Wimbledon. Sensacyjna porażka Stana Wawrinki

Rozstawiony z numerem piątym Szwajcar Stan Wawrinka odpadł w pierwszej rundzie Wimbledonu, pokonany przez Rosjanina Daniła Miedwiediewa 6:4, 3:6, 6:4, 6:1. Swoje mecze wygrali natomiast m.in. Brytyjczyk Andy Murray, Hiszpan Rafael Nadal czy Jerzy Janowicz.

- Niewiele mam do powiedzenia, po prostu zagrałem dziś słabiej od rywala. Wiele rzeczy w mojej grze mnie dzisiaj zawiodło, właściwie nic nie działało do końca tak, jak powinno. Jestem rozczarowany, bo nie jest miło odpaść w pierwszej rundzie w Wielkim Szlemie, ale nic już na to nie mogę poradzić. Są takie dni, o których chce się zapomnieć jak najszybciej i to jest jeden z nich - powiedział Wawrinka.

Reklama

Murray, jak przystało na obrońcę tytułu sprzed roku, zainaugurował w poniedziałek o godzinie 13.00 rywalizację na Korcie Centralnym. Prowadzący w rankingu ATP World Tour Szkot pewnie pokonał Kazacha Aleksandra Bublika 6:1, 6:4, 6:2 i w drugiej rundzie spotka się z Niemcem Dustinem Brownem, zwycięzcą challengera ATP - Pekao Szczecin Open z 2014 roku.

Na pomeczowej konferencji Murray potwierdził, że jego żona spodziewa się narodzin drugiego dziecka, chwalił grę swojego pierwszego rywala na londyńskiej trawie, ale też żartobliwie połajał dziennikarza, który chciał wiedzieć, jak tenisista ocenia swoje szanse w ewentualnym półfinale z Nadalem.

- Nie przesadzajcie, przecież wygrałem tu dopiero pierwszy mecz, a do półfinału jeszcze muszę wygrać cztery. Nie wybiegam nigdy tak daleko i skupiam się na najbliższym meczu. O mecz z Nadalem pytajcie mnie dopiero jak obaj przejdziemy ćwierćfinały - powiedział rozbawiony Szkot, który zwyciężył w Wimbledonie również w 2013 roku.

Nadal również ma w dorobku dwa triumfy na londyńskiej trawie, które odnotował w 2008 i 2010 roku. Przed miesiącem odniósł wielkoszlemowe zwycięstwo na kortach ziemnych im. Rolanda Garrosa w Paryżu. W poniedziałek, również bez najmniejszych problemów, pokonał Australijczyka Johna Millmana 6:1, 6:3, 6:2. Jego kolejnym przeciwnikiem będzie Amerykanin Donald Young.

Awans do drugiej rundy Wimbledonu wywalczył również Jerzy Janowicz, pokonując w ciągu dwóch godzin i 25 minut Kanadyjczyka Denisa Shapovalova 6:4, 3:6, 6:3, 7:6 (7-2). 26-letni Polak zrewanżował się młodszemu o osiem lat rywalowi za marcową porażkę w challengerze w Meksyku.

W trzech pierwszych setach spotkania w Londynie decydujące okazywały się pojedyncze przełamania serwisów. Tylko w czwartej partii do nich nie doszło, a jej losy - jak i całego meczu - rozstrzygnęły się w tie-breaku. W dodatkowej dogrywce Janowicz okazał się zdecydowanie lepszy od Kanadyjczyka, bowiem zdobył pierwsze trzy punkty, a także od stanu 3-2 cztery ostatnie.

Cały mecz z trybun oglądał austriacki szkoleniowiec Guenter Bresnik, z którym Janowicz współpracuje od początku roku. Od kilku lat prowadzi on największą obecnie gwiazdę austriackiego tenisa - Dominica Thiema. Rozstawiony z numerem ósmym gracz rozpocznie udział w tegorocznym Wimbledonie wtorkowym meczem z Kanadyjczykiem Vaskiem Pospisilem.

- Cieszy mnie gra Jurka w tym meczu, chociaż było widać, że jeszcze nie jest to stabilna forma. Brak mu wciąż ogrania, na co wpływ miały ostatnie kontuzje i przerwy w grze, ale w tej chwili z jego zdrowiem jest już dobrze i powoli wchodzi we właściwy rytm. Dzisiaj na pewno w drugim secie trochę słabiej serwował, szczególnie z pierwszym serwisem miał chwilowe kłopoty, ale w pozostałych potrafił z niego zrobić użytek i wykorzystywał w pełni w decydujących momentach. Liczę, że podobnie będzie w kolejnym występie - powiedział Interii Bresnik.

Na korcie Janowicz miał kilkakrotnie pretensje do sędzi liniowej, która wyraźnie się pomyliła trzy- czy nawet czterokrotnie na jego niekorzyść. Jej decyzje korygował sędzia prowadzący mecz, a także poprosił o wymianę tej osoby na inną. Nerwowo zrobiło się też przy spornej piłce, która kosztowała Shapovalova przegranie gema, ale wówczas to on wdał się w ożywioną dyskusję z arbitrem stołkowym.  Przy okazji, w natłoku emocji, doszło do krótkiego spięcia między tenisistami, ale po meczu od razu wyjaśnili sobie całą sytuację.

- Przed wyjściem na kort wiedziałem, że nie będzie łatwo. Oglądałem nawet Denisa w meczu z Tomasem Berdychem, który rozegrali niedawno w Queen’s Clubie. No i tam Denis przegrał minimalnie 5:7 w trzecim secie, gdzie tak naprawdę przez cały czas był lepszym zawodnikiem tego dnia i powinien wygrać. Wiedziałem, że Denis jest w dobrej formie, że bardzo dobrze gra na trawie. Tym bardziej, że go bardzo dobrze znam przecież, bo przez spory okres trenowaliśmy razem na Teneryfie. I teraz, w grudniu 2016 roku, pod okiem Guentera Bresnika, a z nami też był Dominik Thiem. Znam się więc z Denisem dobrze i wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Jego gra jest stworzona na tego typu nawierzchnię i zagrał bardzo dobry mecz dzisiaj, a ja zagrałem po prostu troszkę lepiej. Dlatego był taki wynik, a nie inny. Gdybym zagrał o 10-15 procent słabiej, to na pewno bym tego meczu już nie wygrał - mówił po meczu w rozmowie z Interią Janowicz.

W Wimbledonie Polak, zajmujący obecnie 141. pozycję w klasyfikacji ATP World Tour, po raz ostatni korzysta z "zamrożonego rankingu" (na miejscu 87.), przed ubiegłorocznej półrocznej przerwy spowodowanej kontuzją kolana). Obecna lokata dawałaby mu tylko możliwość gry w londyńskich eliminacjach.

- Wiadomo, że chcę po kontuzjach złapać jak najwięcej punktów w jak najkrótszym czasie, choć nie jestem jedynym zawodnikiem, który chce wygrywać mecze. Ale w tym sezonie faktycznie najważniejszy jest dla mnie Wimbledon i kolejny challenger ATP w Brunszwiku, rozgrywany w przyszłym tygodniu. Jeżeli tutaj bym przegrał przed czwartą rundą, to jadę właśnie tam, bo to są dwa ostatnie turnieje, które jeszcze zaliczają mi się jeśli chodzi o kwalifikację do US Open. Obecnie potrzebuję około 60-65 punktów, żebym się załapał do turnieju głównego w Nowym Jorku - powiedział Interii Janowicz.

Kolejnym rywalem półfinalisty Wimbledonu z 2013 roku, będzie w środę Francuza Lucas Pouille, rozstawiony z numerem 14.

W poniedziałek trochę po godzinie 14 wimbledońskiej tradycji stało się za dość i już w pierwszym dniu The Championships 2017 kortowi mieli okazję przykrywać korty ochronnymi plandekami przed deszczem. Opady przerwały gry na blisko godzinę.

Na rozpoczęcie The Championships 2017, tradycyjnie już oficjalnie otwarto bramy The All England Club dla pierwszych najzagorzalszych kibiców tenisowych., Mowa o queque, czyli osobach nie posiadających biletów na tzw. "Show courts", czyli korty z rozbudowanymi trybunami i numerowanymi miejscami, lecz wchodzących na obiekt na najtańsze wejściówki, kosztujące kilkanaście funtów.

Przez cały dzień mogą oglądać mecze na wszystkich ogólnie dostępnych kortach, gdzie zajmowanie miejsc siedzących odbywa się na zasadzie: kto pierwszy ten lepszy. Nikogo nie dziwi więc, tuż po godzinie 10.30, biegnący wąskimi alejkami tłum ludzi, często objuczonych karimatami, poduszkami, rozkładanymi krzesełkami. Większość z tych ludzi bowiem noc z niedzieli na poniedziałek spędziła na pobliskim polu namiotowym, a od rana ustawiała się w długiej kolejce wzdłuż Church Road.

Z Londynu Tomasz Dobiecki

Dowiedz się więcej na temat: Wimbledon | Stan Wawrinka | Andy Murray | Jerzy Janowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje