Dziesięć lat temu zmarła Elwira Seroczyńska

24 grudnia mija dziesięć lat od śmierci Elwiry Seroczyńskiej - pierwszej polskiej łyżwiarki szybkiej, która wywalczyła medal olimpijski. Na igrzyskach w Squaw Valley w 1960 roku Seroczyńska zdobyła srebro w biegu na 1500 metrów. Legendarną polską panczenistkę wspomina w rozmowie z Maciejem Gawłem prezes Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego Kazimierz Kowalczyk.

Maciej Gaweł: Panie Prezesie, kto jest uznawany za pierwszego polskiego medalistę olimpijskiego w łyżwiarstwie szybkim? Elwira Seroczyńska czy Helena Pilejczyk? Obie w Squaw Valley w 1960 roku zdobyły medale na tym samym dystansie, 1500 m. Seroczyńska srebro, Pilejczyk brąz.

Kazimierz Kowalczyk: Tak, medale zdobyły obie, o czym pamiętamy i co czcimy. Ale tą lepszą, tą która zdobyła srebrny medal i niewiele brakowało żeby była podwójną medalistką, była Elwira Seroczyńska. I to ją stawiamy na pierwszym miejscu w igrzyskach olimpijskich.

Ten sukces był mocno niespodziewany ponieważ działacze nie wierzyli w to, że Polki coś osiągną. Było dużo wątpliwości, czy one powinny jechać do Stanów Zjednoczonych.

Reklama

- Dla mnie to już pewna historia, ale rzeczywiście tak było. Resort niespodziewanie wysłał dwie zawodniczki, chociaż w kraju było pięć łyżwiarek, które kandydowały do wyjazdu na te igrzyska. Do Elwiry Seroczyńskiej, Heleny Pilejczykowej dochodziła również Hanna Skrzetuska, Renata Baudouin, które były równorzędne i im też należał się ten wyjazd.

Dlaczego nie udało się tego sukcesu powtórzyć na kolejnych igrzyskach?

- Powiem tak - kobieta zmienną jest, chociaż może to nie pasuje do sportu. Po prostu nie udało się na kolejne igrzyska trafić z formą. Były zmiany trenerów i tak się to złożyło.

Dwa lata po Squaw Valley były mistrzostwa świata w Finlandii. Tam Elwira Seroczyńska zdobyła złoty medal, ale tak zwany "mały" złoty medal...

- To było ogromne osiągnięcie. Ten "mały" medal w niczym nie umniejsza sukcesu Elwiry w Imatrze. Wtedy nie było startów na dystansach i wszystkie najlepsze zawodniczki świata rywalizowały w wieloboju. W poszczególnych biegach zwycięzcy to byli najlepsi zawodnicy świata na daną chwilę.

Po zakończeniu kariery sportowej Elwira Seroczyńska miała dosyć długi, sześcioletni epizod (1971-76) jako trenerka kadry narodowej. Ale w tym wypadku nie udało się osiągnąć sukcesów.

- Tak, ale chociaż nie było spektakularnych sukcesów, udało się ogólnie podnieść poziom łyżwiarstwa kobiecego. Elwira była bardzo szanowanym, lubianym trenerem, ale rzeczywiście brak konkretnych osiągnięć, medali (a w sporcie to się liczy przede wszystkim) spowodował, że zakończyła karierę trenerską. Ale ona stale była z nami, stale współpracowała z łyżwiarskim związkiem, a potem, co ciekawe, zatrudniła się w... Polskim Związku Badmintona.

Tam była szefem szkolenia. Skąd taki przeskok i w jaki sposób jej umiejętności jako łyżwiarki mogły być przekazane w zupełnie innej dyscyplinie sportu?

- Elwira była nie tylko znakomitą zawodniczką, to również absolwentka warszawskiego AWF-u. To trener i osoba, która interesowała się wieloma dyscyplinami. Była przecież działaczem Polskiego Komitetu Olimpijskiego. W różnych dziedzinach sportowych pokazywała swoje duże umiejętności, a przede wszystkim umiejętność współpracy z ludźmi. I to zaważyło, że Polski Związek Badmintona przyjął ją do pracy. Okazało się, że była tam bardzo przydatna, uregulowała wiele spraw w działalności stosunkowo nowego na tamte czasy związku (PZBad powstał w 1977 roku - przyp. red.). W międzyczasie była jeszcze trenerem Sarmaty Warszawa, oczywiście w łyżwiarstwie szybkim. A po pracy w związku badmintona wróciła do nas, do naszego środowiska. Była z nami do nagłej, niespodziewanej śmierci, która ją spotkała kiedy wyjechała do Londynu, do syna Darka, który tam mieszkał. Doskonale Elwirę znałem, pamiętam, że to zawsze była dynamiczna osoba, pełna życia, chęci wrażeń. Ona nie koncentrowała się tylko na sporcie, ona żyła pełną piersią, jeśli tak można powiedzieć o kobiecie.

Rozmawiałem z nią dwa lata przed śmiercią i bardzo wspominała start w Squaw Valley. Opowiadała, że to był niesamowity dzień, niesamowita pogoda, że panowała niezwykła cisza... Czy w późniejszych latach również wracała do tego sukcesu, w rozmowach, na spotkaniach czy to z przyjaciółmi, czy może z młodszymi zawodnikami?

- Może ona mniej wracała do wspomnień niż my. Ale był dla niej ogromny sukces, przecież stała się pierwszą medalistką olimpijską w historii dyscypliny, ten medal był niespodziewany. Jednak była przy tym wszystkim dość skromną osobą i to bardziej my wspominamy jej medal, jej sukcesy. Los tak zrządził, że równo 50 lat później, dokładnie co daty, co do dnia, polskie panczenistki zdobyły na igrzyskach olimpijskich w 2010 roku w Vancouver brązowy medal w drużynie. Czyli jest jakaś kontynuacja, nie tylko ta widoczna, ale również gdzieś głęboko zakorzeniona.

Czyli można powiedzieć, że w jakiś sposób Elwira Seroczyńska również jest "matką" współczesnych sukcesów?

Bez wątpienia tak.

Dowiedz się więcej na temat: Elwira Seroczyńska | łyzwiarstwo szybkie | zimowe igrzyska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje