. Myślę, że jestem na dobrej drodze, żeby wreszcie osiągnąć coś naprawdę wielkiego. Może mi się to uda właśnie tutaj, choć na pewno pokonanie Rogera będzie wielkim wyzwaniem. Jednak wierzę, że zaczyna się mój czas, a od czegoś trzeba zacząć - powiedział Raonic.

Kanadyjczyk, urodzony w czarnogórskiej Podgoricy (jako dziecko wyemigrował z rodzicami do Kanady), dopiero po raz trzeci w karierze osiągnął wielkoszlemowy półfinał, a po raz drugi na londyńskiej trawie, gdzie poprzednio doszedł tak daleko w 2014 roku. W tym sezonie, w styczniu, był też w 1/2 finału Australian Open.

Przed miesiącem zatrudnił do swojego teamu trenerskiego samego Johna McEnroe, który mu miał pomóc w odniesieniu sukcesu właśnie w Wimbledonie. Na razie współpraca głównego trenera Hiszpana Carlosa Moi z Amerykaninem dobrze się układa i przynosi efekty.

Trzecim półfinalistą tegorocznego Wimbledonu został Czech Tomas Berdych (10.), który przed sześcioma laty dotarł tu do finału, w którym przegrał z Hiszpanem Rafaelem Nadalem.  

Berdych pokonał w środę najmłodszego z tegorocznych ćwierćfinalistów, 22-letniego Francuza Lucasa Puille (32.) 7:6 (7-4), 6:3, 6:2. Był to ich pierwszy pojedynek.

Stawkę półfinalistów uzupełnił rozstawiony z "dwójką" brytyjski tenisista Andy Murray, który pokonał po prawie czterech godzinach gry Francuza Jo-Wilfrieda Tsongę (12.) 7:6 (12-10), 6:1, 3:6, 4:6, 6:1.

Nieudaną walkę o miejsce w ćwierćfinale gry mieszanej stoczył po południu Łukasz Kubot w parze z Czeczką Anreą Hlavackovą. Mikst rozstawiony z numerem szóstym przegrał w trzeciej rundzie 1:6, 2:6 ze Słowenką Andreją Klepac i Austriakiem Alexandrem Peyą (10.), partnerem deblowym Polaka z ostatnich tygodni, z którym odpadł w pierwszej rundzie Wimbledonu. 

W ćwierćfinale miksta jest za to Marcin Matkowski razem ze Słowenką Kateriną Srebotnik (nr 11.). W czwartek spotkają się duetem Jaroslava Szwedowa z Kazachstanu i Aisam-Haq Qreshi z Pakistanu (14.)

Z Londynu Tomasz Dobiecki


Reklama

Reklama

Reklama